JACEK ŻEBROWSKI – Z archiwów (1)

a

Minęło kilka lat, a może nawet dekad, kiedy po szaleńczym biegu, spaniu na parkowych ławkach, wynoszeniu jedzenia ze sklepów, przemykaniu pod płotami, spaniu w metrze i podmiejskich pociągach, obszczanych noclegowniach z ulicznymi bossami bez zębów zatrzymałem się na chwilę przed zdjęciem dwóch chłopców na rowerze. Starszy z nich siedzi na siodełku, jest ubrany na czarno, w zębach trzyma papierosa. Ma nie więcej niż 13 lat. Patrzy ponuro lub z niechęcią w obiektyw aparatu. Z tyłu siedzi młodszy, patrzy z zaciekawieniem, ale w jego oczach widać smutek. Zatrzymali się na chwilę. Starszy trzyma nogę na jezdni. Może fotograf ich zawołał, żeby dali sobie zrobić zdjęcie. Dokąd jadą, skąd, kim są. Mokry od deszczu asfalt. Rozpadające się krawężniki. Obok śpi rdzewiejący amerykański gruchot. Błoto, bezkwietne krzaki, drewniane szopy. Pochylone ze starości latarnie, słupy elektryczne. Ciężkie jesienne chmury wiszą nad zamglonym daleko na horyzoncie górami. Jest jeszcze kilka takich fotografii. Bezpańskie ruiny domów w miasteczku, linia kolejowa, szare ulice, gołe pagórki porośnięte chwastami, hałdy, samochody jadące pod górę. Samotna starsza kobieta, zapewne barmanka, w ciemnym pustym barze, którego oświetlenie stanowią dwa małe lufciki. Bezimienne górnicze miasto gdzieś w Stanach Zjednoczonych. Lata siedemdziesiąte XX wieku. Mogłyby być to nawet lata trzydzieste lub pięćdziesiąte. To wystawa fotografii i polaroidów Wima Wendersa, niemieckiego reżysera zafascynowanego prowincjonalną Ameryką. Zdjęcia, które oglądam, korespondują z jego filmami: czuć tę samą powolność, ospałość, letarg, stagnację, wręcz stan odrętwienia jak w tym fabrycznym miasteczku wyczyszczonym z ludzi na ulicach. Polaroid z nocnym barem i pustą ulicą w San Francisco. Można sobie wyobrazić pijaka w typie Henry’ego Chinaskiego, alter ego bohatera książek Charlesa Bukowskiego, wytaczającego się w środku nocy z pustoszejącego baru i powłóczącego nogami po bruku poprzez bezludne ulice. Na innym polaroidzie nad rzeką w krzakach śpi Volkswagen Garbus. Nieuchwytny humor, senność, niezauważalne miejsca i przedmioty. Księga życia i umierania.

