RAFAŁ RÓŻEWICZ – Nie syreni, lecz łabędzi śpiew. O „Syrenie słowiańskiej” Darii Galant

a

1.
Nie ukrywam, że z książkami poetyckimi w twardych oprawach mam pewien problem. Porządnie zszyte, na dobrym papierze – wzbudzają moją nieufność. Tak wydaje się głównie klasyków albo autorów, których poetyckie dokonania są, mówiąc delikatnie, nienajwyższych lotów. Przyzwyczailiśmy się już bowiem do tego, że, wskutek różnorakich perturbacji wydawniczych i sytuacji na rynku wydawniczym w Polsce, wartościową poezję wydaje się byle jak. Ponieważ ta poezja – najczęściej wyprzedza swój czas i nie każdy jest w stanie w nią „zainwestować ” większe pieniądze.

Daria Galant jest gdzieś pomiędzy. Pomiędzy estetycznie wydaną książką a estetyką współczesnego wiersza.

Czwarty system wersyfikacyjny stworzony przez Tadeusza Różewicza okazał się zbawienny dla poezji polskiej. Lecz jak się później okazało – nie tylko. Potoczność języka wtłoczona w ramy rzekomo potocznej formy – pozwoliła wierszom zejść z pomników, sięgnąć bruku polskiej mowy i z tego śmietnika, w którym Różewicz grzebał przez większość swojego życia, wyciągnąć to, co najbardziej wartościowe. Jednocześnie system ten wprowadził wielu autorów w błąd. Mianowicie, zaoferował im złudne przekonanie, że wystarczy – wzorem Różewicza – żeby wyszli ze śmieciami z domu, by wrócili do niego z dobrym wierszem. Tym samym przecząc słynnym słowom Andrzeja Sosnowskiego, który napisał, że „wiersz wychodzi z domu i nigdy nie wraca”. A to kolejny błąd.

Dodam: polegający na przekonaniu, że pozornie oczywista forma Różewicza służyła mu do wyrażania oczywistości myśli. Wręcz przeciwnie. Ta niby prostota formy jeszcze bardziej komplikowała sprawę z tak zwanym „wierszem”, biorąc na warsztat wszystko to, co stworzono do tej pory. Łącznie z nieodzownym i klasycznym dla poezji środkiem stylistycznym – metaforą. Zadawano sobie bowiem pytanie: „Czy to jest jeszcze poezja?”. Ci, którzy patrzyli tylko na łatwość zapisu – unikali tego typu odpowiedzi. I unikają jej do dzisiaj. Twierdząc, że z punktu widzenia formy – już usankcjonowanej przez krytykę i czytelników – jak najbardziej.

Zapominając, że Tadeusz Różewicz był i będzie jedyny.

2.
Syrena słowiańska Darii Galant jest więc trochę takim pójściem na łatwiznę. Biorącym się z przekonania, że to już jest poezja, a tekst poetycki – to już przecież wiersz. Tym samym szkoda, że na tymi tekstami nie unosi się coś więcej niż pewność. Wolałbym więc, aby autorka nie była przekonana o słuszności formy, którą wybrała; treści, którą w nią wtłoczyła. Innymi słowy, wolałbym, żeby w utworach Darii Galant czuć było ten specyficzny rodzaj wahania, świadczący o panowaniu (tak, panowaniu) nad językiem, warsztatem. Żeby autorka przed zapisaniem swoich emocji najpierw wybrała dla nich najodpowiedniejszą formę – z katalogu tych dostępnych, wymyślonych, będących efektem zmian w dziejach języka polskiego. Bo tu się głównie o formę rozchodzi i umiejętność dokonania właściwego wyboru.

Jego brak świadczy z kolei o tym, że te utwory nie służą do tego, by mocować się z językiem. Służą jedynie do wyrażenia treści, podstawowych prawd o świecie – już przecież opisanych, przetworzonych, przekazanych, przeżytych. Równie podstawowym językiem, niestroniącym od poetyckich rekwizytów – słów-wytrychów, sprowadzających każdą ciekawszą możliwość wystąpienia interesującego wersu – do parteru. Wreszcie – służą przede wszystkim do lokowania emocji, jak mniemam, szczerych, ale w poezji – będących na dalszym planie. Choć i na emocje, wrażliwość autorki główną uwagę zwraca dr Agnieszka Kuniczuk-Trzcinowicz w krótkim wstępie do książki. Czy to dobrze? Z punktu widzenia recenzenta patrzącego „chłodniejszym okiem”, biorącego do ręki „szkiełko” – nie.

Bo poezja to – w moim przekonaniu – forma. A więc chłodny, będący efektem żmudnej pracy, zamysł nad językiem, metaforą, rytmem, rymem, wersyfikacją itp, itd. Forma odróżniająca poezję od prostego, emocjonalnego wpisu, postu, notatki. A w przypadku Syreny słowiańskiej – tej formy i jej poszukiwań w języku, co w samo w sobie mogłoby być fascynujące – najwidoczniej zabrakło. Wiersze te przecież nie różnią się niemal niczym, choć powstały na przestrzeni siedemnastu lat (w książce mamy bowiem utwory zarówno z roku 2000, jak i 2017). I nie jest to bynajmniej efekt wypracowanego (własnego) stylu.

Choć i tutaj znalazło się kilka dobrych utworów. Jak choćby Dwór wiatrów (Pieśń dla Ariadny), z interesującą personifikacją wspomnianego zjawiska, ruchu, wreszcie – z nieoczywistym pomysłem. Na 80 stron (raczej właśnie zbioru wierszy, jak sugeruje podtytuł, niż przemyślanej książki, o czym świadczą co poniektóre, niepotrzebne – bo bezpośrednio pod utworami – przypisy do wierszy, takie jak: „Utwór do powieści Dwór wiatrów, napisany w 2004 roku. Powieść ukazała się w roku 2016”, czy „Utwór pochodzi z nieistniejącej w czasie publikacji Syreny słowiańskiej powieści Darii Galant Jadwiga, 2014”) to jednak za mało.

Choć zastanawiające jest wychodzenie autorki z siebie i podawanie tych informacji w trzeciej osobie pod tak intymnymi wierszami. Ten zabieg (być może pochodzący od wydawcy) wszak rodzi niepotrzebny dystans i zrywa nić porozumienia między autorką i czytelnikem, jaka zdążyła się na chwilę wytworzyć. Jakby autorka mówiła: „Ja tylko żartowałam” i brutalnie, bez sentymentów, stawiała ścianę, tym samym odgradzając się od odbiorcy, który miał jeszcze szansę jej zaufać. Zabrakło mi tylko linku do internetowego sklepu z pozostałymi książkami Darii Galant. Niestety, ale tak to wygląda.

Podsumowując: jakby nawet te emocje były ostatecznie na pokaz. A szkoda.

Daria Galant, Syrena słowiańska, Wydawnictwo Poligraf, Brzezia Łąka, 2018.


Rafał Różewicz

Ur. 1990 w Nowej Rudzie. Autor dwóch tomików: Product placement (2014) oraz Państwo przodem (2016). Tłumaczony na język ukraiński. Mieszka we Wrocławiu.

Reklamy