PIOTR SOBOLCZYK – Gwałt i kontrakt, przemoc i przyjemność. „Kochanek” Jacka Melchiora

a

Rozpoczynając od krytycznoliterackiego obowiązku, stwierdzam, że trzecia powieść Jacka Melchiora (ściślej rzecz biorąc, trzecia pod nazwiskiem, nie licząc napisanego pod pseudonimem Ela Abowicz zupełnie niezłego chicklitu Lucyna w opałach) wydała mi się lepsza niż debiutanckie XXL i późniejsza Regina odchodzi. W tej mierze zgadzam się z Michałem Pawłem Urbaniakiem, który podobną ocenę wyraził w recenzji Kochanka dla „artPapieru” (nr 14 / 2016). Za najbardziej chybioną uważam Reginę…, która, jak się zdaje, została pomyślana jako „najambitniejsza”, czyli „najbardziej artystyczna”, a w rezultacie jest „najbardziej pretensjonalna” (doprawdy, czy aby przekonać, że jest się twórcą „ambitnym”, trzeba celować w wysoki modernizm z połowy XX wieku?). W odróżnieniu od Urbaniaka jednak nie przypisuję Kochankowi aż takiej rangi (pisze krytyk dobrze przemyślana, głęboka, a przy tym lekko skandalizująca; zgoda, że przemyślana, głęboka ani skandalizująca – nie dla mnie). Melchior wraca do narracyjnej konstrukcji panoramy zastosowanej w XXL – w Kochanku jest to 21 lat widzianych z gejowskiej perspektywy (1995-2016, a na planie symbolicznym – budowa warszawskiego metra), w XXL panorama sięgała lat 80. po współczesność. O idei panoramy jako takiej myślę dobrze, ale rozwleczone wykonanie w XXL przeładowało tę powieść często banalnymi i powtarzalnymi scenkami (ile razy bohater „znów” chodzi na szlak, tj. na pikiety, ile razy „znów” do dyskoteki itd.).

Kochanek jest nieco syntetyczniejszy, choć wciąż zdarzają się podobne sceny przypisane do różnych lat. Rozumiem, że to może być przemyślana decyzja, np. powtarzanie scen, w których kulturoznawca Damian ileś lat wcześniej i później wciąż stoi za ladą Aredeksu, zakładu fotograficznego, bądź jego wchodzenie na czat Republiki Gejowo every now and then; jednym z celów takiej narracji może być ukazanie, że życie jest powtarzalne. Inną motywacją zapewne jest melancholia wynikająca z upływu czasu, trudno mi tylko ocenić, czy jest to intencjonalny zabieg Melchiora (melancholia ze stawania się „starszym gejem” bije z XXL i z Kochanka), który oto upomina się o taką refleksję wśród szczególnie młodszych czytelników (co mnie dzisiaj, jutro tobie), można by się zgodzić, że w dzisiejszej kulturze gejowskiej taka refleksja jest marginalizowana i dopiero od niedawna odzyskiwana; czy też jest to projektowany na karty powieści psychologiczny problem. Z innej jeszcze strony, jest to zabieg „uambitniajacy”, z jakiegoś powodu część odbiorców woli myśleć, że książka gruba typu epopeja bądź panorama jest ambitniejsza niż przedstawiająca krótki wycinek czasu. Z jeszcze innej strony uwagi o kolejnych dobudowywanych i otwieranych stacjach metra na przestrzeni lat, o denominacji, o tym, jak rewolucja smartfonowa wyparła rynek wywoływania zdjęć itp., takie markery-lokatory na osi czasu, mogą wywoływać efekt angażujący czytelnika, przypomina on sobie wydarzenia, wzdychając do siebie „ach, tak było, ile to już lat”; ja osobiście myślę o takim wywoływaniu sympatii czytelniczej bez sympatii. A niekiedy tego rodzaju wtręty sprawiają wrażenie wysilonych. Podobnie wysilona wydaje mi się próba wpisania tej opowieści w ramy m i t u  Brokeback Mountain, albowiem – tu się z Melchiorem zgodzę – to opowiadanie Annie Proulx, niezbyt wybitne, a przede wszystkim wybitny film Anga Lee, stworzyły autentyczny mit w kulturze gejowskiej. Aby mitowi stała się zadość, jeden z bohaterów pary Damian-Alek musi zginąć, Damian wpada więc pod samochód słuchając muzyki ze smartfona, otrzymawszy od młodszego kochanka nowe słuchawki, które bardzo go zaskoczyły, by nie rzec: wciągnęły (czyż nie jest to zarazem uwspółcześnione nawiązanie do Iwaszkiewiczowskiego Ikara?); Alek zaś z rąk jego matki odbiera drogą mu koszulę Damiana, na której zresztą podpisała się Cassandra Wilson, tak jak Ennis del Mar w poruszającej scenie tulił i wąchał koszulę Jacka Twista. Przyznam, że ten wątek u Melchiora mnie zażenował.

