PIOTR SOBOLCZYK – Homofobofilia i kryminał. „Tak będzie prościej” Przemysława Semczuka

5a

Nie czytuję kryminałów, nie daje mi przyjemności zanurzenie w tej konwencji, a jeśli zdarza mi się czytać – interesuje mnie w większym stopniu to, czym obudowana jest intryga kryminalna, a więc tzw. „tło”, tzw. „realia” czy tzw. „ideologia”, jaka przemycana jest pod fabułą. W modelowym układzie komunikacyjnym, to znaczy takim, który zakłada, że autor chce napisać przede wszystkim intrygę kryminalną, a / bo czytelnik chce przeczytać dobrą intrygę kryminalną, to, na co zwracam uwagę, nazwalibyśmy marginesem. Ale nie od dziś wiadomo, że w związku z poczytnością gatunku niektórzy autorzy wyzyskują intrygę kryminalną jako wabik – oś(ć), aby to, na czym zależy im bardziej – „tło”, „realia”, „ideologia”, a w niektórych wypadkach pewnie też i humor itd. – nie rozpadło się na szereg scenek czy obrazków, bądź nie zmieniło w tzw. „powieść obyczajową” (resp. film), albo w powieść gotycką (z której się kryminał zresztą wyrodził, zawężając jej fantastyczne obszary do racjonalnych, cenzurując jej delektację w nienormatywności), ewentualnie – podążając za klasycznym esejem Rogera Caillois – w powieść przygodową, która jest anarchicznym rewersem „pilnie przestrzegającego reguł” (i tego też nas uczącego) kryminału. Posłużenie się taką osią jednak nie jest niewinne, ona sama bowiem zawiera w sobie elementy silnie waloryzujące, wymusza niejako ukazywanie „upadku” świata czy jego „bałaganu”, „brudu”, słowem, ideologia kryminału ciąży ku moralizatorstwu, o ile nie ku konserwatyzmowi. Co oczywiście nie przeczy subwersywnym grom z tą konwencją, o ile pisarz jest takich obciążeń świadomy i z moralizatorstwem / konserwatyzmem nie sympatyzuje. Powieść przygodowa w większym stopniu afirmuje więc joie de vivre, jeśli pije się tam alkohol, jest to vin gai, podczas gdy ponure picie w kryminałach to zdecydowanie vin triste (wino jest tu gatunkiem umownym, oczywiście). „Anarchia sprzeciwia się więc nieuchronnie policji, a wrażenie – badaniu”, powiada Caillois. Czy przygodowość musi denerwować strażników procedur? Albo prowokując jeszcze inaczej: czy kryminał może być wesoły, czy kryminał może być dla wesołych, for gay, czy kryminał może być gay?

Pytanie to natychmiast parafrazuję następująco: czy kryminał musi być przeciw wesołym, against gay, czy musi być anti-gay. Wiemy, że nie. Pozostańmy na naszym podwórku. Edward Pasewicz w Śmierci w darkroomie pokazał, jak geje sami biorą śledztwo w swoje ręce, ponieważ policja spleciona z homofobiczną władzą, a dodatkowo układem towarzysko-politycznym w większej mierze zmierza do zacierania śladów winowajcy niż wyjaśniania, co i dlaczego zaszło. Podobnie Andrzej Selerowicz w niedawno wydanej Zbrodni, której nie było pokazywał jak towarzyski krąg łódzkich gejów pod koniec lat 60. prowadzi śledztwo, kto zamordował ich kolegę, ponieważ milicja, zasłaniając się frazesami o kryminogenności homoseksualistów, zdaje się mało zainteresowana znalezieniem sprawcy, w każdym razie faktycznego, skora za to jest traktować przesłuchiwanych gejów zbiorowo jako „element” i potencjalnych podejrzanych. Jak wskazywałem w swojej recenzji z tej powieści, Selerowicz chciał opisać zarówno życie prywatne gejów w PRL-u, jak i ich relacje z milicją w sposób, w jaki w samym PRL-u o nich nie pisano. Tu przywołałem jako negatywny punkt odniesienia Zakazaną miłość Tadeusza Gorgola (pisana w l. 70., opublikowana z opóźnieniem w 1990), która nie jest kryminałem i jest pisana na pozór „od wewnątrz”, natomiast z obrzydzeniem i przeświadczeniem, że geje stanowią środowisko kryminogenne, co współgra ze światopoglądem milicjantów prowadzących śledztwo w sprawie morderstwa, będące wątkiem pobocznym, ale „ideowo” centralnym. W tej mierze powieść Gorgola sytuuje się blisko opisywanych swego czasu w głośnym szkicu Stanisława Barańczaka „powieści milicyjnych”. Powieści Pasewicza i Selerowicza natomiast mają elementy kryminału, jak też ścisłym jego definicjom zaprzeczają, szczególnie jeśli kryminał zredukować do francuskiego określenia roman policier (powieść policyjna / o policji), ponieważ w obu wypadkach milicja i policja, tu jakby niewiele się zmieniło, są nie tylko niewydolne, ale też niechętne. Parafrazując Caillois: godność własna sprzeciwia się milicji i następnie policji, a szerzej władzy, a solidarność pozorowi badania. Różnica między ustrojami polega jednak też na przypisaniu do kategorii prywatne – publiczne. Geje PRL-owscy podejmują prywatne śledztwo, opisani zaś przez Pasewicza wpisują się już w koncepcję zasadnego nieposłuszeństwa obywatelskiego.

Jak wobec rozpisanych tu kategorii sytuuje się powieść Tak będzie prościej Przemysława Semczuka? Jako czytelnik niezaangażowany w osie kryminalne, wyczuwający jednak z racji zawodu działanie konwencji w zależności od jakości wykonania, odnoszę wrażenie, że powieść ta fanów kryminału zadowoli. Intryga przedstawiana jest z kilku punktów widzenia i w różnych miejscach kraju, a nawet zagranicy, te skoki powoli składają się w zarysy całości, hipotezy, dostarczają więc owej matematycznej przyjemności, o jakiej pisano w wypadku tradycyjniejszych form kryminału. Ale już rozwiązanie zagadki jest w zasadzie podwójne, a przez to otwarte, nierozstrzygnięte. Dla mnie jako czytelnika działa to na korzyść, choć nie wiem, czy dla czytelnika pragnącego jasnej odpowiedzi to będzie atutem. Z tym wiąże się sprawa kolejna i w pewnym sensie zasadnicza. Nie potrafię powiedzieć, czy Semczuk fokusuje się na intrygę kryminalną, czy też używa jej, aby przedstawiać „tło”, „klimat” oraz „ideologię”. Te ostatnie zjawiska niewątpliwie w tej powieści są silnie obecne i to one mnie w największym stopniu zajmą. Wreszcie – w kontekście „geje a kryminał” – powieść Semczuka mówi o gejach z zewnątrz, a zatem inaczej niż wszystkie trzy wskazane wyżej powieści, natomiast mówi zarówno o milicji jak i policji, rzecz dzieje się w 1993 i jeden z zasadniczych tu tematów to próby wprowadzenia nowego etosu przy zachowanej ciągłości dawnej milicji w policji, krótko mówiąc, temat, którym na początku lat 90. za sprawą dwu części Psów Władysława Pasikowskiego fascynowała się polska publiczność, dekadę później powracał on w serialu Oficer Macieja Dejczera (scenariusz Wojciecha Tomczyka) i jego kontynuacjach.     

