JACEK ŻEBROWSKI – Z archiwów (2)

a

„Moja głowa odsunęła się od Europy / (Ęropa)”
Robert Rybicki, Nocne życie Hayes

Londyn

W Out of the Shadows (pol. Wychodząc z cienia) angielska surrealistyczna artystka – dzisiaj określająca się jako seksualna mistyczka – Penny Slinger opowiada o maskach i nieświadomości kobiety, która je przywdziewa. Krańcowym efektem poszukiwań ludzkiego wnętrza był album kolaży An Exorcism i niepublikowany dotąd film nakręcony z jej ówczesnym partnerem Peterem Whitheadem i partnerką Suzanką Fraey Lilford Hall. Jej największa aktywność twórcza przypadła na czasy kontestacji i „swingującego Londynu”, ale w żaden sposób nie wydaje się być związana z ówczesnymi modnymi trendami w sztuce. Nawet dziś po kilku dziesięcioleciach jej seksualno-egzystencjalne podróże w głąb nieświadomości nie dadzą się niczemu przyporządkować: odwaga w eksploracji kolektywnej Animy poprzez działania twórcze przesunęła granice daleko od społecznych i politycznych manifestów feministek, a także jej surrealistycznych poprzedników (równać się może jedynie z Hansem Bellmerem). Biograficzny film Richarda Kovitcha Out of the Shadows ukazuje podróż do punktu, z którego nie ma ucieczki, niczym do czarnej dziury. Tak jak bohater Odmiennych stanów świadomości Kena Russella, artystka, stapiając swoją twórczość z realnym życiem i ściągając na orbitę swoich poszukiwań najbliższe jej osoby, wywołuje z nieświadomości cały bagaż skojarzeń z Jaźnią, odkrywając archetypy: „Surrealism is a wonderful tool to probe the subconscious layers of the feminine psyche, which had not been fully explored at that time. I felt that I went deep enough into my own psychology to unearth archetypal truths. Back then, women in art were generally seen through the lens of a man’s eyes. This was about a woman looking at women”.

Te ryzykowne zabawy z podświadomością, z Nieznanym, chociaż traktowane poważnie i jako sztuka i droga rozwoju (tu: obietnicy uwolnienia się od ról społecznych i egzystencjalnych), musiały zakończyć się tragicznie. Podczas kręcenia transgresywnej psychiatrycznej groteski The Other Side of the Underneath (pol. Inna strona dna) opartej na sztuce A New Communion for Freaks, Prophets and Witches z kobiecą grupą teatralną Holocaust, jeden z aktorów popełnił samobójstwo.

Ścieżka dźwiękowa: Psychological Strategy Board z Deptford, SE8.

Berlin

„Miasto to nic innego jak wczesnośredniowieczne pole.
Odsłonięto kolejny szczebel ewolucji, który
zaskoczy nas usadowionych wygodnie w fotelach.
Fotel wyprodukowany został na Antarktydzie” [5].

