RAFAŁ RÓŻEWICZ – Daniel Madej made my day (O „Małej epoce”)

a

Takimi słowami w gronie autorów po debiucie wita Daniela Madeja (rocznik 1989) Maciej Taranek – jeden z autorów blurba na okładce Małej epoki, pierwszej książki w dorobku poety, inżyniera i, jak czytamy w biogramie Madeja, również pracownika korporacji zajmującej się produkcją piwa. Nie bez powodu jednak przytaczam te, z punktu widzenia czytelnika być może nieistotne, szczegóły. Bo tak to już bywa, że świetni poeci często zajmują się rzeczami zgoła małopoetyckimi, pisząc swoje utwory raczej z doskoku, w przerwie między wykonywaniem innych, na ogół prozaicznych, czynności. Stąd Daniel Madej w swoim debiucie nas nie rozpieszcza. Mamy tutaj bowiem zaledwie 25 krótkich wierszy pod redakcją innego zwolennika minimalistycznych tomików (patrz: Stacja wieży ciśnień[1]) – Dawida Mateusza. Na szczęście nie wszystko na tym świecie obraca się jeszcze wokół ilości, więc po lekturze tych 25 utworów wydanych drukiem przez Fundację Kultury Akademickiej z Poznania mogę napisać wprost, że Mała epoka jest świetną książką, a jej autor – świetnym poetą.

Nie ukrywam, że od kilku lat kibicowałem Madejowi i jego twórczości. Autor publikował swoje wiersze na portalu Liternet.pl, z czasem pojawiając się w kilku literackich pismach (że choćby wspomnę o „Arteriach”, „Wyspie”, „Pressjach”, czy „2Miesięczniku”, w którym miałem przyjemność przeprowadzić z Danielem wywiad). Był również bohaterem mojego szkicu zamieszczonego w książce Rówieśnicy III RP. 89+ w poezji polskiej[2], gdzie analizie poddałem jego wiersz pt. Ładne zakłócenie, który – co z przykrością odnotowuję – nie znalazł się w Małej epoce. Ujmowała mnie w jego pisaniu precyzja, gra słowem, umiejętność stosowania przerzutni (czasem jednak nagminnie), wreszcie: konkret, który tak sobie cenię w poezji. I w debiutanckiej książce, co stwierdzam z satysfakcją, wszystkie te elementy się znalazły, poustawiane w jednym rzędzie przez wrażliwego na słowo i obraz poetę – czyniąc z lektury jego książki rzecz bardzo przyjemną (i potrzebną).

Albowiem jest to poezja ściszonego głosu, dystansu, spokoju, przypominająca dokonania późnego Ryszarda Krynickiego – całkiem inna niż twórczość jego gniewnych, dwudziestokilkuletnich rówieśników, chcących przede wszystkich wykrzyczeć swój gniew, a ze swoich wierszy stworzyć manifesty. „Przede wszystkim spokój” – taka myśl towarzyszyła mi podczas czytania utworów Madeja – co nie znaczy, że hermetycznych, stojących tyłem do świata i rzeczywistości. Przeciwnie. Opisujących tę rzeczywistość, ale jakby mimochodem, bez wyraźnego zaangażowania w sytuację:

„Kiedy będziemy się kochać, staruszkowie
z mieszkania obok będą dotykać ścian
jak brzucha ciężarnej”[3].

To wystarczy za cały dramat. Liczy się uchwycenie momentu, ujęcie podstawowego napięcia w karby utworu. Jakby Madej mówił, że „Nie można przedstawić w wierszu całego świata, wszystkich jego problemów, to niewykonalne – winniśmy skupić się na jego wycinku, doświadczeniu dostępnemu jednostce, najlepiej z intymnego dystansu – nic więcej”. I zdaje się, że ta myśl właśnie przyświeca autorowi wierszy takich jak Sterownik, gdzie w jednym z fragmentów czytamy:

„Za oknem pomarańczowy kogut – słońce
obraca się na koparce, a ja wbity w fotel,
jak bila w łuzę, spoglądam w kołowrotek
paska informacji
i w usta dziennikarki drobniutkie jak szlufka”[4].

Pomijając już rym i zdrobnienia w puencie, które przypominają niektóre zabiegi wspomnianego wcześniej Dawida Mateusza (czyżby efekt redakcji?), mamy tutaj zapis podstawowego doświadczenia, które ciągle musi mierzyć się z doświadczeniem medialnym poszerzającym możliwości podmiotu, jeśli chodzi o odczuwanie świata. Podmiotu w tym wypadku biernego, któremu dany świat (za oknem, w telewizji) każe zaangażować się w którąś z sytuacji – co więcej, dokonać kluczowego wyboru. Pomiędzy „ja” przyjmującym tylko to, co jest właśnie dane (za oknem w postaci pracującej koparki), a „ja”, któremu oferowana jest znacznie większa możliwość poznawcza (w postaci paska informacji). Ale wiersz w kluczowym momencie się urywa. Wybór pomiędzy szczegółem a ogółem, pomiędzy jedną postawą a drugą nie zostaje dokonany. Zostaje poddana lirycznemu zapisowi wyłącznie możliwość wyboru, w dodatku opatrzona ironicznym komentarzem („usta dziennikarki drobniutkie jak szlufka”). Z drugiej strony: czy tenże ironiczny komentarz nie jest jednak dokonanym właśnie wyborem? Wyborem, którego Madej konsekwentnie i niejednokrotnie dokonuje na kartach książki – aż w końcu staje się on częścią jego poetyckiej strategii. Bo w Małej epoce mamy więcej takich prób polegających na chwilowym dopuszczaniu do siebie możliwości zaangażowania się w świat przetworzony przez politykę, media – po to tylko, by ten zafałszowany obraz świata demonstracyjnie (i ponownie z wyraźną ironią w głosie!) nagle odrzucić:

„Listopad żrący jak trema. Wrzawa na trybunach

Sejmu i Senatu, więc oddajemy kolejne dni
jak nieważne głosy, a sen jest urną, do której
nas wrzucą, byśmy opadali w rozpacz
głęboką jak miseczka gwiazdy
filmów dla dorosłych”[5].