Natomiast wydźwięk tej powieści, obraz gejów w niej bliższy jest Zakazanej miłości Tadeusza Gorgola niż powieściom Pasewicza czy Selerowicza. Argumentów za tym można wskazywać wiele. Powieść toczy się na początku 1993 r. Bohaterowie homoseksualni w powieści są nieustannie zwani przez wszystkich (policję, dawną milicję będącą obecnie policją, celników, dziennikarzy, a także zwykłych obywateli) pedałami. Rozumiemy, że ma to pokazywać „realizm”, tak wtedy mówiono, taki był stan języka i świadomości społeczeństwa. Gdyby jeszcze w powieści trafiła się jakakolwiek pozytywna wzmianka o „pedałach”, można by się nie wykłócać o ten element „tła”. Szczególnie przy założeniu, że intryga kryminalna była nadrzędnym autora celem, nie pretekstem. Ale skoro w powieści przyjęto konwencję odtwarzania ówczesnego języka, to nie mogę nie zwrócić uwagi, że są też achronologizmy, tj. w użyciu są słowa, które weszły do języka później niż dzieje się akcja. Na przykład słowo „siema”, które spopularyzował, jak wiadomo, Jerzy Owsiak podczas imprez Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (ruszyła właśnie w styczniu 1993) i Przystanku Woodstock (od 1995). Konsultowałem sprawę ze znawcami, w styczniu 1993 „siema” na pewno nie było w obiegu. Niewykluczone jednak, że to nie jest omyłka autora. Słowo to pada bowiem w pewnym kontekście, mianowicie podczas rozmowy w gejowskim barze w Trójmieście, która brzmi tak:

– Czołem, Kokarda!
– Siema, Czarny, co słychać?
– Stara bida. Daj czajure i jakiegoś fikołka, bo zmarzłem na kość. […]
– Czarny, mam fajnego sikora do spuszczenia. Reflektujesz? Puszczę za półtorej bańki.  

