JULIUSZ PIELICHOWSKI – Na tropie suwerena. Kacper Bartczak, „Pokarm suweren”

a

Kacper Bartczak przyzwyczaił nas do prowadzenia wyjątkowo czujnego nasłuchu języka – a raczej języków – jakimi posługujemy się tak w sferze publicznej, jak i prywatnej. Nie inaczej jest w przypadku najświeższego tomu Pokarm suweren, który ukazał się w czerwcu zeszłego roku w Biurze Literackim. W wierszach łódzkiego poety ponownie możemy obserwować, jak nieokiełznany, lingwistyczny żywioł wdziera się w kolejne obszary codziennego doświadczenia i – zorientowany na szukanie tego, co potencjalne i inne – podbija statyczne krainy naszych wyobrażeń. Czujemy, że gra, jaka toczy się w tych wierszach, nie jest niewinna. Ale tym bardziej warto podjąć ryzyko i wejść w ten niełatwy świat. To, co może spotka nas w zamian (i to znacznie szybciej, niż nam się wydaje), to doświadczenie kolejnej, nieznanej nam dotąd formy mówienia i myślenia, która – co prawda – nie przynosi nic pewnego i jednoznacznego, ale jednak w pewien sposób, przynajmniej przez krótki moment lektury, wyzwala.

Pokarm suweren bardzo świadomie koncentruje się na kilku wybranych pojęciach i metaforach, które – jak się domyślamy – nie znalazły się w tekstowym organizmie książki wyłącznie w wyniku arbitralnej decyzji poety. Czytając nowy tom Kacpra Bartczaka, rozpoznajemy kody, pojęcia i gesty komunikacyjne, wewnątrz których sami funkcjonujemy i które, jak się wydaje, przedostały się do tekstu w wyniku swoiście pojmowanej osmozy. Niektóre, jak chociażby tytułowe pojęcie suwerena, zrobiły w ostatnim czasie zadziwiającą (i chyba nie do końca zrozumiałą) karierę w przestrzeni publicznej, stając się dość nieoczekiwanie pożywką dla zbiorowej wyobraźni. Zafrapowany (i zafrasowany) poeta przygląda się temu procesowi – a raczej wsłuchuje się weń – z dużą dozą nieufności, co w przypadku autora Świata nie scalonego nie powinno zaskakiwać. Znając wcześniejsze prace Kacpra Bartczaka, w najnowszym tomie szybko dostrzeżemy kontynuację pewnego szerszego i bardziej zasadniczego projektu poetyckiego, którego najistotniejszym rysem jest programowe i bezkompromisowe otwieranie się na wszystkie wymiary języka, ze szczególnym uwzględnieniem tych dobrze ukrytych, drzemiących w najróżniejszych morfo- i etymologiach. To, co najbardziej ujmuje w tej książce, to gotowość do podważenia właściwie każdej wygodnej konwencji. Wczytując się w kolejne nieznane nam wcześniej frazy, czujemy, że uczestniczymy w przedsięwzięciu, które nie zostało skalkulowane na chłodno i które stroni od komfortu miękkich, oswojonych języków.

W interesującej rozmowie z Pawłem Kaczmarskim, towarzyszącej premierze książki, poeta podkreślał, jak niepokojąco „mroczne” przesunięcie semantyczne dokonało się w rozumieniu i stosowaniu „szlachetnie wieloznacznego”[1] pojęcia suwerenności. Z pewnością jest ono jedną z osi, wokół których obraca się niezwykle sugestywny i samoistny świat książki. Co ważne jednak, poeta nigdy nie osuwa się w niej w swego rodzaju poetycką publicystykę, która zawsze stanowi realne zagrożenie dla literatury angażującej się w doraźne dyskursy polityczne. Bartczak, owszem, podejmuje z nimi grę znaczeń, ale robi to na własnych, celowo niejasnych warunkach. Zresztą suwerenność, o jaką upomina się poeta, ma dla niego nieskończenie głębsze i znacznie bardziej elementarne znaczenie – jest niezbywalną jakością samego języka i toczącego się w nim procesu myślenia siebie i swojej językowo-cielesnej egzystencji.

Szczególna wrażliwość na aspekt morfologiczny języka jest znakiem firmowym Kacpra Bartczaka. Podobnie jak w Wierszach organicznych, poeta w swojej najnowszej książce eksploruje możliwości konstrukcyjne języka, pewne jego hipotezy. „Sycę morfologie”[2], czytamy w otwarciu tytułowego wiersza. Rzeczywiście, wczytując się w kolejne teksty tomu szybko zauważamy, że pewne pojęcia – jak ‘morfiał’ czy ‘torfem’ – powracają raz za razem w odmiennym kontekście, jak gdyby poeta sprawdzał ich potencjał, zarówno „sensotwórczy”, jak i wywrotowy. Bo dla Bartczaka wiersz i jego tkanka językowa to bodaj najlepsze, najpoważniejsze narzędzie poznawcze, jakim dysponujemy:

„jakbym poznał bez wiersza
myśl startą z brudnej nicości
zdartą przeklejoną na błony”[3]
(Niesuweren)

Językowa, poznawcza żądza to największa siła tej poezji. U wielu poetów dość często wiersze, które w założeniu mają stawiać opór siłom lingwistycznego bezwładu, ulegają mu na najbardziej zasadniczym poziomie. U Kacpra Bartczaka tak się nie dzieje. Możemy przyjąć ten świat, zanurzyć się w nim lub minąć go obojętnie, ale nie możemy zarzucić mu braku konsekwencji i pewnej – dla mnie imponującej – odwagi szukania.

