RAFAŁ RÓŻEWICZ – Taka lepsza wersja „Na Zachodzie bez zmian” (Józef Wittlin, „Sól ziemi”)

a

Utarło się, że Sól ziemi Józefa Wittlina to bodaj najmniej polska powieść napisana przez polskiego pisarza. Może dlatego zachwycał się nią Tomasz Mann, a sam Wittlin dzięki niej stał się tuż przed wybuchem II wojny światowej poważnym kandydatem do Literackiej Nagrody Nobla. Owszem, osławionych już „polskich spraw” tutaj nie ma, ba!, nawet główny bohater nie jest w pełni Polakiem. Mimo to pierwsza część nigdy nienapisanej trylogii tj. Powieści o cierpliwym piechurze („szwejkowe konotacje” są jak najbardziej na miejscu), choć niemalże już zapomniana, do dziś zachwyca językiem, czyli głównie tym, co składa się na literacką formę dzieła. W tym wypadku: wręcz mistrzowską i wciąż budzącą nieskrywany podziw.

Sam autor był znany z tego, że nie rozpieszczał swoich czytelników. Publikował niewiele,  cierpliwie dopieszczając swoje teksty do perfekcji (zresztą sam Wittlin dokonywał ustawicznego deprecjowania wartości napisanych przez siebie dzieł, nazywając siebie ironicznie „pisarzyną” – zupełnie niesłusznie). Powieść, choć dziejąca się w początkach tzw. Wielkiej Wojny, w roku 1914, została wydana przez wydawnictwo Rój w cieniu zbliżającej się drugiej, a konkretnie w roku 1935 (z datą wydania: 1936), po zgoła dziesięciu latach pisania. Być może dlatego pacyfistycznie nastawiony Wittlin, w obliczu „sambójstwa Europy”, które dokonało się na oczach świata w latach 1939-1945, nie zdążył (lub też nie chciał) napisać kontynuacji. Jakie byłyby dalsze losy Piotra Niewiadomskiego i sztabowego feldfebla Bachmatiuka – dwóch wybijających się bohaterów książki? O tym można już tylko gdybać. Polskie Na Zachodzie bez zmian (mimo że takiego określenia nie lubię, ponieważ świadczy o naszych sporych kompleksach, tu, nad Wisłą) już na zawsze będzie tylko świetnie zrealizowanem fragmentem zakrojonej na większą skalę całości. Lecz tylko fragmentem.

W Soli ziemi próżno szukać krawych opisów walk frontowych. W zasadzie książka jest niekończącym się opisem przygotowań Piotra Niewiadomskiego do pójścia na tenże front, które – z racji końca powieści na apelowym placu przed koszarami – nigdy nie nastąpiło. Za to przez całą książkę czytelnik obserwuje skutki wybuchu wojny, których doświadczają zwykli – jak nasz główny bohater, najpierw kolejowy tragarz, następnie dróżnik na stacji – ludzie. Jeszcze przed chwilą przeciętni obywatele CK. Monarchii, a teraz w napięciu oczekujący na powołanie, próbujący oszukać wojskową komisję, wreszcie żołnierze żegnani na stacjach kolejowych przez mieszkańców miast i masteczek, udający się pociągiem na Węgry – skąd będą kierowani na front przeciw carskiej Rosji. W objęcia śmierci.

I właśnie to oczekiwanie na pierwszą batalię – jest w powieści najciekawsze. ,„Coś” bowiem wisi w powietrzu i potęguje napięcie, które ani na moment, mimo braku akcji, nie opuszcza czytelnika. Bo właśnie napięcie i poetycki, czasem wręcz zaskakujący język Wittlina, są największymi atutami tej książki. I choć niezbyt długiej, to zarazem bardzo gęstej (moje wydanie PIW-u z 1995 roku liczy sobie 290 stron, z czego zaledwie 226 stron Soli ziemi – reszta to fragment Zdrowej śmierci – nigdy nienapisanej do końca drugiej części Powieści o cierpliwym piechurze oraz słowo od autora wraz z postscriptum); pełnej ukrytych symboli, o czym czytelnik może się przekonać czytając już pierwsze zdania Prologu:

„Czarny ptak o dwu głowach, orzeł o trzech koronach, w szponach kurczowo zaciska złote jabłko i miecz obnażony. Czemu się zjawił nagle nad naszymi głowami? Czemu swą czarną i pierzastą masą przesłonił niebo? Z poszumem skrzydeł, z brzękiem złotych łańcuchów, obwieszonych herbami, uciekł z czarno-żółtego szyldu nad tytoniowym sklepem, w którym mój brat kupował papierosy […] Zniknął znienacka z podartego świadectwa mojej przynależności państwowej, zwiał z wyroku skazującego mnie na 10 koron grzywny za samowolne przekroczenie toru kolejowego. Zdezerterował z mosiężnych guzików listonosza, z czapki skarbowego strażnika, z hełmu żandarma […]”.

Osobną kwestią jest potraktowanie przez Wittlina już wspomnianej przeze mnie sprawy polskości. Piotr Niewiadomski, co prawda pół-Polak, nie jest tu przedstawiony jako ktoś, z kogo rodacy mogliby być dumni; ktoś, kto przyczynił się do odzyskania przez Polskę niepodległości. To raczej mało rozumny prostaczek, nieumiejący czytać (co dobitnie pokazuje scena powieszenia przez niego odezwy cesarza Franciszka Józefa do góry nogami), ślepo wierzący w boskość dynastii Habsburgów i w to, że cokolwiek dla tegoż cesarza – znaczy. Można rzec: typowy rodzaj armatniego mięsa, myślący raczej o kolejnej nocy ze swoją kochanką (z którą nie chce się za nic ożenić) niż o narodowych imponderabiliach. A jednak książka w czasach sanacji i kultu Legionów Polskich cieszyła się bardzo dużym powodzeniem, o czym świadczyła nagroda „Wiadomości Literackich” przyznana dezycją zarówno jury, jak i wskutek głosowania czytelników (w finale konkursu znalazła się jeszcze m.in. Granica Zofii Nałkowskiej). A do momentu wybuchu wojny była wznawiana aż czterokrotnie.

Dlaczego więc Wittlin – inaczej niż Nałkowska – jest praktycznie nieobecny w szkołach? A Sól ziemi zapomniana? Czyżby niepolski charakter jego dzieła (rzecz dzieje się przecież w CK. Monarchii Austro-Węgierskiej) miał na to decydujący wpływ? Cóż, o ile po 1945 roku kontekst był czysto polityczny: Wittlin przebywał na emigacji, co więcej był współpracownikiem Radia Wolna Europa, o tyle dziś jest to co najmniej zastanawiające. Dlatego, podobnie jak Leopolda Buczkowskiego, który był wielkim eksperymentatorem w prozie – Wittlina możemy znaleźć co najwyżej  w antykwariatach i bibliotekach. Kto jednak pyta – nie błądzi. Kto szuka, ten znajdzie. Bo naprawdę warto.

Józef Wittlin, Sól ziemi, PIW, Warszawa 1995 (wydanie pierwsze – 1935).


Rafał Różewicz

Ur. 1990 w Nowej Rudzie. Autor dwóch tomików: Product placement (2014) oraz Państwo przodem (2016). Tłumaczony na język ukraiński. Mieszka we Wrocławiu.