Może ten język ma pokazywać luzacki styl gejowskiej młodzieży? Tyle że ten styl nie odpowiada temu, czym był luzacki styl młodzieżowy w 1993. Natomiast występują w nim dwa słowa z gwary więziennej. „Czajury” domyśliłem się bez trudu (herbata, czaj), ale „sikora” musiałem już zresearchować (zegarek). Dodajmy „fikołka” jako koktajl alkoholowy, co można wywnioskować z kontekstu – słowo pochodzi z kolei ze slangu meliniarskiego. Dodajmy posługiwanie się pseudonimami. Faktycznie Czarny, czyli Olek, Aleksander Małachowski (sic), jest nie tyle gejem, co lujem, który sypia z facetami dla pieniędzy, a z czasem po to, by ich okradać, a w końcu też i mordować. Bo ich nienawidzi. W środowisku gejowskim jednak – pikietowym, dworcowym, barowym, młodzieżowym – uchodzi za swojego. Dlaczego? Bo całe to środowisko, zdaje się mówić Semczuk, to „element” (barman w barze gejowskim na grypserę odpowiada grypserą!). (Tak mówiła milicja w PRL-u, tak mówił generał Kiszczak uzasadniając akcję Hiacynt, tak mówi milicja w powieści Gorgola, a Gorgol jej wierzy, i tak mówi milicja w powieści Selerowicza, a Selerowicz jej nie wierzy i ją demaskuje). Dokładnie taki sam zabieg zastosował Gorgol. W jego powieści „pedały” i „cioty” mówią slangiem, który na końcu autor objaśnił w specjalnym słowniku, gdzie wymieszał kilka określeń na chłopców, być może faktycznie historycznie używanych przez gejów w latach 70. (np. „baba-luj” na określenie mężczyzny biseksualnego – acz nigdzie indziej się z tym wyrażeniem nie spotkałem), z wieloma słowami ze slangu więziennego, dodając, że słowa te są „najczęściej spotykane w różnych środowiskach mających kontakt z niektórymi kręgami homoseksualistów: wśród grypserów, charakterniaków, git-ludzi i innych posługujących się kminą, slangiem kryminalnym, a także w niektórych środowiskach młodzieżowych”. „Z   n i e k t ó r y m i  k r ę g a m i”. U Gorgola narracja zdaje się wyróżniać dwie grupy osób angażujących się w praktyki homoseksualne: cwaniaczków, którzy wprawdzie napadają, wyłudzają pieniądze, a z facetami sypiają tylko dla profitów, ale mają swoisty etos fajności (jakieś „nie masz cwaniaka nad homofobiaka”), być może dlatego po prostu, że bliżsi są bieguna tradycyjnej męskości, słowem lepszy machoidalny przestępca niż niemęska a przeto predestynowana do roli ofiary ciota. Druga kategoria zaś to ci, którzy właśnie nie używają takiego języka, frajerzy, geje szukający bliskości, miłości, niewidzący, że są oszukiwani przez kutych na cztery nogi heteryków wyśmiewających ich za plecami, oni też są ofiarami przestępstw, w tym morderstw. I to co napisałem teraz o świecie powieści Gorgola stosuje się również, acz w bardziej zawoalowanej formie, do powieści Semczuka. „Pedałów” zawsze poznajemy tu nie od wewnątrz, a okiem narratora heteryckiego, który podąża za kilkoma bohaterami, ale nigdy za „prawdziwymi” gejami, ani też za ofiarami – jedyny bohater „w funkcji homoseksualisty” to właśnie Olek, który uważa siebie za hetero, a narrator podąża szlakiem jego morderstw. W konsekwencji ci „prawdziwi” geje wchodzą na scenę powieści zawsze na pikiecie, w krzakach, na dworcu albo w barze, są starzy i lubieżni albo quasimafijni, po czym giną. Nie mają osobowości, o tej ewentualnie dowiadujemy się później i na ogół wiedza ta nie stawia ich w lepszym świetle. Słowem w scenach, gdy podąża za Olkiem, narrator zdaje się bardziej sympatyzować z nim, on bowiem posiada jakieś motywacje, osobowość, jest jakoś powieściowo „objaśniony”, nawet jeśli ostatecznie trzeba będzie nolens volens te motywacje potępić (ramieniem policjanta, też homofoba), ofiara natomiast w tej kreacji językowej z trudem może wzbudzić współczucie. Krytyka, której teraz dokonałem, dotycząca mordercy i jego ofiary, bardzo przypomina zarzut, jaki w 1979 i 1980 r. środowiska homoseksualne w USA stawiały słynnemu filmowi Cruising Williama Friedkina z Alem Pacino. Z tą różnicą, że Friedkin, po pierwsze, chciał pokazać dokładnie środowisko gejowskich SMerów (kręcił w autentycznym barze z zgodą właścicieli), po drugie ostatecznie pokazał, że przemoc policji jest bardzo bliska przemocy mordercy (który mówi ofiarom słynne you made me do that, „sam mnie do tego zmusiłeś”, co można też przyłożyć do naszego Olka), a mundur jest tu granicą tylko symboliczną, nie korporealną – natomiast „przemoc” w S/M jest czymś zupełnie innym. Nadto Friedkin w wywiadach zapewniał, że nie miał ani on, ani jego ekipa intencji homofobicznych – a miał dobry argument, jako że wyreżyserował dekade wcześniej pierwszy mainstreamowy film amerykański o kilku bohaterach gejach (The Boys in the Band). Po latach krytyki ówczesnych gejów zrewidowano, teoretycy queer film zreinterpretowali. Otóż moim zdaniem żadnego z takich argumentów, jakimi rewindykowano film Friedkina, nie da się zastosować ani dziś, ani w przyszłości do powieści Semczuka. Wracając do „siema”, można uznać, że autor nie lubi Owsiaka i nadto pokazuje na „sojusz” jego oraz jego zwolenników z gejami i ich ideologią, a ta, jak widać, to po prostu kryminał. Idźmy dalej. Zamordowawszy w Gdańsku docenta pedagogiki Stanisława Suchowolskiego (z jakiegoś powodu przemknęło mi przez głowę skojarzenie z profesorem pedagogiki i członkiem PRON Bogdanem Suchodolskim…), jedzie Olek do Olsztyna. Tam na dworcowej pikiecie spotyka znajomego o pseudonimie Markiza, który, jak mówi, „czekam na Cioteczkę Dżili. Ma przyprowadzić jakiegoś dzianego znajomka. Zagraniczniak. Przyjechał na kilka dni i szuka przygód”. Następnie obaj idą do gejowskiego baru Pod Samowarem, gdzie spotykają starych znajomych: „przy wysokich stołkach na barze siedzieli Gruba Berta i Pomniczka. Na widok wchodzących skinęli na powitanie. Przy stoliku Olek rozpoznał jeszcze kilku startych znajomych. Rachelę, Esterę i Tekstylną Sławę”. Znalazłem artykuł na temat lokalu Pod Samowarem w olsztyńskiej „Wyborczej” (Grzegorz Szydłowski, Olsztyńska legenda, „Samowar”, odzyskała swój blask, 17 XII 2010), lokal okazał się legendą, gdzie do pewnego czasu przychodziła elita, pod koniec funkcjonowania zaś, cytuję, „schodziło się tam różne podejrzane towarzystwo, tzw. lokalna »elyta« spod ciemnej gwiazdy, która nie żałowała sobie alkoholu”, a cytowana w artykule dawna kierowniczka dodaje: „zaczęło się do nas schodzić podejrzane towarzystwo. Słynne latające butelki i zastawy oraz burdy były na porządku dziennym. Nie było dnia, by milicja nie przyjeżdżała do nas po kilka razy”. Nie ma ani słowa o klienteli homoseksualnej. Co więcej, lokal przestał działać w 1992 r., a więc w czasie opisanym w powieści był zamknięty. Data może się autorowi pomyliła, ale czy „pomylił” mu się lokal gejowski z lokalem półświatka czy pospolitą żulernią – przypadkiem? A to nie koniec niespodzianek. Olka dziwią pustki na pikiecie, lecz Markiza służy wyjaśnieniem – wszyscy są na spotkaniu Lambdy, zwanej potocznie Lambolą: „stowarzyszenie mamy. Oficjalnie Lambda, ale ktoś źle zaadresował list i teraz wszyscy mówią Lambola. W końcu wychodzimy z ukrycia i zaczynamy walczyć o swoje. O tej porze już pewnie w Czajniku siedzą”. Faktycznie w Olsztynie działał oddział Lambdy w latach 1990-1997. Istniała faktycznie też nieformalna organizacja gejów i lesbijek Lambola, należał do niej m.in. Robert Biedroń w czasach swoich studiów w Olsztynie (notabene w powieści występuje też pedał posiadający melinę w Wałbrzychu o pseudonimie Biedrona…). Co innego jednak jest w tej konstrukcji uderzające: oto, jak rozumiemy, towarzystwo o nieomal mafijnych pseudonimach (nawet jeśli Cioteczka Dżili pochodzi z serialu Powrót do Edenu, bardzo popularnego w połowie lat 80., a to znów można uznać za cytat z Witkowskiego, który w Lubiewie opisał ciotę Alexis – imię po bohaterce serialu Dynastia) siedzące w Samowarze alias Czajniku, to działacze Lambdy, aktywiści gejowscy, do niedawna, a może i w inne dni niż zebrania grupy to i obecnie, spędzający czas na pikiecie dworcowej planując jak obrobić „dzianych zagraniczniaków”. Słowem, ruch wyzwolenia gejów i lesbijek z melin się wywodzi i ma charakter paramafijny… Nawiasem mówiąc, zdaje się, że wśród aktywistów nie było w tak znów dobrym tonie używać żeńskich pseudonimów i w ogóle ten kampowy etos, zawsze dotyczący tylko części środowiska, zdawał się odchodzić do przeszłości u progu lat 90. Prawie na samym początku powieści narrator daje charakterystykę Olka, w której również pobrzmiewa dość zaskakująca teza, spójna jednak z przytoczoną właśnie olsztyńską scenką:

Jeździł po całym kraju. W każdym mieście miał kumpli, znali go niemal na każdym dworcu. Najbardziej lubi Trójmiasto. Z czasem przestał się puszczać, głównie kradł. Gdzie się dało i co się dało. A jak nie było co kraść, to szedł na dworzec albo na pikietę w Parku Skaryszewskim czy na Placu Trzech Krzyży, podłapywał jakiegoś pedała i obrabiał mu chatę. Po upadku komuny frajerów było pod dostatkiem. Homoseksualiści wyszli z ukrycia i bez trudu można było złapać kogoś, kto dotąd tylko marzył, żeby zaliczyć takiego ślicznego chłopaczka jak on.