Lub:

„Niebo w oenzetowskim błękicie, cień na trawie
w kolorze khaki. Telewizja śniadaniowa – tam są wszyscy […]

Kłaniam się sąsiadom, prostuję
przed swoją kobietą i skręcam do łóżka
skleić oczy niby model samolotu […]”[6].

Podmiot wierzący tylko w „tu i teraz”, odrzucający możliwość bycia „tam” poprzez demaskowanie obcych wpływów, jakich pełno można znaleźć w danej nam rzeczywistości – tej przecież za oknem, nie zaś w szklanym ekranie – jest zarazem bohaterem właśnie takiej „małej epoki”, epoki podobno licznych, lecz tak naprawdę wyłącznie dwóch możliwości. Wyborów. Postaw. Sprowadzających się do bycia za lub przeciw, w pracy lub w domu, przed ekranem lub przy oknie, „między open space’em a zamkniętym / osiedlem”[7]. Pomiędzy jedną rzeczą a drugą, nigdy pośrodku. Gdyż trzeba się, jak zdaje się mówić Madej, nieustannie opowiadać, co do wszystkiego mieć własne zdanie, albo nieustannie się deklarować po tej lub tamtej stronie. A to czyni z naszej epoki – wszak niebywałego rozwoju technologicznego („Tego dnia słońce dotykało nas jak głowica stetoskopu”[8]) epokę paradoksalnie niezbyt ciekawą, trywialną, wstydliwie mechaniczną, w której jedyne, co pozostało, to trochę „ciała do oclenia”[9], bo „jesteś na łasce pań / z HR-u – jeszcze niedawno dziewcząt o oczach błyszczących / jak szprychy”[10]. A autor Małej epoki mówi (a raczej pisze) o tym na tyle przekonująco pod względem językowym, że pozostaje mu tylko przyznać rację.

Długo mógłbym jeszcze cytować fragmenty jego wierszy, bo każdy zasługuje na czytelniczą uwagę. Ale przez wzgląd na fakt, iż tomik jest tak krótki (lecz bardzo treściwy), skupiam się już tylko na jednym: to bez wątpienia jeden z najlepszych tegorocznych debiutów i mówię o tym z pełną odpowiedzialnością już teraz – gdy debiutanckich książek wyszło zaledwie kilka (choćby Między innymi Pawła Nowakowskiego). Jest to bowiem książka dojrzała, głęboko przemyślana, napisana pewną ręką poety, który mimo młodego wieku doskonale wie, czego oczekuje od poezji i co chce w niej zrobić. Tym, co wyróżnia Madeja spośród rówieśników, jest umiejętność trzymania języka za zębami – w pozytywnym kontekście, toteż czytelnik dostaje do rąk garść wierszy nieprzegadanych, w których autor mówi tylko tyle, ile chce powiedzieć – otwierając jednocześnie (czasami jedną przerzutnią, słowem, zdaniem) szereg dodatkowych kontekstów, odsyłających odbiorcę w zupełnie nieoczekiwane rejony, rejestry.

Takie rzeczy rzadko udają się debiutantowi. Danielowi Madejowi udało się bez wątpienia, a ja liczę na to, że o skromnym poecie pracującym w korporacji zajmującej się produkcją piwa jeszcze usłyszymy (choć nie wiem, czy pewne podobieństwo do późnego Ryszarda Krynickiego, jeśli chodzi o cyzelowanie wiersza, nie sprawi, że poeta zamilknie szybciej niż się tego spodziewaliśmy). Nie chciałbym tego. Niech więc w tej korpoacji pracuje jak najdłużej, bo – jak widać – praca w niej przekłada się na pisanie świetnych, bezpretensjonalnych wierszy. Aż chce się powtórzyć za Maciejem Tarankiem: Danielu, you made my day!

Daniel Madej, Mała epoka, Fundacja Kultury Akademickiej, Poznań  2017.

__________

[1] D. Mateusz, Stacja wieży ciśnień, Stronie Śląskie 2016.
[2] R. Różewicz, Wyrwane z kontekstu. O wierszu Daniela Madeja „Ładne zakłócenie”, [w:] Rówieśnicy III RP. 89’+ w poezji polskiej, red. T. Dalasiński i R. Różewicz, Toruń 2015.
[3] D. Madej, Kiedy będziemy się kochać, [w:] tegoż, Mała epoka, Poznań 2017, s. 13.
[4] Tenże, Sterownik, tamże, s. 22.
[5] Tenże, Potrząsanie szklaną kulą, tamże, s. 11.
[6] Tenże, Tor, tamże, s. 19.
[7] Tenże, Akcja, tamże, s. 20.
[8] Tenże, Pływy, tamże, s. 24.
[9] Tenże, Limes, tamże, s. 18.
[10] Tenże, Warunki brzegowe, tamże, s. 26.


Rafał Różewicz

Ur. 1990 w Nowej Rudzie. Autor dwóch tomików: Product placement (2014) oraz Państwo przodem (2016). Tłumaczony na język ukraiński. Mieszka we Wrocławiu.

Reklamy