JAKUB SKURTYS – Z krwi sióstr naszych. „Sny uckermärkerów” Małgorzaty Lebdy

a

Po pierwszej lekturze Snów uckermärkerów, nowego tomu Małgorzaty Lebdy, odłożyłem książkę w kąt z poczuciem, że znowu dostaję to samo, a granica ryzyka, którą Matecznik wyznaczył gdzieś w mrocznych rejonach celebrowania fantazmatycznej kobiecości na wsi polskiej, została przekroczona. Ale było to poczucie błędne, oparte na przedustawnej wiedzy na temat tego, co zapewne otrzymam: trierowską z ducha (w klimacie Antychrysta albo wczesnych zdjęć Sally Mann[1]), profanacyjną, skąpaną w metaforyce „ośmielonej wyobraźni” pochwałę emancypowania się bohaterki. I w sumie to wszystko w Snach uckermärkerów jest, ale jest też znacznie więcej, a pomiędzy poprzednim tomem i nową książką jest tyleż podobieństw, co różnic, zdecydowanie na korzyść tej ostatniej.

Lebda organizowała poprzedni tom w pewną konceptualną opowieść o postępach choroby, rozrastającej się od wiosny do wiosny. Konsekwentnie rozgrywała relacje rodzinne między córką (podmiotką) i rodzicami, zwłaszcza zaś ojcem, a nawet symbolicznie: Ojcem. Jego choroba stawała się chorobą pszczół, która przechodziła na kondycję całego świata, na jego niemoc, a tym samym konieczność wzięcia spraw we własne ręce, upodmiotowienia się i uwolnienia od monologu. Poprzez obserwowanie tej – wpisanej w porządek natury – choroby i starości bohaterka uczyła się podstawowej kategorii, która prowadzi do indywidualizacji, a tym samym dorosłości: oddzielenia. W tym sensie Matecznik był tyleż tomem o próbach współistnienia, co właśnie tomem o kolejnych ruchach wydzielania się: ze struktury rodzinnej, z porządku przyrody (obok podstawowych tematów, czyli pracy żałoby po śmierci ojca i wszechwładnej przemocy).

Maszyna antropologiczna, uruchomiona w poprzednim tomie, wciąż działa, i na żadnym etapie nie obiecuje cudownej komunii z sarnami czy leśnym stworzeniem. Przeciwnie: różnica między ludźmi i zwierzętami staje się jeszcze bardziej wyrazista, a wszelkie próby jej zniesienia mają miejsce co najwyżej w wyobraźni, która fantazmatycznie napędza kompensacyjny mechanizm. O ile w poprzednim tomie mogło chodzić po prostu o zwierzęta (choć kluczowa figura pszczoły była co najmniej dwuznaczna), o tyle w nowym są one w większości podporządkowane ludzkiemu prawu i wpisane w wielką metaforę. Gdzieniegdzie słychać jeszcze „chrzęst mięsa w pysku lisa”, ale tytułowe uckermärkery to przecież stworzony dość późno, pod koniec XX wieku, gatunek bydła hodowlanego, cechujący się dużą wydajnością i łatwością w hodowli. Z kolei pilnujące ich psy, spuszczane z łańcucha, gryzące potem odcięte łby krów, więcej mają z piekielnych ogarów niż z przyjaznych zwierząt domowych. Nie powinno też dziwić, choć trochę w tym ironii, że na okładce tomu zamieszczono koty z obrazu Aleksandry Waliszewskiej, nie mniej demoniczne. Wszak głównym tematem prac popularnej ostatnio artystki jest symboliczna, mityczna przemoc, ukryta (czy lepiej: drzemiąca) pod podszewką rzeczywistości.

W pewnym sensie Sny… są więc opowieścią tych, którzy będą poprowadzeni na rzeź, którzy żyją, żeby zginąć. Oczywiście sama produkcyjna metafora – zwierząt hodowlanych/rzeźnych – zostaje szybko rozszerzona na ludzi (podobnie jak poprzednio obraz chorujących pszczół), więc w snach uckermärkerów przeglądamy się my sami, podsłuchując niepokojące pytanie jednej z sióstr: czy aby wszyscy nie jesteśmy właśnie takim snem rzeźnego bydła:

„chłopcy z poręby powracają do nas
w gorączkowych snach mają zimne
języki

nad ranem siostra dopytuje: a co jeśli
śnią nas przywleczone przez psy łby
uckermärkerów?

w odpowiedzi całuję jej fioletowe usta
by zabrać z niej fragment choroby
i ponieść dalej w świat”

(zbliżenie: sny)