Kreacja Maksymiliana, nastolatka, który zostaje chłopakiem dwukrotnie starszego Damiana, również wydała mi się nieprzekonująca (bynajmniej nie z powodu różnicy wieku). Autor nie jest konsekwentny: raz przedstawia chłopaka jako czytającego, a nawet (jak na nastolatka) oczytanego, innym razem zaś podkreśla jego braki w erudycji kulturalnej i przywiązanie wyłącznie do tego, co tu i teraz, mówiąc wprost: ukazuje jako prościutkiego chłopaka z prowincji z pewnymi ambicjami (nieźle się uczy). Przy tej okazji nietrudno nie dostrzec, że Melchior, bodaj mimowolnie, ulega jednak polskiej mitologii kolonialnej centrum – peryferie vel Polska A – Polska B (tzw. ściana wschodnia). Alek pochodził z Białegostoku, Damian z Warszawy. W powieści Białystok, drugie co do wielkości miasto po prawej stronie Wisły, przedstawiony jest jako miejsce, gdzie wszyscy słuchają disco polo i to wyczerpuje ich poszukiwania kulturalne (nawet jeśli w 1995 r., kiedy rozpoczyna się akcja powieści, Białystok faktycznie był stolicą disco polo; w 1996 r. pierwszy a nie ostatni raz w życiu widziałem spektakl Teatru Wierszalin z Supraśla pod Białymstokiem), Alek ponadto przeczytał tylko Sienkiewicza,  ludzie mają najprostsze marzenia (pobrać się i spłodzić dzieci) i w żadnej mierze nie są w stanie zrozumieć istnienia seksualności nienormatywnej. I oto Warszawa udzieliła oświecenia discopolowemu Białystokowi, nawracając go na jazz Cassandry Wilson, a przy okazji na seks męsko-męski, który osobie z Polski B nawet po dekadzie nie będzie się kojarzył z biseksualnością. Nie chcę powiedzieć, że taka mitologia dwóch Polsk i pewnej odmienności „ściany wschodniej” (sam pochodzę z Lublina i lata 90. pamiętam…) nie istniała – jeśli jednak miała być tematem, to powinna zostać opisana inaczej, w Kochanku natomiast została użyta na zasadzie skrótu, stereotypu. Maksymilian zaś, bo do niego teraz wracam,  pochodzi z Ciechanowa i z innego pokolenia, w związku z tym Melchior starał się wyposażyć go w młodzieżowy język. Nie wiem, czy celował w mimetyczny nasłuch języka nastolatków, czy w kreację, ponieważ rezultat jest czymś pomiędzy i to czymś niestety irytującym. Oto próbka monologu:

Tylko miejsce, ten szpital na Wolskiej, takie, że jajebie! Wykwintne pedaluchy i obrzygane ćpuny razem, jedni przez dawanie dupy, drudzy przez dawanie w żyłę, złączył ich syfek-hifek. I taki elegancki pedaluch, marynareczka, buciki, lekkie przegięcie, stał raz za mną po odbiór kartki. […] Ryj? Całkiem, całkiem, trochę taki stary chłopiec, no kurwastary, ale jary, między trzydziechą a czterdziechą, do młodego bym nie zagadał. A zagadałem, bo się wkurwiłem.