Idzie o zaskakujące rozumienie „wyjścia z ukrycia” homoseksualistów. Zdaniem Semczuka najwyraźniej oznacza to wyjście na pikiety. Tymczasem owa ewolucja była raczej odwrotna, to za PRL-u z konieczności kwitło życie pikietowe, ponieważ trudno było w inny sposób kogoś poznać. Rok 1989 nie przyniósł tu wyraźnej zmiany, acz stopniowo przez dekadę lat 90. pikiety odchodziły do lamusa. „Wyjście z ukrycia” oznaczało raczej utworzenie prasy funkcjonującej w legalnym obiegu (przede wszystkim „Inaczej” w 1990), zalegalizowanie organizacji (Lambda w 1990) i utworzenie lokali gejowskich, choć nie publiczne „wyjścia z szafy”. Epizod olsztyński pokazuje jednak, że wyjście na pikietę jest zdaniem autora tożsame  z walką o prawa gejów i lesbijek w oficjalnej organizacji, a także jest przejawem zwiększonej publicznej widoczności tych grup. Tak może się wydawać jednak tylko przy założeniu, że niezależnie od wszystkiego geje (o nich tu wszak mowa) po prostu są grupą kryminogenną, quasi-mafijną, patologiczną. Nie lepiej niż lokal olsztyński wypadają jeleniogórskie, również autentyczne, Galery oraz ich właściciel nazwany w powieści Czesław Andrzejewicz, posługujący się pseudonimem Artur – tak w powieści, jak i w życiu (co do „życia”, łatwo z pomocą internetu ustalić prawdziwe personalia właściciela Galer, pseudonim, jakim lubił się posługiwać, a także zobaczyć budynek lokalu na zdjęciach i dowiedzieć się, kiedy klub przestał działać). Można się zastanowić, czy użyte w powieści personalia nie stanowią złożonej aluzji do Jerzego Andrzejewskiego (Czesław po jego najlepszym przyjacielu Miłoszu). Sceny odwiedzin Galer są dwie, za pierwszym razem przychodzi dziennikarz Wirus, za drugim policjanci, sceny te jednak są podobne dlatego, że podobny jest modus operandi Andrzejewicza, budzący podobne obrzydzenie u gości:

Na widok Wirusa mężczyzna poderwał się z krzesła.
– O, pan redaktor – zawołał trochę śmiesznym wysokim głosem. – Zapraszamy do nas.
– Ciekawe skąd ten pedał mnie zna – bąknął Wirus pod nosem.
– Dzień dobry panu – dodał już głośno z kamienną twarzą.

Wyjaśnię panu redaktorowi i niedomyślnym czytelnikom, skąd Czesław zna redaktora: otóż pedały są bardzo wścibskie i wszystkich znają. Czesław natychmiast zaczyna się zwracać do gościa per Kubuś i ordynuje kelnerom „herbatkę i pączusia dla pana redaktora. Bo tak wątle wgląda”, wskazawszy miejsce dodaje już per ty: „proszę, siadaj, krzesełko jeszcze cieplutkie, wygrzane, a redaktor myśli o nim oślizgły typ”, a chwilę później narrator dodaje: „nie znosił takich typów”. Jak pisarz ma uwiarygodnić oślizgłość, ukazać obrzydliwość? Wprowadza manierę nadmiaru zdrobnień do idiolektu postaci. Ponieważ to jednak może się niewyrobionemu czytelnikowi kojarzyć z usłużnością czy uprzejmością, dodaje zacytowane przeze mnie komentarze: uprzejmość ta jest fałszywa. A może też mężczyźni z zasady nie powinni być uprzejmi? Na koniec wizyty „redaktor uścisnął dłoń przypominającą raczej zdechłą rybę. Pieprzony pedał, pomyślał, kończąc pączka”. Potraktujmy to, rybeńki gejowe, jako przewodnik jak przestać wzniecać homofobię – ćwiczmy: ściskanie dłoni jak zdechła flądra powoduje, że biorą nas za „pieprzonego pedała”, ale już jak śnięty śledź – tylko za „pedała”, natomiast przestajemy podburzać do złości, gdy nasza dłoń przypomina w uścisku szczęki rekina. Obrzydzenie jednak popłaca, bo Czesław błyskawicznie podsunął redaktorowi trop znanego nam Olka: „wiedział, że trafił na gadułę. Facet sam powie, co wie, bez wysiłku z jego strony”. Również policji Czesław podsunął trop Olka, a niepytany dorzucił informację o stałym kochanku Tadeusza Stecia, czyli głównej ofiary, której powieściowe śledztwo dotyczy. Policjant Albin, przyjęty do służby jeszcze w czasach milicji, na widok wnętrza lokalu, który „okoliczni mieszkańcy omijali […] szerokim łukiem”, zdobywa się na refleksję historiozoficzną: „Ja pierdolę! Do czego to doszło? – Albin rozglądał się po sali. Jeszcze parę lat temu chowali się po bramach, a teraz bez skrępowania wieszają chuje na ścianach, jęknął w duchu, widząc ogromny obraz przedstawiający męskie genitalia”. Bo Galery były też galerią sztuki. Sztuka jednak, by powrócić do rozrysowanego za Caillois rozdziału, definiowana jest różnie w zależności od tego, czy jest to powieść przygodowa oraz światopogląd przygodowy, czy światopogląd policyjny. Być może podkomisarza Albina zadowoliłby obraz pały. Oczywiście białej, milicyjnej. Z powodu tych różnic estetycznych, obrzydzony podkomisarz, inaczej niż łakomy redaktor, nie tknął „pączusia”, a także „zawahał się, czy podać rękę Arturowi, ale ostatecznie zrezygnował i czym prędzej wyszedł”. Ręka psuje się od ryby.