Szybka zmiana dekoracji: policja, tłumy młodych ludzi, lecą kamienie, bruk z ulicy, grają The Rolling Stones i Jimi Hendrix, ręce wznoszą czerwone książeczki. To było pięćdziesiąt lat temu. W samym centrum wydarzeń w Paryżu znalazł się Jean-Luc Godard, o którym opowiada najnowszy film Michela Hazanaviciusa Le Redoubtable (w Polsce pt. Ja, Godard). Autor Żyć własnym życiem był już wtedy gwiazdą, celebrytą Nowej Fali, intelektualnego ruchu filmowego generacji „Marksa i Coca-coli”, jak mówił sam zainteresowany. Porzuca on w rewolucyjnym geście tworzenie konwencjonalnych fabuł na rzecz politycznej grupy filmowej Groupe Dziga Vertov, biorącej swą nazwę od zapomnianego wówczas sowieckiego filmowca-rewolucjonisty Dzigi Wiertowa, szerzej dziś znanego z filmu Człowiek z kamerą, ale dla ówczesnych kinofili z Cinémathèque française bardziej kojarzonego z politycznymi kronikami „kinoprawda” mającymi na celu uchwycenie dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości w ZSRR. Odrzucał on film fabularny jako „opium dla mas” i w tę samą stronę podążali Godard i jego współpracownik Jean-Pierre Gorin. Ukazał się właśnie dysk blu-ray z filmami tej grupy, a niezależne kino Closeup Film Centre, a także nobliwe acz nowoczesne technologicznie BFI, realizuje przegląd ich produkcji: Włodzimierz i Róża, Film jak inne, Wiatr ze Wschodu. Wszystkie filmy jak mgnienia kino-oka, jak manifesty, jak poezja Majakowskiego: wyraziste, punktujące, krytyczne. W tym czasie zaczyna tworzyć Philippe Garrel, późniejszy partner Nico, awangardzista, reżyser paryskiej bohemy. Actua 1, film zaginiony przez wiele lat i odnaleziony dopiero niedawno, zaczyna się od oka kamery zakrytego deską, by po chwili ją odsłonić i spojrzeć na plac wypełniony młodzieżą. Pierwsza część filmu to krótkie, kilkusekundowe urywki bezpośrednio z napierdalanek z policją. Lecą kamienie, bruk, pali się effigy policjanta. Druga część tego niespełna sześciominutowego filmu to niemal statyczne ujęcia ukrytą kamerą podglądające grupujących się policjantów, zapewne stoją oni na moście na Sekwanie prowadzącym do Dzielnicy Łacińskiej. Oglądam film w normalny dla współczesnego widza sposób: wyłączam głos i tworzę ścieżkę dźwiękową z protest-songu Valérie Lagrange Si Ma Chanson Pouvait (Gdyby moja piosenka…). To są ich impresje. Weteranizm? Przez przypadek odkrywam jakąś nieznaną płytę Can (a właściwie przed-Can), pół-amatorskie Prehistoric Futures z paryskiego Maja’68 oraz fakt, że również ktoś taki jak… Vangelis nagrywał i samplował do swoich ówczesnych nagrań tamte wydarzenia. Wędruję myślą do mojego Paryża z roku 2006. Wtedy, idąc do kina w Dzielnicy Łacińskiej na film Pasoliniego (czemu jego duch zawsze się gdzieś tam pojawia…?), widzę przed Sorboną grupkę kilkunastu anarchistów stawiających barykadę i autobusy zawracające w poprzek jezdni. Kilkanaście dni później uniwersytety są już okupowane, fabryki stają, pół Francji jest sparaliżowane. Pod Sorboną trwa karnawał, znów leci bruk, kamienie, płoną auta. W tle wjeżdżających „lodówek” policyjnych i sikawek nachyla się ku mnie Francuz: „Mówią, że Francuzi to naród rewolucjonistów, ale to nieprawda”. Źle ustawiona w ferworze walki przysłona w moim aparacie sprawia, że tylko trzy zdjęcia nie są prześwietlone (niby tak niedawno, a jeszcze nie było tanich telefonów z kamerami). Moje bezpośrednio pisane relacje na Indymediach strawił wiele lat później cyfrowy ogień archiwów. Było. Sypiałem na dworcach i stacjach metra. Na tych samych ulicach. Jest tak i dzisiaj, jeśli przebić się przez medialny wrzask. Francja od trzech lat płonie, barykaduje i protestuje jeszcze mocniej i efektywniej niż w 1968 czy 2006.

Jesteśmy jednak pod koniec drugiego dziesięciolecia XXI wieku w stolicy Wielkiej Brytanii. Tego samego dnia słucham wykonawców z niezależnej wytwórni Rye Wax w południowym Londynie (cała impreza za darmo w opuszczonych magazynach) i tu mogę doświadczyć z pierwszej ręki muzyki, która szuka czegoś więcej niż zabawy, czego nie można powiedzieć o wieczornym secie w północnym Londynie. Dedykowana eksperymentalnemu studiu BBC Radiophonic Workshop. W poczynaniach młodych hipsterów słychać a to Autechre, a to Aphex Twin, a to Kid 606, to znów Aube. Tzw. „wycieranie podłogi” już nie bawi. Nawet jeżeli założy się różowy strój kąpielowy i pluszowego misia na cycki.