W zasadzie nie wiemy, czy według zamysłu autora Maksymilian mówi tak, gdyż uważa, że jest to zabawne, czyli jest to jego nastolatkowa (auto)ironia, czy też dlatego, że jest nastolatkiem z prowincji.

Zdecydowanie udała się natomiast kreacja Bogusi, córki Alka z pierwszego małżeństwa. Została ona oparta na micie puella senex. Bogusia już jako kilkulatka wyraża się jak dorosła, poetyzuje (ambitnie i niekiedy kampowo), a ponadto dostrzega w sieci ludzkich interakcji nieoczywiste szczeliny, choćby nienormatywność seksualną – np. uważa Alka i Damiana za swoich dwóch tatów. Jako 11-latka publikuje książkę dla dzieci. Fizycznie zaś jest niskorosła, ma wielkie oczy i ubiera się w stylu vintage, osobliwym kultem darząc Audrey Hepburn. Jedna Bogusia przechodzi w tej powieści największą przemianę – i to się Melchiorowi znakomicie udało – gdy wkraczając w nastoletniość zmienia się z niedzisiejszej poetessy w agresywną nastoletnią lesbijkę, która potrafi rzucić się do bójki, wlazła za jakąś koleżanką z klasy do kibla, zatarasowała drzwi i dawaj, do dzieła!, chadza umalowana do lesbijskiego klubu, gdzie pije z dziewczynami i uprawia z nimi seks voyeurystyczny. Przyznam, że to było miłe zaskoczenie w narracji, w której lata mijają, a sytuacje i ludzie zmieniają się nieznacznie. Ponadto po ciągu wątpliwości udało mi się powiedzieć komplement, a mimo tych zastrzeżeń przecież uważam, powtórzę, że jest to niezła książka a także lepsza niż dwie poprzednie.      

A teraz odstawiam na bok krytyczne zobowiązania, by zająć się wątkiem, który naprawdę mnie zainteresował – jako osobę, która omawiała metafory gwałtu homoseksualnego we współczesnej prozie (w tekście Gwałt korporacyjny i gwałt korporealny – dwa spojrzenia na pewną metaforę w: Przyjemność i cierpienie. Genuss und Qual, t. II, red. G. Jaśkiewicz, J. Wolski, Rzeszów 2014) oraz queerowe podejście do S/M (np. Permanentna parabaza subwersji i queerowe S/M w: Współczesne dyskursy konfliktu, red. W. Bolecki, W. Soliński, M. Gorczyński, Warszawa 2015). Melchior konfrontuje dwa spojrzenia na gwałt, które, wprawdzie niedokładnie, ale wpisują się w oś „hetero-homo”, prowadząc ostatecznie ku wnioskom nt. S/M. Pasywny Damian, którego pociągają przede wszystkim potężnie zbudowani faceci, fantazjuje o gwałcie:

Góra wpycha się od razu i brutalnie w jego trzewia całą swoją górowatością. Gwałt, po prostu gwałt, ocenia Damian. I to mu się bardzo podoba! Po kwadransie leży wytarmoszony, wyżęty, wykończony. Powieszony i odcięty, zachwycony wisielec. Karuzela stoi, wszystko przystanęło i drży, drży, drży… Drży też pierwsza, kompletnie absurdalna myśl: dlaczego ta dziewczyna Alka, Monika, zrobiła z gwałtu dramat? Przecież to takie przyjemne! Gdy wszystko wraca do normy, karuzela znów zaczyna się kręcić. Damian widzi scenę z Ofiar wojny: wykrzywiona w bólu twarz młodej Wietnamki gwałconej przez żołnierza Seana Penna.