To nie przypadek, że Czesław tak łatwo udziela informacji dziennikarzowi i policjantowi. Ale idzie o coś więcej niż stereotyp ciotki plotkarki (tu nawiasem mówiąc, można zasygnalizować, że Semczuk postanowił przeczytać Michała Witkowskiego, pozbawiając go autoironii, a za to normatywizując i patologizując: Witkowski w Lubiewie mówi mniej więcej coś takiego, że geje zatrzymani podczas Hiacynta dużo milicji mówili – i dodaje – bo uznali to za świetną okazję, by pofolgować swojej skłonności do konfabulacji i fantazjowania, skoro ktoś ich słuchał; zaś Semczuk usuwałby takie Witkowskiego dopowiedzenie; podobnie gdy w Barbarze Radziwiłłównie Witkowski ironizuje mafijne pseudonimy, te Masy i Kiełbasy i inne, sugerując w nich jakieś przegięcie, to Semczuk pożycza i trawestuje ten motyw, pozbawiając go ironii). Gdy podkomisarz Albin relacjonuje przełożonemu swoją wizytę, dorzuca istotny szczegół na temat swojego informatora:

– Obywatelu komendancie – wyrwał się Albin jako pierwszy. – W dniu wczorajszym skontaktowałem się z obywatelem Czesławem Andrzejewiczem,   lat czterdzieści osiem, czynny homoseksualista, właściciel klubu Galery w Maciejowej. W środowisku znany jako Artur – Albin przewrócił oczami – w organach bezpieczeństwa występował pod kryptonimem Bell.

Jak widać, Czesław miał praktykę w informowaniu. Tu chcę zasygnalizować wątpliwość etyczną. Jak już wspomniałem, Semczuk sportretował postać realną, zmieniając jej personalia, co więcej, autentyczne personalia można ustalić dwoma kliknięciami myszki. Powieść w dużej mierze opiera się na faktach, ale uzupełnia je fikcją, co w słowie od autora skwitowano konwencjonalnie: „jednak wiele wątków i występujących w książce postaci to literacka fikcją. Podobieństwo do autentycznych osób i wydarzeń jest przypadkowe”. Na ogół jednak trudno ocenić, co jest fikcją, a co autentykiem. Gdy odkryłem, że (autentyczną) pijacką spelunkę opisuje się jako klub gejowski, znalazłem wprowadzenie fikcji. Czy tak jest z agenturalną przeszłością Czesława – a także wielu innych, o czym za chwilę – gejów w powieści? Czy autor „coś wie”, czy też „pasowało mu do fabuły”, a może raczej do „tezy”? Skoro nie wiemy, co fikcja, co autentyk, możemy założyć i taki układ, że autor np. nie lubi gejów i opisuje autentyczne postaci, ale dobarwia je fikcją, czyniąc z nich agentów, ponieważ dzięki temu będą się rysować w gorszym świetle. Nie powiedziałem, że tak jest w tej powieści, tylko że tak mogłoby, może być. Czyli posłużyłem się retoryką analogiczną do tej u Semczuka. Nie powiedziałem, że powieść jest homofobiczna, czy że autor nie lubi gejów, tylko że powieść mogłaby taką być, jeśli przyjąć takie założenie. Posługując się zdaniami z powieści Semczuka można skonstruować inny argument, bliższy zresztą autentykowi niż fikcji, a mianowicie: owszem, geje bywali konfidentami służb, donosili na swoich kolegów, szczególnie podczas akcji Hiacynt, kiedy milicja organizowała masowe łąpanki i przesłuchania gejów, prowadząc rejestry. Podkomisarz Albin także w akcji uczestniczył. Gdy przybywa do Galer, na widok dwóch „wesołych” chłopców myśli:

Pedały! […] Kilka lat temu podczas akcji Hiacynt wyciągał takich gówniarzy z domów i wsadzał na dołek. Dostawali lanie i musieli kablować na tych, co to siedzieli w ukryciu. Głównie profesorów, dyrektorów i innych, którzy mieli intratne państwowe posadki. Cioty dostarczyły wtedy sporo kompromitujących materiałów. Albin nie mógł zrozumieć, dlaczego teraz nie kryją się ze swoim zboczeniem. A nawet obnoszą publicznie z nienormalnością.                

(Zwrócę ponownie uwagę: „publicznie” znaczy w gejowskim lokalu). Być może stąd Albin wie, że Czesław był konfidentem (choć żaden nie rozpoznaje drugiego). Być może – bo narrator tej wiedzy nie integruje. Swojemu przełożonemu mówi po prostu, że Czesław był agentem. Co więcej, informacja ta w powieści zostaje podana w taki sposób, który uniemożliwia dostrzeżenie w gejach ofiar. Logika tej prezentacji podąża następującą chronologią: milicyjny punkt widzenia na akcję Hiacynt – jej skutek, czyli agent (agenci) – obrzydliwie zachowujący się i prosperujący dawny konfident. To samo można powiedzieć o monologu wewnętrznym Olka napadającego na starszych gejów: „pieniądze zabrał, saszetkę wyrzucił, a facetowi sprzedał na pożegnanie solidnego kopa w jaja. Wiedział, że nie poskarży się psom. Tacy jak on trzęśli się na widok mundurowych. Za bardzo zaleźli im za skórę w czasach ludowej ojczyzny, żeby teraz biegać do nich na skargę”. Jest to po prostu informacja. Gdyby autorowi zależało na wprowadzeniu możliwości zrozumienia czy współczucia, tj. podkreśleniu, że geje byli ofiarami ówczesnej sytuacji, musiałby sięgnąć po inne środki – co oczywiście nie jest łatwe, jak każde przedstawianie ofiar, bo grozi sentymentalizmem, czyli „literackim kryminałem”; zdaje się zatem, że sucha informacja oznacza „neutralność”, tyle że brak tu równowagi, jeśli autor znajduje środki dla zaznaczenia, niekiedy aż groteskowo, obrzydzenia (jakie budzą pedały), czyli nie wszystko przedstawia „sucho i neutralnie”, nadto nie przedstawia żadnego pozytywnego kontrprzykładu – summa summarum, nie sposób uznać, że taki brak równowagi jest neutralny, retorycznie rzecz biorąc, partie „neutralne”, informacyjne, jednak dopisują się do kreacji negatywnej. Ale być może należy uznać, że suchość i obrzydzenie to jedyne ekspresje dostępne milicjantowi czy policjantowi, a domaganie się „wesołego”, „przygodowego” kontrapunktu dekryminalizuje powieść… Jak wspomniałem, nie jedyny to gej agent. W istocie okazuje się, że cała intryga kryminalna opisana w tej powieści to dzieło byłych i może obecnych agentów różnych służb; agentów i gejów. Główną ofiarą jest Tadeusz Steć, jeleniogórski przewodnik po Karkonoszach. Postać zresztą autentyczna i personalia autor zachował. Uczestniczył on w przemycie złotych zabytkowych monet z Czech do Polski, a w sprawę tę był zamieszany także inny były agent polskiego wywiadu (i gej) oraz były agent Stasi, a w zdjęciu tego ostatniego uczestniczy czeski policjant, który również okazuje się agentem czeskiego wywiadu (prawdopodobnie komunistycznego; o tym notabene nie wiadomo, czy gej). Policjanci śledczy rozmawiają następująco o Steciu:

– Oni [UOP – P. S.] przejęli wszystko po Służbie Bezpieczeństwa. Sieć agenturalna zamarła, ale nie wiadomo, kiedy i kto może się przydać, więc cały czas mają oko na najcenniejszych współpracowników i kontakty operacyjne. Zresztą nie tylko oni. Ci, którzy nie przeszli weryfikacji, też wiedzą, kto pracował dla bezpieki. Dla nich ci ludzie są jeszcze cenniejsi. Powynosili różne papiery i teraz szantażują. Zrobili sobie z tego nowe źródło zarobku.
– Chcesz powiedzieć, że Steć współpracował z esbecją? – zapytał Ciszewski z niedowierzaniem.
– Nie tylko z nimi. Nie darmo dostał od WOP-u odznakę zasłużony dla Służby. Coś dla nich musiał robić. Jak dobrze wiesz, oprowadzał wycieczki po górach. A góry to była granica z Czechosłowacją, więc dochodzi STB. Oprowadzał głównie wycieczki niemieckie. Te zachodnioniemieckie. Wielu, nazwijmy to, turystów – tu zrobił znaczącą minę – przyjeżdżało nie tylko w celach krajoznawczych. Ci ludzie często byli pod obserwacją służb NRD. Czyli mamy jeszcze Stasi.

Monety trafiały od Stecia do Władysława Koniecznego w Warszawie, też geja i agenta, a wychodziły od Czecha Vaszka, który został znaleziony w Wełtawie, a zamordował go agent Stasi, ten sam, który prawdowpodobnie zamordował Stecia i zamierzał zamordować Koniecznego, gdyby nie to, że Koniecznego zamordował zgarnięty przez niego z pikiety Olek. Zostaje zgarnięty przez czeską policję na Śnieżce, czemu przygląda się polska policja, gdzie zamierzał zabić inne ogniwo w przemytniczej szajce. Porucznik Honza Kalaš objaśnia polskim kolegom:

W polskim paszporcie figuruje nazwisko Franciszek Piwniczny. W hotelu pewnie ukrył kilka innych. Naprawdę nazywa się Franz Keller. To były agent wschodnioniemieckiego wywiadu. Wysoko postawiony agent. Często  otrzymywał zadania od samego Markusa Wolfa. Nie wiecie, kto to Wolf? – zapytał, widząc zaskoczone miny policjantów. Pokiwał głową i mówił dalej: – Markus „Misza” Wolf, szef enerdowskiego wywiadu. […] Wiem tylko, że obserwował jednego z byłych oficerów polskiego wywiadu, który pracował pod przykrywką w handlu zagranicznym.

Chodzi o Koniecznego. Polski policjant pyta czeskiego: „– Skąd pan to wszystko wie? – Nie zawsze pracowałem w policji. – Porucznik Kalaš uśmiechnął się zagadkowo”. Czyli agent wywiadu. Jest jeszcze jeden gej agent, Olek próbuje go zabić w Olsztynie, ale napotyka na opór – w ten sposób orientujemy się, że silniejszy od 20-latka 60-latek zapewne jest agentem. Gdy w łazience Olek przykłada Cezaremu Wolfowi brzytwę, mówiąc „a teraz, ty stary pedale…” – „łokieć mężczyzny z ogromną siłą wbił mu się w żołądek. Uderzenie było tak mocne, że stracił oddech. Tamten w ułamku sekundy odwrócił się i chwycił Olka za rękę. Wykręcił ją w taki sposób, że brzytwa wyleciała mu z dłoni i uderzyła głucho o kafelki. Z niebywałą wprawą obrócił chłopaka, chwytając go za kark, i wcisnął mu głowę do umywalki”. A potem podtapiał. Na rzecz jego agenturalności świadczy też nazwisko (pseudonim?), identyczne jak u Markusa Wolfa (postać autentyczna). Tu rysuje się jednak smutna dla polskiego etosu refleksja: Władysław Konieczny też był oficerem wywiadu, tyle że nie Stasi, a polskiego, a z Olkiem w podobny sposób rady sobie nie dał (Olek „upuścił szklankę, która roztrzaskała się o podłogę. Uniósł rękę i zadał cios tak błyskawicznie, że Władysław nawet nie zdążył się zasłonić”). Oficjalnie Cezary prowadził w Niemczech, gdzie wyemigrował w latach 70., firmę handlującą z Polską, w czym pomógł mu Henryk Kulczyk. Ojciec Jana.

