DAMIAN KOWAL – 4 wiersze

a

AA

rytm naszym opowieściom nadają puste butelki,
bo pijemy na litry, lecz czasami też na setki;
jak chcesz nas znaleźć, sprawdź przy zielonym koszu,
mamy monopol, nie starczy reszty na zmianę losu.

pijemy na litry, lecz czasami też na setki,
zer wciąż przybywa, można tak określić,
że mamy monopol, nie starczy na zmianę losu,
przed melanżem zbiórka przy zielonym koszu.

zer nam wciąż przybywa, można tak określić,
matki przy numerach do nas mają ten do karetki,
ziomek, przed melanżem zbiórka przy zielonym koszu,
po tej nocy nie starczy już nam na nic sosu.

matki przy numerach do nas mają ten do karetki,
bo pijemy na litry, lecz czasami też na setki;
po tej nocy nie będzie już na nic sosu,
rytm naszym nekrologom dadzą puste butelki.

 

w orientalnym barze

menu w tym przybytku – pozycji sto pięćdziesiąt,
osiemdziesiąt procent zrobione jest ze zwierząt.
kelnerka w bladych lokach łypie złowieszczo,
gdy próbuję ogarnąć diakrytykę z boleścią.
bębni wciąż palcami, wodzi niecierpliwie,
gdy myślę, czy dziś wege czy może gęsinę.

decyduję się w końcu na bún bò huế
(widzę po jej minie, że mówię to źle).
zupa z krową!, krzyczy perliście w stronę kuchni,
truchtam do stolika, chcę uniknąć kłótni.
na ścianie kilka landszatftów w stylu xieyi,
a jej wzrok rysuje rany na mej szyi.

poza mną tu cisza, poza mną niewielu,
wszyscyśmy tu w jednym, określonym celu –
brzuchy mamy puste, żołądki spragnione,
chcemy je zapełnić anyżem, cynamonem,
chcemy, by kardamon tkwił między zębami,
chcemy nad talerzem pobyć chwilę sami.

a na kuchni gwar, nóż o nóż uderza,
szef-czarownik aż sam nie dowierza.
płonie olej w woku, prawdziwe to piekło,
wrzucił tyle chili, że jeszcze będzie piekło.
cebula wyciśnie ze mnie łez wodospady,
cytryna przypomni o ostatnich słowach taty.

wjechała herbata, lecz nie w cesarskim szkle,
bardziej przypomina to pekaes w Jaśle.
choćbym pił ją pod Bodhi w pozycji lotosu,
smak będzie cierpki, adekwatny do sosu,
który na nią wydałem. pozostaje czekać,
słuchać jak tępią się noże, jak szef nie zwleka

z krojeniem wołowiny. już stąd mogę dojrzeć,
że bulion, ach bulion!, zdążył już dojrzeć.
na wolnym ogniu stał co najmniej dni cztery,
czuć, że dusze zwierząt przeszły do tej sfery,
a wonie cynamonów, anyżów i pieprzy
sprawiły, że nie jest to zupa dla leszczy.

oto idzie miska pełna płynnych skarbów,
pełna makaronów, pełna mięsnych skrawków,
pełna przypraw przybyłych z krain odległych,
pełna woni, cebuli, smaków przepięknych.
i wtedy dzwonią dzwonki uwieszone u drzwi
i słychać od ulicy – pho pachnie w tej sali!

pho pachnie w tej sali!

 

gazal o kolejce w biedronce

przy takich kolejkach nie ma co grzmieć, zostaje czekać;
znowu promocje ściągnęły tu wszystkich, zostaje czekać
aż matki z chorymi córkami wykrzyczą kasjerom,
co tak długo, mam naklejki, jak to mam czekać

na kolejną dostawę. tak się nie godzi traktować klienta!
to wszystko na nic, pan powie dziecku, że ma czekać!
i gdy już wybrzmią basy i alty, gdy napisane zostaną posty,
że jebać tych, co dają je kotom, wciąż zostanie czekać.

i nie ma ratunku, więc zastygam jak wędrowcy z krain,
gdzie autobus nie odjeżdża, póki nie jest pełny; czekam
aż czas się stanie, aż posuniemy się o krok, aż w końcu
spojrzę w oczy kasjerki; a w nich trwoga, że czeka

ją jeszcze pięć godzin zmiany i dostawa na pięćset palet;
może mąż z dzieckiem będą musieli poczekać.
a gdy w końcu docieram do terminala, żeby zapłacić
za makaron, pomidora i bakłażana i czekać

na potwierdzenie, że oto jestem, to są moje towary;
z nich przyrządzę ci obiad – nie będziesz musiała czekać.

 

canto ostinato

moja matka była ptakiem, jednym z was,
żyła wiatrem pośród drzewiastych paproci,
nie czuła, gdy pióra zmieniły się w popiół.

moja matka była nadzieją dla karawan,
w Ténéré jej cień był cenniejszy od szafirów,
korzenie podobno wciąż drążą piach.

moja matka była gdzieś na kresach
dźwiękiem szkła; okruchy na podłodze
odbijały krzyk i stal.

moja matka była struną mistrza Bo Ya;
gdy umarł Ziqi, osiadła z pluszczami,
nurt strumienia poniósł ją w dół gór.

moja matka jest w Holandii, w jednej z hal;
każdy tulipan jest cegłą domu. za dziesięć lat
na patio będzie oglądać kwitnące czereśnie.


Damian Kowal

Ur. 1990 w Legnicy. Studiował nauczanie języka francuskiego oraz etnologię i antropologię kulturową. Pracował jako stażysta-archiwista, przewodnik zamkowy, windykator telefoniczny, sprzedawca i asystent ds. obsługi klienta; zajmował się również redagowaniem działu muzycznego na portalu Wywrota.pl. Czterokrotnie nominowany do nagrody głównej w konkursie im. Jacka Bierezina, w 2013 roku laureat nagrody publiczności w tymże. Wydał książkę z wierszami pt. Najmniejsze przeboje z Tristan da Cunha, publikował m.in. w „Arteriach”, „Cegle” i „artPapierze”. Autor poświęconego niszowej muzyce fanpage’a Nieskończona studnia potencjału. Interesuje się dźwiękiem we wszelkich aspektach, antropologią kulturową, ornitologią, kosmosem i filozofią Wschodu. Lubi spędzić dzień na gotowaniu bulionu. Obecnie mieszka we Wrocławiu.

Reklamy