W klasycznym ujęciu Freuda fantazja o gwałcie wiąże się z kobiecością (tu Freud był daleko posuniętym binarystą) i masochizmem  „kobiecym”, który, to Wiedeńczyk przyznawał, może występować u obu płci, a także u dzieci – por. analizę człowieka wilka, gdzie fantazja o byciu penetrowanym miesza się z fantazją o byciu bitym; masochizm erogenny miesza się wówczas z „moralnym”, przyjemności dostarcza myśl o byciu ukaranym, odpowiadająca na odczuwane przez masochistyczny podmiot poczucie winy. Poruszamy się jednak  obrębie fantazji, gwałtu fantazjowanego. Damian nie został formalnie (w sensie prawnym) zgwałcony – stosunek dokonał się za obopólną zgodą, nawet jeśli nie sposób z góry uzgodnić wszystkich aspektów jego przebiegu (w tym wypadku sposobu rozpoczęcia penetracji). Melchiorowi chodzi raczej – a ukazuje to jak myślę trafnie a też dość zgodnie z klasyczną psychoanalizą – o odkrycie pewnego rodzaju kompleksu fantazmatycznego u niektórych gejów pasywnych: ich przyjemność nie wynika wyłącznie z ruchów frykcyjnych stymulujących prostatę, ale z psychicznej potrzeby poczucia się w kontrolowanym akcie przytłoczonym, zagarniętym, bezbronnym / bezwładnym, umniejszonym a przecież równocześnie niezbędnym dla satysfakcji drugiego. Na zasadzie: nawet takie mikre coś jak ja jest niezbędne dla satysfakcji kogoś, kto jest tak wielki i wspaniały, że wydaje się samowystarczalny. Damian piórem Melchiora co prawda nie zagłębia się aż w taką psychoanalizę, ale powiada coś podobnego: Odkrywa, że on, leptosomatyk, astenik, drobinka kurde, może podobać się Górze! Na czym polega zaś różnica między takim odczuciem a kontraktem heteroseksualnym? Trzeba naprzód sprecyzować: opisana scena między Damianem a Mundkiem (zwanym Górą, od „top”, czyli „aktyw”, ale też pewnie od „góry mięśni”) nie ma miejsca w obrębie związku, wynika z umówienia się dwóch osób chętnych na spotkanie seksualne, które może się nigdy nie powtórzyć. Analogicznej struktury epistemologicznej w świecie heteroseksualnym opisanym przez Melchiora nie ma (w tzw. życiu ona wprawdzie istnieje, ale dopiero od niedawna intensywniej, wciąż jednak jest rzadsza, gdy w świecie gejowskim pewnikiem częstsza niż „randki romantyczne”). Jak zatem wygląda gwałt Alka na Monice? Przespawszy się z Damianem zaszokowany Alek wraca do Białegostoku. Monika dotychczas go zwodziła (…) wspominała, że może jednak nie po ślubie, bo nie kupuje się kota w worku (…) obiecując, że niedługo, choć jeszcze nie dziś… Tego wieczora Monika powiadamia Alka, że Sylwia i Wierka (współlokatorki) nie wrócą do późna, całując go mówi: Siadaj – pieszczotliwie chwyta go za ucho i ciągnie na swoją wersalkę. Wówczas dochodzi do stosunku, który potem Monika nazywa gwałtem. Nie zamierzam twierdzić, że będąc w związku nie można kogoś zgwałcić, ale nie należy też z drugiej strony z pojęcia „gwałt” robić worka. Monika następnie (mową pozornie zależną) rozmyśla tak:            

Monice, gdy napadł ją Alek, nie było ani dobrze, ani nie wykrzywiała twarzy z bólu. Oczywiście szok, ale… tak naprawdę nie w tym rzecz. Napadł ją i nie napadł. Zwodziła go wiele miesięcy. Nie chce się przyznać, że wcale mu się nie dziwi. Nie chce, bo nie może. Życzy sobie myśleć, ż ktoś jej zrobił straszną rzecz. […] Tak sobie życzy myśleć, ponieważ nigdy nie spotkało jej nic, co by było warte choćby wzmianki. Nic, co by czyniło jej życie czymś osobistym, wyjątkowym.