Wiersz Kacpra Bartczaka to za każdym razem osobny, jak gdyby samoświadomy organizm. Krytycy niejednokrotnie zwracali uwagę na niezwykle interesujące u tego poety wyczulenie na aspekt biologiczny i cielesny – zarówno wiersza, jak i samego języka. W tym zakresie nowa książka kontynuuje wątki tak śmiało zarysowane w Wierszach organicznych. Ciało jest w niej obecne na każdym kroku, z całą jego fizjologiczną ambiwalencją. Co ważne jednak, raczej nie można mówić tu o jakiejkolwiek formie obrzydzenia tak postrzeganą cielesnością istnienia. Wręcz przeciwnie, w wierszach tych niezwykle silna jest świadomość, że ciało, jakim dysponujemy, to nasz sojusznik – obcy i niepojęty, ale jedyny. W rezultacie wykształca się coś w rodzaju jeśli nie czułości, to przynajmniej akceptacji dla takiej a nie innej formy cielesnej. To w końcu – obok języka – nasza zasadnicza forma życia. Zresztą obie te sfery doświadczania przenikają się na każdym lingwistycznym kroku. W poezji Kacpra Bartczaka ciało i język są w jakiejś mierze jednością, stąd tak duża u poety wrażliwość na wszelkie nadużycia czy „mroczne przesunięcia”, jakich niektórzy się dopuszczają. To, w pewnym sensie, po prostu reakcja somatyczna. Poruszająca jest zamykająca tom sekwencja z wiersza Żywic:

„wydzielino chłonna obca
psychosomatyko siostro
polimorficzna w wersie
mineralizujesz bardziej
ziarniście szepczesz niespójna
spojona wyszepcz się we mnie
duszo laminacie żywy skóro
wydziel się instaluj wersem
inną substancją organiczną”[4]

Pokarm suweren, mam wrażenie, to książka bardzo nam dziś potrzebna. Ale nie oznacza to, że ma ona wyłącznie doraźny charakter. Wiersze te pokazują, jak niejednoznaczne i brzemienne w różnorakie sensy bywają słowa, którymi karmimy się (jesteśmy karmieni) na co dzień. Obserwowanie procesu degradacji pojęć, dokonującej się nieustannie w przestrzeni publicznej, niejednego przyprawia o raczej niewesołe myśli. Pojawia się pytanie, co na dobrą sprawę można w takiej sytuacji zrobić – czy jest jakaś prosta, oczywista recepta na ten stan rzeczy? Czy kiedykolwiek istniała? Wbrew pozorom, odpowiedź wcale nie należy do najłatwiejszych. W pewnych okresach indolencja dyskursu władzy staje się jedynie bardziej odczuwalna. Rolą poezji, niezmiennie, jest ten proces zarejestrować i na swój sposób się mu przeciwstawić. W swojej najnowszej książce Kacper Bartczak bardzo przekonująco pokazuje, że być może największą siłą oporu dysponuje dziś nie poezja „zaangażowana” wprost, dążąca do bezpośredniej, dyskursywnej konfrontacji, ale taka, która – również programowo, ale na bardziej elementarnym poziomie języka – przeciwstawia się zastałym formułom mówienia i myślenia; poezja, która szuka własnego, potencjalnego języka, a w nim i poprzez jego nieznane formy – także odmiennych trybów istnienia.

Kacper Bartczak, Pokarm suweren, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017.

__________

[1] Echo-sfera wiersza, http://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/wywiady/echo-sfera-wiersza/.
[2] K. Bartczak, Pokarm suweren, Stronie Śląskie 2017, s. 28.
[3] Tamże, s. 45.
[4] Tamże, s. 53.


Juliusz Pielichowski

Ur. 1984 w Gliwicach. Poeta, tłumacz (J. Conrad, H. D. Thoreau, T. S. Eliot, Z. Bauman). Uczestnik kilku projektów Biura Literackiego (Połów 2011, Pogotowie Literackie 2012-2013, Pracownia Przekładowa 2017). Na zlecenie MKiDN autor opracowania Joseph Conrad w literaturze światowej (Muzeum Josepha Conrada-Korzeniowskiego w Berdyczowie, 2015). Autor tomu wierszy Czarny organizm, który ukaże się nakładem Instytutu Mikołowskiego. Mieszka w Warszawie.

Reklamy