To ostatni wiersz z tomu, błogosławieństwo á rebours, będące tak naprawdę zapowiedzią postępów choroby, u źródeł której leży egzystencjalna wątpliwość, wynikająca z (nad)empatycznego spojrzenia na całe istnienie. „Chore języki” będą zresztą organizowały całe Sny…, odnosząc się tyleż do rzeczywistych objawów chorób („ich ciała pokrywała wietrzna ospa”), co do kondycji samego języka poetyckiego i do satanistycznego z gruntu posłannictwa, które zamiast dobrej nowiny głosi słabość i klęskę, zamiast obecności – nieobecność, zamiast życia – śmierć. To oczywiście instrumentarium nowoczesne, ale nie sentymentalne, raczej filozoficzne, wciąż stanowiące intelektualne wyzwanie. Mimo wyraźnego ciążenia ku studiom wizualnym, ku fotograficzności wiersza, a także podniosłej symbolice i cyzelowanej frazie, nieuzasadnione są zatem podobieństwa np. do Martyny Buliżańskiej. W przeciwieństwie do tej drugiej, choć równie enigmatyczny, nowy tom Lebdy nie jest zagadką w klimacie noir, raczej studium przedmiotu z wyraźnym punctum – ukłuciem, zranieniem. Widać tu zresztą pewną różnicę względem Matecznika: o ile w nim porządek natury mamił jeszcze jakąś obietnicą wyzwolenia, pozwalał na transgresję poza ludzkie prawo, o tyle w Snach… wszystko od początku objęte jest metaforą eskapistyczną: snu w śnie, snu ofiar o świecie pełnym przemocy, który dopiero uczyni z nich ofiary. To charakterystyczne dla Lebdy, że staje po stronie słabszych, a wśród tych słabszych są zarówno dzieci, kobiety, jak i zwierzęta. Ich sojusz jest jednak tylko pozorny, bardziej upragniony czy imaginowany niż możliwy do zawiązania. Ma czysto poetycki, językowy, a więc patologiczny charakter.

Kolejna różnica, to ów koncept, który organizuje oba tomy. Matecznik dotyczył oddzielania się podmiotki, uczenia się bycia sobą w obrębie struktur rodzinnych (wobec poszczególnych członków), ale też w samym porządku natury. Trwał rok, i był to rok umierania ojca, rok wygaszania jego monologu, chociaż organizowały go dwie, paradoksalne, wiosny. W Snach… bohaterka jest już nieco obok, bardziej niezależna, starsza, a przedmiotem zainteresowania stają się jej siostry, które idą do pierwszej komunii. Sny… to w ogóle tomik „siostrzany”, w każdej możliwie feministycznej charakterystyce tego pojęcia. Matkę i ojca z poprzedniej książki zastępują relacje z siostrami oraz bratem, wielkim przegranym całego tomu, tym, który nie rozumie mowy natury, który nie potrafi śnić, który zawsze jest słabszy i na zewnątrz tajemnego sojuszu („mówią: nasz brat tego nie potrafi”, „odmawiają mi brata potrafią odwrócić / od niego moją uwagę […] mówią: zobacz jest podobny / do zwierzęcia trzymanego w klatce”). Ale to on jest teraz spadkobiercą ojcowskiego prawa, to on „prowadzi na rzeź”, uruchamiając mechanizm uboju i naznaczając sny:

„w chwilach kiedy moje siostry są najczulsze
brat spuszcza z łańcuchów psy i prowadzi
je w mięso ubojni gdzie czekają na nie
ciężkie łby uckermärkerów”

(zbliżenie: pochód)

To ciekawe, jak Lebda zmienia punkty widzenia, pozostając wciąż w tym samym przecież, symbolicznym kręgu najbliższych jej osób: siostry, brat, matka, ojciec. Sama komitywa sióstr ma w sobie coś niepokojącego, ale też najwięcej w niej czaru. Podmiotka wielu wierszy obserwuje na przykładzie młodszej siostry proces, któremu sama podlegała w Mateczniku: proces emancypacji, profanowania świętości i tworzenia kontrnarracji, w której to słabi odzyskują głos, a „ja” świadomie staje się jednym z tych słabszych. To chyba najciekawsze momenty tomu, spojrzenia (bo cały jest cyklem spojrzeń, przebłysków, jakby drobnych wspomnień, fotograficznych zoomów, stąd kolejne tytuły „zbliżenie”) na siostry, coraz bardziej obce, coraz bardziej niepokojące w przechodzeniu od naiwnego, dziecięcego katolicyzmu pierwszej komunii do pogańskiego sojuszu z naturą:

„od chwili kiedy zobaczyłam je klęczące
przed zwierzętami coraz rzadziej widuję je
w dębowych ławkach kościoła pod wezwaniem
świętego michała archanioła

ale

ich włosy długo jeszcze będą
pachnieć spalaną żywicą”

(zbliżenie: wiara II)