Jeśli myślisz o stolicy Niemiec jako ciepłym gniazdku dla odszczepieńców, autsajderów i banitów – porzuć te idealistyczne rojenia w okamgnieniu. Pieniądz już się tu na dobre zadomowił. Centrum finansowym jest nadal Frankfurt, ale obsesyjna chęć kolekcjonowania ojro na kontach bankowych („Kapitalizm anarchistyczny, hej, przybądź!” [1]) winduje ceny wynajmów. Tak zwany „tamten” Berlin już się dawno skończył, a chociaż obecny nie jest jeszcze Londynem, kroczy ekonomicznie tą samą ścieżką. To dawny Wschodni Berlin jest teraz lęgowiskiem alt-rozrywki dla modnego studenctwa, lewactwa, pigularstwa, dziwkarstwa, techniarstwa („Faszyzm i komunizm były pożyteczne / Demokracje zachodnie nauczyły się nowych metod” [1]). Życie klubowo-knajpiane toczy się wokół Friedrichshain, Neukölln, Lichtenberg, Treptow, Tempelhof-Schöneberg… Gdzieś w ruderach i opuszczonych garażach socjalistycznych blokowisk kryją się kluby relaksacyjne. Jak się czuje ktoś, gdy mieszka sam w metropolii i przez 5 dni z rzędu łyka rytal? Świat zaczyna być nierealny. Glisty wychodzą tu nocą, nie czekając na deszcz. (jest początek lata w Środkowej Europie, rok 2018) Przez metropolitalny skwar unosi go błoga mętna widmowa mgiełka. Monstruarium cywilizacji. Na Schöneberg, wychodząc z metra, wciąga poppersa, widzi jak policjanci odbierają łapówkę od alfonsów z Nollendorfplatz. Czeka na znajomą Rosjankę, która pracuje na nockę ulicę obok. Stoi tam od wtorku do niedzieli. Właśnie załatwia klienta na siatce budowy pobliskiego developer-bloku. Mieszkała z alfonsami i innymi przeszmuglowanymi dziewczynami z krajów WNP na starej ruderze aż za Grünewald. Teraz wynajmuje niedaleko centrum. Jesteśmy bardziej towarzyscy, bardziej kontaktowi, drażnimy strefy erogenne, żeby wyczuć falowody optyczne zamiast żył.

Paryż

„(w wielkim domu towarowym
który uzyskał licencję Systemu
czuje się jak w masowym grobie” [3])

 Tak można widzieć miasto, jak Walerian Borowczyk w Liście z Paryża – kolejnym bardzo, bardzo rzadko pokazywanym filmie. CloseUp Cinema w Londynie dzięki Danielowi Birdowi, filmoznawcy walczącemu o dorobek polsko-francuskiego artysty, pokazało najmniej znane artefakty filmowe. Dokument i Borowczyk? Mogący nie mieć końca ani początku wielkomiejski hałas obrazów, złożony przez Boro z ujęć nakręconych „szesnastką” Krasnogorsk-3, migającym szybkimi blaskami twarzy aut, bulwarów, obrazów, jeszcze na taśmie filmowej, ale jakby zapowiadających – nieświadomie dla autora – kręcone dzisiaj fleszowe obrazki z kamer w telefonach komórkowych. Miejski noise, stalowy szum czasów przed-digitalnych. To nie tylko impresja czy doznanie zmysłowe, ale właśnie rdzeń metropolitalnego organizmu wyłaniający się na powierzchnię. Borowczyk był zafascynowany początkami kina, pionierami kinematografii. Widać to w Liście z Paryża, który jest jednak inny niż wykoncypowany ideologicznie Człowiek z kamerą Wiertowa czy miejskie symfonie Ruttmanna, Ivensa, Cavalcantiego, Stranda. Najbliżej mu do – paradoksalnie, bo odmiennej w założeniach – À propos Nicei Vigo. Chociaż u tego ostatniego łagodność, a u Boro agresja jest motorem napędzającym frazy i rytm. Ta impresja to jak najlepsze momenty free jazzu albo drony La Monte Younga z wczesnego okresu The Dream Syndicate/Theatre of Eternal Music, albo muzyka afrykańska. Same dźwięki w Liście z Paryża tworzą układ muzyczny, który w jeszcze jednym aspekcie odróżnia uliczny dokument autora Bestii od prekursorów. Klaksony motocykle silniki rury wydechowe pisk opon trzask drzwi. Gdyby potraktować ścieżkę dźwiękową listu serio, fragmenty mogłyby się znaleźć nawet na jednej z wielu antologii z muzyką eksperymentalną. Paryż inny niż Nowy Jork widziany w tym samym czasie przez Jarmuscha, który wracał wtedy ze stolicy Francji do USA. Filmowe odpowiedniki sytuacjonistycznej psychogeografii. (Guy Debord powiedział już swoje w zakresie kinematografii i swojej roli w całym zamieszaniu zwanym XX wiekiem).