Tak przedstawiony kontrakt heteroseksualny daje kobiecie narzędzie kontroli, poczucie sprawczości – może ona manipulować partnerem – a jednocześnie pozwala jej wpędzić partnera w fantazmat o brutalnym męskim samcu, któremu tylko chuć w głowie (skoro w kółko nagabuje o ten cały seks). „Napadł ją i nie napadł”, czyż taka forma manipulacji mężczyzną, aby się zdawał bardziej samczy / libidynalny nie świadczy także o pewnego rodzaju fantazji o gwałcie? Może dlatego Monika „wcale mu się nie dziwi”? Lecz przyznać się, że chciało się być zgwałconą narusza kulturowe tabu, podczas gdy ustawienie się w pozycji ofiary pozwala na dalsze manipulacje / poczucie sprawczości (Mogłaby wyjść za innego. Trochę udaje, że jest na „nie”. Z nudów. Jedyne, co ją z nim wiąże, to fakt, że ma na niego haka. Ma na kogoś haka. Ktoś jest od niej zależny. Jest ważna). Analityka porównawcza kontraktu homo- i heteroseksualnego podkreśla zatem większą przejrzystość tego pierwszego, jego bardziej „kontraktowy”, ugodny (a i przygodny) charakter, a także większą świadomość własnych fantazji erotycznych – to ostatnie może być pochodną tego, że kontrakt heteroseksualny obłożony jest mitologią monogamicznej miłości romantycznej i mówienie o erotyce, analizowanie jej, stanowi większe tabu. (Wyobraziłem sobie w tej chwili obruszonego czytelniczkę heteroseksualnego. Może czasem potrzebne jest queerowe, krzywe lustro, aby przeskoczyć własną ślepą plamkę?). W cytacie z monologu Damiana zwraca uwagę jeszcze inny czynnik istotny w analizie pojęć „gwałt” oraz „fantazja o gwałcie” – stopień erotycznego podniecenia, wyrażony tu metaforą karuzeli, która przystała a potem ruszyła, a także odczuciem wszechobecnego drżenia świata (pochodzącego zapewne od drżącego ciała). Gdy karuzela rusza, a więc gdy Damian wychodzi z erotycznego podniecenia, pojęcie gwałt kojarzy mu się z przemocowym wykorzystaniem kobiety znanym z filmu, a fokalizacja na jej twarz ma podkreślać, że Damian zdolny jest nie tylko do odróżnienia obu sytuacji, ale też i do odczucia empatii wobec ofiary. Być może nie znaczy to dla naszego pojmowania seksualności, że gdy jesteśmy podnieceni, jesteśmy w stanie zgodzić się na jakieś „więcej”, na coś, na co nie zgodzilibyśmy się przy braku pociągu seksualnego – choć i tak może bywać – przede wszystkim natomiast zwraca uwagę na istotną rolę czynnika przemocowego czy agresywnego, acz kontrolowanego, w funkcjonowaniu libido, czy to w zachowaniach erogennych, czy w fantazjach, czy w obu sferach (nie zawsze przecież zgodnych). Znów: kontrakt homoseksualny (męski, bo o tym tu mowa) ma łatwiejszy dostęp do takiego rozpoznania, ponieważ nie pada ofiarą romantycznego mitu, dominującego w kontrakcie heteroseksualnym.  