Od strony osi intrygi kryminalnej rzecz, o której teraz powiem, dobrze wyszła. O ile wiemy, kto stał za zabójstwem pozostałych gejów, o tyle śmierć Stecia pozostaje zagadką, autor dostarcza dwóch odpowiedzi alternatywnych. Pierwsza jest kryminalna, a druga agenturalna. Nieprzypadkiem zwolennikami teorii kryminalnej są dawni milicjanci pracujący obecnie w policji, a tej agenturalnej – młody policjant, od kilku lat na służbie, Ciszewski, niewątpliwie najsympatyczniejsza postać w powieści. Według teorii kryminalnej tłem morderstwa była homoseksualność (a mordercą być może Olek), według agenturalnej ktoś ze służb, kto eliminował pozostałe ogniwa przemytu monet. Otrzymało to interesującą definicję teorii konia i teorii zebry: jeżeli widać ślady dwóch par kopyt, to pewnie są to ślady konia – powiadają dawni milicjanci, którzy też przyzwyczaili się, że mylne oskarżanie osób nie jest naganne, wysoka wykrywalność natomiast jest pożądana; i tylko donkichotowie policyjni myślą, że takie ślady muszą pochodzić od jakiejś zebry, bo koń jest wyjaśnieniem zbyt oczywistym. Niestety – bawiąc się metaforą  czy konia, czy zebry – kopyta ich deptały po homoseksualnym ciele. Ja natomiast wolałbym taki kryminał, w którym obowiązywałaby, prócz dwu teorii, jeszcze trzecia – powiedzmy, teoria jednorożca. Różowego. Kto wie, czy w alternatywnej wersji Tak będzie prościej obraz różowego jednorożca nie wisiał na ścianach Galer; czy złote monety przerzucane z Czech do Polski nie miały wizerunku jednorożca; a któryś pedał, w tej alternatywnej redakcji zwany od czasu do czasu (acz dla realizmu nie za często) gejem, nie nosił nazwiska Suchowolski tylko Jednoroski, a Biedrona, która prowadziła nie melinę, a organizację praw człowieka – zwała się Kornelia.

Ma też powieść dyskretną polityczną ramę. Ot, na trzeciej stronie, gdy Olek jest u Koniecznego, nim ten mu włączy pornosa Lody na patyku (nb. film o tym tytule nie był pornosem, tylko niemiecką komedią młodzieżową o lekkim zabarwieniu erotycznym, heteroseksualnym), idą telewizyjne „Wiadomości”, a w nich spiker mówił coś o partiach politycznych, Porozumieniu Centrum i odwołanym pół roku wcześniej rządzie Jana Olszewskiego. Czyli „micie założycielskim” znacznej części obecnej prawicy. Temat wraca dwieście stron później, na komendzie policji dyskutowany jest magazyn „Playboy” a w nim wywiad z Lechem Wałęsą (zastanawiające są te dojścia do polityki od erotyki, tam homo- tu heteroseksualnej), co prowadzi do rozmowy o wytoczonym właśnie procesie Jarosławowi Kaczyńskiemu:

Parę dni temu wyszła książka Lewy czerwcowy. Zbiór wywiadów z ludźmi premiera Olszewskiego. Macierewicz, Parys, Kaczyński. Jarosław mówi sporo o Wałęsie i jego przybocznych. Głównie o Wachowskim, że podporządkował sobie służby mundurowe i tym sposobem wie o wszystkim, co się dzieje. A dzięki borowcom ma haki na polityków. Wałęsę owinął sobie wokół palca i odciął od kontaktów z innymi. Wachowski ma być zagrożeniem dla demokracji. Mało tego, w 1975 był na kursie agentów SB. Jako dowód Kaczyński pokazał nawet zdjęcie.

I tak doszło do wytoczenia mu procesu. Dwustronnicowy ten fragment nie ma związku z fabułą, przynajmniej trzymając się „teorii konia”. Podług „teorii zebry” natomiast daje tło dla historii o byłych agentach i ich roli we wczesnych latach 90. (Czy dałby coś podług teorii jednorożca…?). Albo jeszcze taki przykład, geograficznie związany z głównym miejscem akcji powieści:

W 1986 roku na Drodze Przyjaźni spotkali się przyszły prezydent Czech Václav Havel oraz Lech Wałęsa – także przyszły prezydent, Tadeusz Mazowiecki, przyszły premier, i Bronisław Geremek. O spotkaniu niby nikt nie wiedział, ale wiadomość podało Radio Wolna Europa. I gdyby była zupełnym zaskoczeniem, to w WOP-ie z pewnością poleciałyby głowy. Ale nie poleciały.

Ma się rozumieć – spotkanie odbyło się za zgodą służb, a może nawet z ich inspiracji. Na wszelki wypadek zaznaczę, że rekonstrukcja tej ramy nie m na celu krytyki określonych poglądów politycznych, choćby były odmienne od moich własnych, ani też kwestionowania z pozycji tzw. zdrowego rozsądku (czyli „teorii konia”) tego, że wiele rzeczy miało zakulisową otoczkę służb specjalnych, bo zapewne miało. Krytycyzm dotyczy tego, że niechęć do bohaterów homoseksualnych w tej powieści (do której to niechęci autor ma prawo, choćbym wolał, aby było inaczej) została wykreowana nie fair. Wspominałem też, że w powieści pojawiają się nazwiska nasuwające skojarzenia z autentycznymi personaliami (Suchowolski, Biedrona), nadto pożyczone od kolegów po kryminale postaci jak prokurator Krajewski albo poznański milicjant Teofil Olkiewicz (z kart powieści Ryszarda Ćwirleja, uznawanych za powieści milicyjne à rebours), nazwiska użyte może przypadkowo, a może dla wyrażenia bieżących niechęci Semczuka (np. komendant policji w Jeleniej Górze, na którym dwadzieścia lat w milicji odcisnęło piętno i myśli dawnymi kategoriami, nosi nazwisko Kubalica – imię, o ile się nie mylę, nie pada – akurat w 2017 r. Marian Kubalica, były wicedyrektor TVP Sport, wygrał proces z Jackiem Kurskim o bezprawne zwolnienie z pracy). Ba, epizodycznie występuje nawet postać cinkciarza Piotra Sobczyka, który jednak gardził gangsterką i „od zawsze handlował walutą i znał się na tym jak mało kto” – acz mimo uruchamiania całych obfitych pokładów narcyzmu i egocentryzmu, a także konsultacji społecznych w tym temacie (oczywiście w siatce współagentów), nikłe mam przekonanie, że ja to właśnie zostałem dostrzeżony i nobilitowany, że moje, dajmy na to, Queerowe subwersje stanowiły część researchu autora, albo też, skoro to handel obcą walutą, to może raczej Polish Queer Modernism jako spekulancki donos w obcym języku, skoro w życiu „zagranica” to w powieści „ulica” – nie jestem jednak Barańczakiem, którego nazwisko trafiło w negatywnym kontekście do powieści milicyjnej; a nawet gdyby miało chodzić o mnie, to przecież mógłbym skończyć znacznie gorzej niż jako cinkciarz – np. jako zamordowany pedał, agent Brukseli. Wszystko to plus minus niewinne – jak jednak rozumieć to, że mordujący pedałów żul Olek, pod tym imieniem występujący aż do strony czterysetnej, kilka stron przed zakończeniem, okazuje się w raporcie milicyjnym Aleksandrem Małachowskim? Czym sobie ten nieżyjący polityk mógł na to zasłużyć? Bo był masonem? Bo sugerował psychiczne niedowłady Antoniego Macierewicza? Bo argumentował za odwołaniem rządu Olszewskiego?

