MARCIN KRÓLIKOWSKI – 3 wiersze

1a

dEkspresjonizm

Bezwzględne reformy jesieni nie chciały przejść w zimę.
Ślągwa wymazała kraj z map, przeniosła się w mleczny bar
Małopolska. Po bezwzględnych reformach chłodu wygnano
artystów ze Śląska. W pustych salach złorzeczył Matejko.

Na końcu zostaliśmy sami. Ja i wielki ekran strachu. Tu kończy się
miasto. Siedzę w nieogrzewanym ciele. W żebrach coś stuka żeliwnie.
Ile można tak siedzieć, ile o sobie nie wiedzieć? Sine usta, dziurka od
klucza, jedyne wejście za ekran, w mrok zaplecza.

Za nimi wolno kołujące myśli. Wystarczy. Zmieniłem tylko jedną
literę w nazwie, tylko jedną, nie da się wrócić, odwilż rozpuściła ślady.
Lasy są dekoracją z filmów – czyste przerażenie! Pod rzekę, pod rwącą
kołdrę Wisły. Zamknę drzwi. Zakręcę krany. Przełamię się krą jak opłatkiem.

Lecz nie ucieknę, obrosłem muralem, krakelury zamieniły ciało w ruchomą
mozaikę. Gładzę czaszkę, wyschnięte jezioro, przez zmarszczki prześwituje
dno, poświata głębinowych ryb, układam wszechświat w takie dni, układam
puzzle na pamięć, rozbite lustro, z którego nie chce zejść bezdomne odbicie.

dEpresjonizm, jeszcze dwa kroki i położę się w poprzek kraju
– żądam szacunku! – i długo nie wstanę, teraz moje ciało jest odrębnym
państwem. Zarządzam przewrót, nową konstytucję – dEpresjonizm!
– Ustalam ostateczny trend w sztuce. Z depresji nie da się uciec.

Miasto się kończy olbrzymim ekranem. Nade mną szklana geometria chmur.
Ławice jesiotrów czasem zniżą śliski brzuch, trą się w oczach, wiją gniazda,
czytają mi z ust. Płaczę ikrą. Zarybiam wyobraźnię.
Polska – biały prostokąt po zdjętym obrazie.

 

Gombrowiczowienie

Chłop jesteś jak dąb – rozchwiany, pokręcony w dziuplach
i gałęziach pustego mieszkania. Chyłkiem kornikujesz korytarze bloku.
Gombrowiczowiejesz, nieustannie drwiąc ze świata, który odkryłeś ponownie
w słojach polakierowanej szafy, myląc plany miast, z odbiciem twarzy.

Wyczekujesz jeszcze, nie tracisz nadziei, zimna płyta przenika do kości,
tektonika skóry pracuje z betonem, chociaż ziemia jest odległa o dwanaście
pięter, coraz więcej w tobie pęknięć, gazety, nie książki, szpaltami odłażą od rąk,
rąk nie ma, nóg nie ma, tylko ciężkie buty − mozolne wędrówki z pokoju do kuchni,

łazienki i wanny, to w jej suchym doku − Transatlantyk, i nie wiesz do kogo należy,
czy jest twój i wracasz, czy to może Szwedzi przypłynęli wreszcie, żeby dać nagrodę,
należne honory, czy to znowu Niemcy przyszli serwisować sprzęty, chciałeś Nobla,
a dostałeś programator Boscha i katalog Opla w błyszczącej okładce, wkładasz głowę

w bęben, obejmujesz pralkę. Wrzeszczysz – ech! gdyby dało się do końca odwirować
z pragnień zaśmiecony umysł, stracić człowieczeństwo i do reszty zmoleć, żeby już
nie tylko wzrokiem, ale całym sobą pożreć najpiękniejsze książki, słyszysz szmer
konkurencji dochodzący z szafy, przeciąg szeleści kartkami, chłop jesteś jak dąb,

z rozchwianym rozumem, szmer jak wędrujące soki, może czai się w tobie, może
idzie z rur, szmer przychodzi do ciebie przez puls, wchodzi w krew i zaczyna psuć
cię od żył, wyciąga zawleczkę z serca, żeby utkwić w rozmarzonych oczach.
Przyszła. Ile w niej światła, ile światła, a mówią, że ciemna, a przecież prześwietla

już od urodzenia, jak papier czerpany, w każdej ułomności, z zabezpieczeniami, od
niewinnych kłamstw, do win ciężkich, kiedy po cudzą intymność sięgał męski upór.
Przyszła. Tak, to z pewnością twój najlepszy tekst, w którym się zamknąłeś i połknąłeś
klucz, a on i tak wyszedł przez dziurkę od ust. Przyszła, przekręciła język na ostatni spust.