Tak zarysowana analityka, zrazu opozycyjna, rozwija się w powieści jednak w dwóch ciekawych kierunkach. Siostra Damiana, Dorota, wiąże się z byczkowatym Robertem (który bardzo podoba się też Damianowi). Kiedy Robert i Dorota przypadkiem znajdują w komputerze Damiana gejowskie porno z seksem analnym Robert, po niezbędnych deklaracjach homofobicznych, proponuje Dorocie seks analny, ta zgadza się wbrew sobie. Gwałt – niegwałt? Co w tym fajnego, zastanawia się, pilnując rwanego rytmu. Zastanawia się, by nie skupiać się na bólu. Bo boli. Robert nie ma pojęcia, co to żel ani sztuka powolnego rozbudzania kobiet. Pornosy pomijają zbędne prologi. – No, to wasza mamusia ma teraz parę pedałków. Od tej pory wbrew Dorocie, która jednak nie wypowiada swojego oporu na głos, to jest dominująca forma kontaktów seksualnych między nimi. Wkrótce dochodzi do tego bicie. Przemocowe, nie SMerski role play. Sprawa okazuje się jednak bardziej skomplikowana – prywatne śledztwo Damiana i jego przyjaciół pokazuje, że Dorota i Robert wypracowali milcząco jakiś rodzaj kontraktu nt. przemocy, Dorota zaczęła Robertowi oddawać a jego to podniecało, bicie się podniecało oboje, od bicia, drapania i plucia przechodzili do pocałunków i seksu. Stosunki dzielili na te „z krwią” i „bez krwi”. Gdyby próbować to odnieść do wzorcowego pojmowania układu S/M, to chyba trzeba by rzecz ująć tak: został wypracowany kontrakt, choć albo jedna ze stron się  n a u c z y ł a  odczuwać rozkosz (z) przemocy, albo obie strony nie były świadome takich potrzeb i je, by tak rzec, wypracowały, dochodząc do niepisanego kontraktu. Tu znów rysuje się różnica między kontraktem hetero a homo: mitologia hetero utrudnia rozpoznanie seksualności S/M, nierzadko piętnuje ją, stąd być może nawet jeśli potrzeby takie tkwią w obojgu partnerach, nie są artykułowane, wypowiadanie ich jest skandalem, do zawarcia milczącego kontraktu dochodzi więc poprzez „negocjacje praktyczne”, zahaczające o nieseksualną przemoc czy od takowej wychodzące, bez przedustawnego konsensualnego kontraktu. Niewypowiadalność ma tu jeszcze inną twarz: już po rozstaniu z Robertem Dorota mówi Damianowi, że jej były mąż miał pociąg także do własnej płci, tylko nie śmiał go nigdy nazwać (wywodził się z maczystowskiego środowiska, powiedzmy, żulowsko-lujowskiego), za zgodą Doroty uprawiał na jej oczach seks analny z prostytutkami, w tym z brazylijską (s)hemale, „kobietą z penisem”, co najbardziej go podnieciło. A tak, mówię ci! – zaśmiała się Dorota. – On chętnie by nas razem… I wcale nie miałbyś nic przeciwko, prawda? – powie siostra do brata. Brat miał już taką fantazję ileś rozdziałów wcześniej – siadł na fotelu aby się onanizować: – Co, kurwa? Gdzie byłaś? – Nigdzie, ja tylko… – piszczy Damianek najcieńszym z wewnętrznych głosów. – co tylko? Gdzie tylko? Robert wywija przed nim wielką, żylastą pięścią, nie musi wiązać go do krzesła, za chwilę rozkwasi mu nos lub podbije oko, a potem… Oooo, już! Zatem fantazja o gwałcie i pobiciu. Jeżeli przyjąć, że Robert ma pociąg homoseksualny, którego tabu nie pozwala mu odkryć w sobie, to jak się zdaje seks przemocowy z kobietą, w tym seks analny (bo Robert chyba zakłada, że to sprawia partnerkom ból) okazuje się o d r e a g o w a n i e m, czymś więcej niż „substytut”. Jego logika wydaje mi się dość oczywista, ale gdyby taka nie była dla wielu czytelników, to wyjaśnię: agresja skierowana na samego siebie, wynikająca ze stłumienia i niemożliwości ekspresji własnego pożądania zostaje skierowana na kobiety, obiekty, „przez których istnienie” Robert musi z nimi sypiać. W zasadzie homofobia wynikająca z własnej homoseksualności przyjmuje dwa kierunki projekcyjne – albo właśnie na kobiety (moim zdaniem z Kronosa wynika, że taką ścieżką cyrkulowało libido Gombrowicza), albo na gejów, „przez których istnienie” pożądanie do tej samej płci może się w ogóle pojawiać (gdyby ich zabrakło, jednym obiektem do obsadzania byłyby kobiety). Idzie zatem o eliminację poprzez projekcję albo presji (mężczyźni muszą sypiać z kobietami), albo pokusy (mężczyznom nie wolno sypiać z mężczyznami).   