Gdyby podmiotka wypowiadała się we własnym imieniu, pewnie byłoby w tym sporo irytującej kreacji: obietnic lirycznego wyznania, autentyczności, nadziei w łatwych, mistycznie umocowanych analogiach kobieta-ziemia-natura. Ale ona tylko obserwuje, podgląda nawet („przez uchylone drzwi łazienki podglądam”), zdaje relację z momentów, w których jej siostry przekraczają jakąś granicę, naruszają tabu i tym samym tracą niewinność, ucząc się śmierci („przypominają ciemność kiedy patrzą na brata”, „moje siostry najstraszniejsze są w chwilach / kiedy modlą się do świętych porozwieszanych / po domu // modlą się bowiem nie o coś / ale przeciwko” – „święci porozwieszani”, fenomenalna przerzutnia!, a jeszcze ta puenta). Dziwność i groza, która wkrada się w tę obserwację, to wynik zderzenia nieco bardziej racjonalnego spojrzenia bohaterki z wymykającymi się logice zachowaniami dzieci, ale też wynik konsekwentnego profanowania katolickich rytuałów, albo raczej: nasycania ich treścią, którą przez wieki utraciły. Nagle mięso, ciało i modlitwa odzyskują swój transsubstantacyjny charakter w duchu „bierzcie i jedzcie”, a przez to objawiają się w całej abiektalnej potworności. A jest to świat unurzany we krwi, biorący z niej początek („mówiły wtedy: cała wieś stąd wyrasta”), karmiący się nią nieustannie, jakby pozbawiony funkcji zabijania i pożerania się wzajemnie wymykał się możliwości pomyślenia.

Ale tytułowe „zbliżenie”, które rozpoczyna każdy z wierszy, jest również próbą pokonania dystansu, nie tylko zoomem, ale też wejściem w głąb, próbą wczucia się w sytuację poznawczą sióstr i nawiązania z nimi kontaktu. Wynikiem tej próby staje się właśnie tajemnicza „siostrzeńskość”, która zyskuje znamiona sabatu i jako taka jest propozycją wspólnoty wymykającej się więziom rodzinnym. W pewnych chwilach przechodzi wręcz w „wiedźmowatość” , jakby opowiadał o niej Robert Eggers, snujący drugą część Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii. Kolejne „zbliżenia” to zatem kolejne akty poznania tego, co bliskie i obce jednocześnie, tego, co oddzieliło się od bohaterki, choć dalej jest ciałem pokrewnym: „znam blizny należące do moich sióstr / te w okolicach piersi przypominają / egzotyczne ptaki” (zbliżenie: ciała).

Sny… to tom-warkocz, splot motywów i obrazów, które powracają przez wszystkie wiersze i naznaczają opowieść podskórną grozą: mięso-mięśnie-ciało, pokarmy, ptaki (chore/egzotyczne), języki (zimne/fioletowe/chore), przechodzące w gardła, w psyki i odcięte łby, woda, włosy, wreszcie chłopcy, zarazem obcy i zapoczątkowujący narodziny seksualności. Jest to zaplecione skrzętnie i gustowne, i mimo formalnej prostoty tych tekstów, mimo pozostawania cały czas w kluczu symbolicznego, apokryficznego naddawania znaczeń, w każdej lekturze wnosi coś nowego. Skrócenie frazy i wiersza działają na korzyść dykcji Lebdy, mniej naśladują „ośmieloną wyobraźnię”, sprawiają za to wrażenie, jakby podmiotka cedziła słowa, jakby celowo szukała wyrazów brzemiennych w sensy:

„jedna z moich sióstr nie potrafi wymówić er
z tego powodu mówi za nią ta druga i to ona
nocami wkłada palce do ust siostry
i prawidłowo układa jej język”

(zbliżenie: słowa)

Z banalnej, codziennej obserwacji rodzi się u Lebdy niepokojący i fascynujący obraz: siostra mówiąca zamiast siostry, ich podwójny, widmowy byt, który się wzajem uzupełnia (ma to w sobie i element grozy, jak z dobrego horroru, i stawia interesujące pytanie o to, czym jest „ja”, gdzie kończy się pojedynczość podmiotu), naruszenie ciała, niewinny erotyzm, wreszcie znowu udana puenta: „prawidłowo układać [komuś] język”. To zarazem ćwiczenie, forma dyscyplinowania (bo cóż znaczy ‘prawidłowo’? zgodnie z prawidłami, czyli normami?), ale też refleksja o samej poezji (ów defekt, choroba języka) i zajęcie miejsca w mortualnej galerii „języków” odciętych i niemych: kiedyś wilgotnych pysków, zapamiętanych na chwilę nim ustaną „głosy zwierząt prowadzonych do ubojni”. Wraca się do tej książki jak pod wpływem złego uroku: ze świadomością wszystkich wątpliwych konwencji i ograniczeń tej poetyki, ale też z poczuciem, że estetyzacja przemocy ma w tym wypadku sens i nie sposób odmówić jej skuteczności.

Małgorzata Lebda, Sny uckermärkerów, WBPiCAK, Poznań 2018.

__________

[1] Warto rzucić okiem choćby na Kelly and the Deer ze słynnego cyklu At twelve. Jako że zacytowanie zdjęć wymaga zgody na przedruk, odsyłam do albumów i Internetu.


Jakub Skurtys

Ur. 1989. Krytyk literacki, doktorant na UWr, mieszka we Wrocławiu.

Reklamy