 

Fiolet Wyspiańskiego

Cały dzień wpatrywania się w odpływ wanny, bo jakiś dźwięk z niej szedł.
Nadzieja, że wreszcie nakarmi się strachem do syta i zapcha wyobraźnią miasto.
Cały dzień świadomość przesypująca się z pustego w prozę, tylko narracja zmienia się,
formuje, żeby wreszcie zdeformować kościsty pojemnik ciała, pamięci, ciężkie noce,
dni, dekoracje, które latami przesuwa się jak krzesła Wyspiańskiego,
zmazuje jak fiolet z oczu, od szóstej rano do siódmej bez rezultatu,
wreszcie puder na to, puder na to, żeby móc wejść godnie,
najpierw do tramwaju i w szybach utonąć jak w żywych
witrażach, potem ostatecznie w tafli monitora.

I tak do usranej, albo fioletowej w stężeniu,
bo taka przychodzi, garbuje nosy na kwintę,
oczy na fiolety, potem w czerń,
ale co my z tej czerni wiemy,
skoro zaraz zakopiemy,
albo rozsypiemy ostatnie
piksele.

(Trzeci stycznia czterdziestego piątego podpisano dekret o odbudowie stolicy,
babki i dziadka nigdy nie udało się odbudować, tonęli w gruzie do końca
życia, gruzem posypali dzieciństwo ojca, jego trzech sióstr, a każda z innego,
i moje, i tak do usranej, cukier po szafkach chrzęścił pod nogami po ich śmierci,
skóra zapisana wątrobowymi plamami, a miał być testament, odziedziczyłem długi,
stół z wytartym blatem i zdjęcia w szufladzie, na jednym z nich tatuaż z inicjałem
miłości pierwszych lat w milicji obywatelskiej, trupi fiolet z klatki piersiowej, pozował
bez koszuli, z pepeszą i w czapce, to zdjęcie powiększyłem, oprawiłem, powiesiłem w przedpokoju).

Fiolet, wrastają paznokcie,
ultrafiolet,
kości pamięci
przekarmione
szpikiem.

Pozlepiany z różnych kawałków własnego cienia,
z okresów przejściowych pomiędzy dzieckiem, a dorosłym,
najkrótszą nocą, a najdłuższym dniem, kiedy cień się mną żywił
jak czarna materia z bajki Oskara Wilde,
teraz odkrojony od ciała leży cień,
wyświetla się kładka porozumienia
wypuszczona z ust. Para na mrozie, zalążek przyszłego wiersza.

Nakarmię go zwitkiem papieru, napiszę ładne życzenia, zgniotę w kulkę
i wsadzę mu w usta, niech ma paliwo, wie co go napędza, będę z fioletu
hodował Golema, ciężką dekorację, w nadziei, że wreszcie nakarmi się
strachem i zapcha wyobraźnią miasto, pełne witraży, mebli i odcieni,
po syfilityku, którego pochłonęła ziemia, pozostała listopadowa noc.


Marcin Królikowski

Ur. 1974 w Warszawie. Pisze poezję, lirykę prozą, prozę. Na stronie autorskiej „Grozy Poetyckie” regularnie publikuje mikroopowiadania. W 2017 roku debiutował książką poetycką pt. Opowieść Dwunastopiętrowa. Grozy poetyckie, która została nominowana do nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny w 2018 r. za debiut. Laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich, między innymi: dwukrotnie w konkursie im. B. Faca (w 2016 roku za projekt Opowieść Dwunastopiętrowa. Grozy poetyckie i w 2017 roku za projekt Skąd się biorą ci wszyscy samotni mężczyźni); dwukrotnie w IX i X Ogólnopolskim Konkursie na Autorską Książkę Literacką – Świdnica 2017; im. K. Ratonia, im. H. Poświatowskiej, im. Z. Herberta, im. J. Różewicza, „O Granitową Strzałę”, „O Laur Czerwonej Róży”, „O Rubinową Hortensję”. Uczestnik warsztatów poetów przed debiutem Połów 2017. Jego wiersze publikowano w czasopismach: „Topos”, „Fraza”, „ Nowa Dekada Krakowska” oraz w „biBLiotece” – magazynie Biura Literackiego. Z zawodu finansista. Pracuje w sektorze bankowym. Wolontariusz Muzeum Powstania Warszawskiego i Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym.

Reklamy