Ateny

„Oto ty i my, zza drzwi dochodzą głosy,
jesteśmy włożeni między język a jakby, jaźń

języka otwiera się na nas, dlaczego Humboldt?
Dlaczego Humboldt z Burroughsem w jednym łóżku?
Why white wine?” [6].

mimo wysokich temperatur czuje się tu zimny, mroczny, klaustrofobiczny klimat neurozy wielkiego miasta. budynki mają od 8 do 12 kondygnacji, na dole puste witryny zamkniętych sklepów, kraty w oknach, żelazne rolety, tagi na ścianach zlewają się z graffiti, wysokie krawężniki nie są zapchane autami, wręcz przeciwnie: wiele ulic jest pustych. tak samo jak opustoszałe straszą w całym downtown Aten wysokie, stare budynki biurowe, dawne domy handlowe, które pamiętają lata 60. i 70. sądząc po technice budowy, przypominają polski czy w ogóle socrealizm krajów demoludów. jak wiele jest takich budynków w Europie i na świecie można się przekonać ostatnio, gdy brutalizm w architekturze wraca w krąg zainteresowań.

gąszcz prawie takich samych ulic oplata z każdą minutą i każdym zakrętem, który decydujesz się powziąć. niemal każda ulica jest podobna, zaplanowana na zasadzie szachownicy pomiędzy bulwarami. nie promieniście jak w Paryżu, ale bardziej przypomina to układem ulic Berlin, tyle że zamiast paryskich hausmannowskich kamienic spoglądają na ciebie bloki o białych lub jasnoszarych tynkach, długie balkony z zadaszeniami, wiszącymi roślinami i kwiatami. co chwila na głowę spadają krople wody z wywietrzników i wentylatorów klimatyzacji. każda ściana zawiera miliardy informacji podpisanej tagami, sprejami, graffiti, nawet flamastrami i markerami, napisy w nieznanym alfabecie nowogreckim, który można próbować odszyfrowywać godzinami. gdyby nie to, że tabliczki z nazwami ulic oprócz oryginalnych zawierają nazwy pisane łaciną, byłbyś zdany tylko na drukowaną mapę i własną pamięć (jeśli nie używasz gps-a i komórki…), a nawet na drukowanej oficjalnej mapie miasta niektóre z bocznych zaułków i ulic nie są oznaczone. nie ma tu wielu parków, poza trzema największymi, budynki użyteczności publicznej są zbudowane w stylu neoklasycystycznym, mogą się ze sobą splatać i mylić. stare kamienice są zaplombowane, zabite płytami lub deskami, ale w większości przypadków jedynie na parterze wystarczy wspiąć się na nisko wiszący balkon pierwszego piętra i wedrzeć się do pierwszego pokoju.

kiedy wychodzi się z najstarszej części miasta, gdzie tłumy turystów kłębią się wokół restauracji, kawiarni i sklepów z tymi samymi wszędzie pamiątkami, trafiasz od razu na zimne odhumanizowane śródmieście, którego jedynymi mieszkańcami są imigranci, narkomani, bezdomni, dilerzy, prostytutki i policja. ci ostatni stoją w kilku strategicznych miejscach (Muzeum Archeologiczne, park Pedion tou Areos, obrzeża anarchistycznej Exarchei) zapakowani w opancerzone autobusy. stoją w pełnym rynsztunku gotowi do szturmu. nocami patrolują opuszczone domostwa w poszukiwaniu krążących wszędzie ciemnoskórych uciekinierów z Afryki i krajów arabskich („to widać z satelity, rzeka ludzi ze Wschodu / zostawi po sobie czaszki morfemów” [2]). ci z kolei oferują dragi pod ich nosami, dosłownie tuż za każdym rogiem, ściśnięci grupami w wąskich alejach lub pod balkonami, lub pod wiatami nieczynnych sklepów, lub pod filarami dawnych domów handlowych i biurowców. wszechobecne graffiti, pomazane ściany i osprejowane wagoniki metra nr 5 sprawiają wrażenie, jak gdybyś przeniósł się w czasie do Bronxu lub Harlemu lat 70. i 80. XX wieku lub Berlina w tamtych czasach. jakie dni są te same, jakie dni się powtarzają, jaki duch ulatuje z jednego miejsca, by przykucnąć w innym? jednego roku to może być Kraków, innego roku Detroit albo Tangier, kolejnego roku Ateny lub Teheran. Proletariusze nie mają ojczyzny, ale solidarność jest ich domem. anarchia pustka przedpiekle bezruch spleen. miasto dalszej i bliższej przeszłości. wielkomiejska paranoja z książek Dicka i filmów eurocrime i poliziottesco. krew strach walka pot alienacja.