Eksperymentalna poezja z European Festival of Poetry wprawia mnie w osłupienie po performance noise-poetry Kingi Tóth z Węgier pt. Allmachine. Podobnie jak poezja Litwinów, Łotyszy i Estończyków będąca tematem festiwalu. Warto zajrzeć do antologii New Baltic Poetry wydanej przez Parthian Books ze wskazaniem na Litwinów: Mariusa Burokasa i Aušrę Kaziliūnaitė, która notabene pisała swoją pracę magisterską o… Pasolinim (znów on!). W końcu jest to pięćdziesięciolecie roku 1968, musi się więc pojawić gdzieś Teoremat albo Chlew. Będziemy do tego wracać jeszcze długo. Zostawiając na boku polityczne konsekwencje, pozostały nam po tym roku genialne filmy, eksperymentalne płyty i potężna skarbnica inspiracji. Filozofia – oczywiście zachodnioeuropejska filozofia – jest już dzisiaj praktycznie martwa i zapatrzona we własny heglowsko-kantowski pępek, badanie przeszłości ma więc swoją przyszłość (ale nie do końca na zasadzie reynoldowskiej „retromanii” czy fisherowskiej „hauntologii”). Antropologia, etnologia, genealogia, genetyka. Potwierdza to w wywiadzie z Rafałem Księżykiem francuska legenda undergroundu, Richard Pinhas.

Bo przyszłość nie należy do białej rasy, ani nawet do żółtej (wszyscy się przecież boją tych dziwnych Chińczyków). W 2100 roku na 10 miliardów mieszkańców Ziemi w 60% będą ludzie o ciemnej skórze, a tylko w 6% o białej. Obecnie obok ruchu praw kobiet w wielu krajach, ruchów wyzwoleńczych w krajach arabskich (Rojava!), kolejnym ważnym ruchem jest ruch panafrykański, a właściwie ruch panatlantycki na rzecz praw już nie tylko wszystkich czarnoskórych, ale i wszystkich ludzi pracy, o czym mówi Seun Kuti, syn Feli Kutiego: „The biggest struggle is the class struggle and we as people we have to all unite as working class people of this world”. I być może tak bez końca można wymieniać bohaterów wczorajszych i dzisiejszych rewolt. No cóż, chcieliście wiedzieć z pierwszej ręki, co się dzieje „za granicą”… ale granic już nie ma. Nie w Europie. Nie ma już narodów. Możemy już śmiało zająć się archiwizacją dotychczasowej europejskiej kultury i nie dać jej sczeznąć lub być wymazaną (całe szczęście, że ulice Dąbrowszczaków wracają) przez tych wszystkich półgłówków od płaskiej Ziemi. 90% języków obecnie istniejących wymrze przez najbliższe sto lat – o ile tempo ich obecnego wymierania się utrzyma – pozostanie więc zapewne kilka lingua franca: angielski, arabski, hiszpański, chiński, języki cyfrowe zmutowane, zmiksowane, schizoidalne symbole.

Znowu wracam do parków, między boiska, ławki. Wyciągam śpiwór, zakrywam się płaszczem i kładę się pod drzewem. Po dwóch butelkach taniego, podłego cydru i dwóch skrętach z haszu, wpatruję się w zamglone niebo, próbując przypomnieć sobie gwiazdozbiory i wtedy nie pamiętam, kiedy zasypiam. O godzinie 7 rano, w parku, właśnie przy jednej z ławek, na wprost świecącego słońca, budzi mnie czarnoskóry muzyk, który ćwiczy na saksofonie tenorowym. Dźwięk nikomu tutaj nie przeszkadza. Ludzie śpieszący do pracy tędy nie przechodzą. Wstałem dzisiejszego ranka, szukałem wkoło swoich butów, i wiesz, znowu dopadł mnie ten stary podły smutek.


Jacek Żebrowski

Ur. 1979 w Olsztynie. Współpracuje z pismami „Inny Świat”, „Rita Baum”, „A-Tak”. 1/2 redakcji zine’a „Papier w dole”. Debiutował na łamach toruńskiego „Undergruntu”. Autor dramatu Ludobójstwo i opowiadania Dalia wydanego przez minimalbooks.

Reklamy