Damian natomiast wciela w życie z kilkoma partnerami scenariusz S/M, jednak ów schemat nie jest dla niego tylko czystą zabawą, role play, pojawia się w nim element masochizmu moralnego, ukarania samego siebie za błędne decyzje dotyczące wyborów miłosnych. Damian wiąże się z Mariuszem w coś, co we współczesnym słowniku gejowskim nazywa się „układem” (znów tradycjonalistyczny kontrakt hetero zdaje się nie ma analogonu), a więc mieszkają razem itp., mają niezły seks, ale czują do siebie sympatię, nie miłość: Na starym, metalowym łóżku jak z przedpotowego szpitala, znaleźli prawdziwe spełnienie. Miłości, tego, co trafia i przynajmniej pewien czas nie puszcza, nie ma. I oni sobie tej miłości nie wyznają. „Nie wyznają” nie oznacza, że „nie wypowiadają”. Narrator określa to słowem „zaklinają”, a dzieje się to w ramach rytuału S/M: – Kochasz mnie? – Mariusz układa w pętlę szeroki, skórzany pasek. – No, mów! – Kocham… – Głośniej! – Kocham…! – Kogo? – Kocham… cię! – No! – Mariusz rzuca pasek na podłogę i rozciera czerwoną pupkę swojego chłopaka, zielone światło na przejeździe. Gdy Damian wiąże się z Łukaszem, do którego się przeprowadza, ponieważ gdy liczył, że zamieszka z Alkiem, ów akurat związał się z jakąś kobietą – Gdy wręczył mu stary, skórzany pas kupiony od zdegenerowanego policjanta pod Halą Kopińską, Łukasz nie potrzebował instrukcji. No, może niewielką: mógłbyś mnie wtedy pytać, czy cię kocham. A ja będę zapewniał, że tak… I Łukasz pyta, i wali tym pasem, uzdrawiająca kropla niepoczciwości w poczciwości. (Albowiem, co nie bez znaczenia, obaj masterowie, Mariusz i Łukasz, zostali scharakteryzowani jako „poczciwi”, co przy okazji znaczy też „nudnawi”). Damian próbuje odtworzyć swój scenariusz fantazmatyczny, związawszy się z dwukrotnie młodszym Maksem. Ten jednak, jak można zrozumieć, pokonuje Damiana jego własną bronią: Nawet tę debilną zabawę w pytania – odpowiedzi, to całe: kochasz mnie? kocham! wybiłem mu z tyłka skórzanym paskiem, żadnych zabaw takimi słowami! O ile można założyć, że oznacza to, iż przy Maksie Damian przełamał swój schemat i być może otworzył się na miłość (przechodząc do czysto zabawowego masochizmu bez domieszki masochizmu moralnego), to sam Maks pozostaje w obrębie własnego fantazmatu, również S/M, ale mającego działać autoterapeutycznie. Mianowicie chwyciłem go za ten mądry łeb i wytarłem nim, co trzeba, dla równowagi – co określa równocześnie jako moja zemsta na męskim rodzie. Puryści S/M mogliby się obruszyć na Damiana (a w konsekwencji na Melchiora za taką kreację), że używa go do uspokajania własnego sumienia, a zatem jego układ z masterem, choć zostaje zawarty (na zabawę), nie jest czysty, ponieważ master nie wie, że wykorzystywany jest jako narzędzie do uciszania sumienia slave’a. Tu jednak można kontrować wielkim pytaniem o ludzką seksualność i rolę fantazji w niej: czy wszyscy nasi partnerzy wiedzą i czy my wiemy o nich, jakie fantazje kryją się w umysłach podczas zbliżenia dwóch (czy więcej) ciał (oraz niekiedy przedmiotów)? Co ludzie „załatwiają”, świadomie lub nie (na ogół – nie), podczas stosunków? Jak bardzo rzadko występują kontakty seksualne „bez załatwiania” – i czy w ogóle mogą one być satysfakcjonujące? Oczywiście pytania te – jak cała prowadzona przeze mnie tutaj analityka seksualności – nie są pytaniami Melchiora, są moimi pytaniami i refleksjami  p o n a d, czy zainspirowanymi opisanymi przezeń scenami. Cóż załatwia zatem Damian? Karze siebie za to, że wiąże się w „układy” nie z miłości. Próbuje sobie „wbić do głowy” (poprzez wbijanie w tyłek), że kocha, to może pokocha, a przecież z góry wie, że nie – więc tym bardziej się musi karać za to, że jest niezdolny kochać; i koło się zamyka (Karen Horney zwracała uwagę, że w masochizmie psychicznym często występuje struktura poznawcza tzw. błędnego koła). Karze siebie za to, że nie potrafi zatrzymać przy sobie na stałe Alka (którego nigdy nie prosił, by ów go bił), karze siebie za to, że kolejnych kandydatów traktuje jako jego substytuty w jednoczesnym poczuciu, że nigdy się nimi staną. Za co natomiast Maks odgrywa się na męskim rodzie (za szkołę?!) – nie dowiemy się, bo w zakończeniu powieści, gdy Damian już nie żyje, Maks i Alek zostają kochankami, przy czym Alek debiutuje w roli pasywnego. I tu, pierwszy bodaj raz, dowiadujemy się, że i Alek załatwił relacją seksualną jakieś swoje potrzeby psychiczne: Ty też jesteś zemstą, lecz nie moją, Damiana zemsta jesteś na mnie z zaświatów, podarunkiem i zdradzonym testamentem jednocześnie… Biseksualnego macho Alka bowiem w jakiejś mierze „upokarza”, a więc „karze” wejście w rolę pasywną. Odreagowuje w ten sposób to, że przez lata nie umiał związać się z Damianem, choć parokrotnie w powieściowych monologach wewnętrznych do jego świadomości przebijała się myśl, że to Damian, nie żadna kobieta, był najlepszym partnerem do zamieszkania i być może największą miłością?