zatrważająca jest liczba aptek, wszędzie, na każdej ulicy apteki, niezbyt licznie uczęszczane, jednak widoczne zielone świecące krzyże. drugą rzeczą, która rzuca się w oczy, kest ogromna ilość księgarń i antykwariatów: od tematycznych po chaotyczne zbiory wszelkich drukowanych form. większość mieści się w bocznych uliczkach bulwaru Akademios, w okolicach politechniki i wydziałów Uniwersytetu Ateńskiego. dział filozoficzny w jednym z domów książki przyprawia o zawrót głowy, ilość wydań bije na głowę wszystkie inne kraje kontynentu. w obrębie kilku przecznic naliczyć można co najmniej sześć sklepów z komiksami. co ciekawe, prawie w ogóle nie ma tu galerii sztuki współczesnej. co prawda daleko na bulwarze pireuskim znajduje się ateńska akademia sztuk pięknych, a na wzgórzu św. Jerzego akwarele sprzedaje młody ateński malarz – wyglądający właściwie jak bezdomny absolwent filozofii – który, jak twierdzi, współpracuje tu z grupą artystów, to jednak książki i czytelnictwo cieszą się tu wysokim uznaniem, nierzadkim widokiem jest śpiący na ławce bezdomny, który w upale przykrywa się czytaną właśnie książką.

ulice chodniki skwery betonowe ściany jak w każdej metropolii echo odbijające się od martwych okiennic milczących szyb wyludnionych ulic przechodzi w brzęk tłuczonego szkła huk motocykli skuterów rzadkich sygnałów ambulansów w dzień chaosem aut autobusów trolejbusów niewidocznymi gestami sprzedawców i dilerów na placu Omonii i Victorii, gwarem turystów na Syntagmie. koniec lata w stolicy Grecji zapowiada gdzieś przypływające powoli szare kłębiaste obłoki z deszczem zaskakującym w zachodniej krańcowej dzielnicy Perama skąd odchodzą na niezbyt ciekawą i cichą wyspę Salamina. portowa dzielnica gdzie psy rozłożone koło taksówek reagują ospale na ruch uliczny wokół nich.

Kraków

„Co czuli mistycy, których zniewoliło
niedoznawalne, coś, co przekracza
granice świadomości? Ekstaza
jako stan świadomości?” [7].

Dwa dni i jeden długi spacer z mistykiem lumpenproletariatu po normalnych zaułkach Podgórza, Bonarki, części Zabłocia i fragmentu Kazimierza. W parku Bednarskiego amerykańsko-koreański tłumacz polskiej poezji ma próbę z kapelą… alt-country. Mistyk czy może tylko epifaniusz? Umiejętność kreowania bytów nieistniejących pokazuje prawdę o tym, kto szuka wejrzenia. Epifanie przeżywa każdy z nas kilka razy w życiu. Epifania może być również zwykłym estetycznym zachwytem, np. nad zachodem słońca, pięknem symetrii. Prawdziwe wejrzenie łączy epifanię z katatonią, jest bliska śmierci, a nawet jest śmiercią symboliczną. Wejście na orbitę duchową, aby móc podążać własną trajektorią, może być powzięte tylko świadomie („Bycie świadomym jest obciążeniem dla Umysłu” [4]). O tym chyba jest Death Light z tomu Motta robali.