Zaproponowałem kategorię „homofobofilia”. Można ją stosować i do postaw życiowych, i do tekstów literackich. Takich jak Tak będzie prościej. Homofobofilię można zdefiniować prosto jako postawę „sam nie jestem homofobem, ale lubię (towarzystwo) homofobów”, albo „nie jestem homofobem, ale jakbym miał do wyboru towarzystwo geja i homofoba, to wolę homofoba”. Nad tym, czy taka homofobofilia jest homofobią (w, powiedzmy, rękawiczkach, ale nie z lateksu) czy stanem pomiędzy homofilią a homofobią i ewentualnie jakąś neutralnością (o ile takowa istnieje), można dywagować. (Tu uwaga: pierwotnie używano terminu „homofilia” w oznaczeniu nienormatywnej seksualności, która jednak kładła nacisk na emocjonalność, nie seksualność; później pojawiły się użycia oznaczające sympatię wobec osób homoseksualnych i do tej tradycji się tu odwołuję). Na przykładzie powieści Semczuka: nie sposób „przyłapać” autora na jakimś homofobicznym credo, jest on raczej schowany za postaci, tylko właśnie rozkład tych postaci w kategoriach sympatyczności przebiega tak właśnie, że geje sympatyczni nie są na pewno, a homofobi może także nie są nadmiernie sympatyczni, ale mimo wszystko nieco bardziej, choćby dlatego, że zostali obszerniej opisani, a narrator za nimi niekiedy podąża, a w tym podążaniu przydarza mu się coś w rodzaju zrozumienia, a niekiedy fascynacji. Homofobofilia nie musi, oczywiście, dotyczyć tylko osób normatywnych. W postaciach zakrawających na fetyszyzm (mundury itp.) bądź nie może dotyczyć samych mężczyzn pożądających mężczyzn i kobiet pożądających kobiet. I odwrotnie: może też być wyrazem sympatii dla osób homoseksualnych przez osoby normatywne, o ile te nienormatywne także są homofobofilami, zdradzają niechęć do, powiedzmy, gejów „niemęskich” (czy szerzej, „niemęskich” mężczyzn) i „zmaskulinizowanych” kobiet (w tym lesbijek), albo publicznych etosów LGBTQ, walki o prawa itd. Także gdy tacy homofobofilni homoseksualiści są politykami, niezależnie od usytuowania na osi lewo-prawo, a zdaje się, że kilka nazwisk takich polityków – z obu biegunów politycznych – w powieści Semczuka pada, choć nie outuje ich. Homofobofilia może wykazywać korelacje z postawami charakteryzowanymi jako „umysł zamknięty” oraz prohierarchicznymi, silnie normatywnymi: wówczas przestępstwem staje się domniemana anarchia wesołego geja, anarchia – bo odmowa podporządkowania się normom, definicjom i obowiązującej hierarchii (władzy), anarchia, bo odmowa wpisania się w definicję już istniejącą, uprzednio daną i społecznie aprobowaną, a zamiast tego próba zdefiniowania samego siebie w sposób niemający usankcjonowanej tradycji. Reakcją na taką postawę jest potrzeba ukarania (zdyscyplinowania). Oczywiście te mechanizmy mogą charakteryzować także homofobię. Jednak ta ostatnia bywa, jak się zdaje, bardziej irracjonalna, ma podłoże bardziej emocjonalne, afektywne, często trudne dla homofobicznego podmiotu do zracjonalizowania. Homofobofilia natomiast w takiej czystej postaci zdaje się dość skutecznie przeprowadzoną racjonalizacją. Ponieważ jednak ludzkie zachowania nie opierają się wykluczająco na przesłankach albo emocjonalnych, albo racjonalnych (bądź też logicznych, co o tyle nie musi być tym samym, że istnieje coś takiego jak „prywatna logika” podmiotu, która nie musi odwoływać się do racjonalności, rozumowania, wnioskowania), tylko się mieszają i np. emocje bywają racjonalizowane, czy wypierane do nieświadomości, na tej podstawie, jakkolwiek niebywale trudnej do uchwycenia, można próbować szukać obszarów, gdzie homofobofilia jest bądź nie jest częścią zjawiska homofobii. Pomocą służy też kategoryzacja Elisabeth Young-Bruehl, która w książce The Anatomy of Prejudice opisywała seksizm, rasizm, antysemityzm i homofobię, wyróżniając postać obsesyjną, histeryczną i narcystyczną. Histeryczna klasyfikuje wyróżnianą grupę jako „niższą”, „inną”, zagrażającą. Obsesyjna postrzega natomiast „wrogów” jako spiskującą siatkę dążącą do zniszczenia właściwych wartości, za co powinna zostać wyeliminowana. Kategorie te mogą się nakładać. Powieści Semczuka akurat jednak bliżej do kategorii uprzedzenia obsesyjnego. Homofobia emocjonalna bywa czasem wyparciem, homofobią libidynalną, by tak się wyrazić. „Bijąc pedała, wyobrażam sobie, że wybijam go z siebie”, można by rzec; na poziomie globalnym natomiast fantazja eksterminacyjna działa tak: „jeśli wszystkie pedały znikną ze świata, nie będzie możliwości, abym ich pożądał”, jej rewersem jest pewna postać mizoginii „nienawidzę kobiet, bo przez ich istnienie muszę być hetero”. Nie jest to wykluczone i w homofobofilii, a chodziłoby o dobrze opisane fantazje o przebywaniu w organizacjach o bardzo męskim – bądź bardzo siostrzanym – etosie, gdzie kontakt z płcią przeciwną jest rzadki, homosocjalność.

Za homofobofilię nie idzie się do kryminału.                 

Przemysław Semczuk, Tak będzie prościej, Wydawnictwo Rebis, Warszawa 2018.


Piotr Sobolczyk

Ur. 1980 w Lublinie. Pisarz, poeta, krytyk literacki i badacz literatury. Od roku 2012 pracuje w Instytucie Badań Literackich PAN w Warszawie. Opublikował tomy poezji Samotulenie (2002), Homunculus (2005), Dywan Pierrota (2009), Obstrukcja Insługi (2014) i 100% ARABICA/chiNOISEry (2015) oraz książki prozatorskie Opowieści obrzydliwe (2003) i Espanadiós (2006).