Czy jednak Melchior chciał napisać książkę tematyzującą S/M? Nie wiem. S/M (i gwałt jako metafora, alegoria czy po prostu środek wyrazu) okazują się w tekstach kultury często medium do ukazywania komplikacji ludzkich jednostek, ich konfliktów wewnętrznych, braku akceptacji dla jakiejś części siebie, odreagowaniem. Cześć insiderów orzekłaby, że to nie jest ogląd insiderski. (Pop)kulturowy dyskurs wokół S/M i jego reprezentacji znajduje się w podobnym miejscu, w jakim dwie, trzy dekady temu znajdowała się polska literatura homotekstualna, co sprowadzałoby się do formuły „piszesz o gejach, homoseksualności – musisz ją wytłumaczyć, nie możesz jej pokazać bez dodatkowego komentarza, trzeba ją wytłumaczyć”, a to kończy się czymś określanym w dyskursie medycznym i psychiatrycznym jako „poszukiwanie etiologii”. Nawet jeśli jednak tak jest w wypadku Kochanka, to da się go czytać na przekór takiemu uwikłaniu narratora / autora w siatkę kulturowych oczekiwań – to właśnie próbowałem uczynić, eksponując raczej nie tyle etiologię agresywnej projekcji jednostkowych udręk, co systemowe relacje między przemocą nieerotyczną a fantazją o przemocy, a przemocą erotyczną niewymuszaną.

Jacek Melchior, Kochanek, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.


Piotr Sobolczyk

Ur. 1980 w Lublinie. Pisarz, poeta, krytyk literacki i badacz literatury. Od roku 2012 pracuje w Instytucie Badań Literackich PAN w Warszawie. Opublikował tomy poezji Samotulenie (2002), Homunculus (2005), Dywan Pierrota (2009), Obstrukcja Insługi (2014) i 100% ARABICA/chiNOISEry (2015) oraz książki prozatorskie Opowieści obrzydliwe (2003) i Espanadiós (2006).

Reklamy