„Kawałek po kawałku znika.
Nawet nie rozpad, czy śmierć.
Znika. Z nika. Ni.
Cała cywilizacja ni” [4].

Co rejestrujemy, chodząc miejscami Krakowa, którego nie widzimy na co dzień, którego nigdy już takim nie zobaczymy? Inaczej niż każdy przechodzień, nie idziemy głównymi ulicami, ale bocznymi. Nieczynne od wielu lat kino. Najstarszy miejski park w Polsce. Im bliżej centrum, tym mniej życia normalnego, więcej sztucznie podstawianych stolików. Gdy wracamy, podobnie: zaułkami koło jakiegoś nowego skłotu, chyba jedynego w Krakowie, nie budzi on zresztą ani naszego, ani niczyjego zainteresowania. Niedaleko plac podmiejski. Zwraca swoją uwagę tym, że jest to typowy plac galicyjski, podobny zresztą do placu Svatopluka Čecha w Ostravie, przy którym pracowałem kiedyś przez rok w biurze, mając wgląd na całą jego architektonikę, i na miejscowe rodziny romskie, które tam przesiadywały od wczesnego rana do nocy.

Warszawa

„Gargantua, Pantagruel i Predator / dzielą LSD na trzy części jak hostię /
Robocop trzyma inkrustowany kielich / Alien w komży zbiera na ofiarę” [8].

Galaktyki tu nie zawracają. Próżno szukać alienów. Ostatni Czarny R. zmarł niedawno. Nie–widmo.

.nie tam.

.skreślam kasuję anuluję najpierw jednak robię listę spisuję układam dopisuję.
.tworzy się w końcu wyczerpujący opisowo bez kolejności chronologicznej katalog przegląd rejestr z którego wyciskam wszelkie możliwe ścisłe wyliczenia wyróżnienia szczegółów.
.potrzebne istotne cząstki i detale układają całość.
.efektem przekroju – pełny profil.
!wtedy rozwiązanie: i wyjaśnienie!
.puentą jest esencja.
.nie koniec na tym opis będący jedynie obrazem obejmującym wstecz wszystkie celowe i niecelowe zmagania.
.sednem i istotą jest przekreślenie do ostatecznego momentu do źródła do podstaw do głównego wymiaru.
„nagłe olśnienie… brzęczenie?… tak… cały czas… to jakby brzęczenie… w uszach… choć oczywiście tak naprawdę… wcale nie w uszach… w czaszce… stłumiony szum w czaszce… i cały czas to miganie… ten promień… jakby księżyca… światło co jakiś czas?… odruch bezwarunkowy… ale doznania żadnego… w ogóle żadnego… bo kto odczuwa powieki… nawet w normalnym stanie… kiedy podnoszą się… zamykają… i całą tę wilgoć?… chociaż mózg przecież… w normie… na pełnych obrotach…” [9].

_____________

Wszystkie cytowane wiersze Roberta Rybickiego pochodzą z książki Podręcznik naukowy dla onironautów 1998-2018, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2018.
[1] Czasami.
[2] Dygul dzwoni.
[3] Dane z góry.
[4] Kataton.
[5] Obsługa punktu widokowego.
[6] Urodzinowy poemat dla Ujka czyli laurka z daktyli i ananasów.
[7] Dane z góry.
[8] Żeby.
[9] Samuel Beckett, Nie ja, [w:] tegoż, Utwory wybrane, Warszawa 2017.


Jacek Żebrowski

Ur. 1979 w Olsztynie. Współpracuje z pismami „Inny Świat”, „Rita Baum”, „A-Tak”. 1/2 redakcji zine’a „Papier w dole”. Debiutował na łamach toruńskiego „Undergruntu”. Autor dramatu Ludobójstwo i opowiadania Dalia wydanego przez minimalbooks.

Reklamy