MILENA ORŁOWSKA – Pamiętaj, że umrzesz

2a

Pozostawiam po sobie pół tubki pasty do zębów wrażliwych. Spory kłębek włosów na szczotce. Leżący w koszu do prania podkoszulek z plamami od antyperspirantu, które i tak nie zejdą. Stertę swetrów na górnej półce w szafie, jeden z nich gryzie. Zimowe, lekko używane buty w kartonie. Notes i dwa długopisy. Nożyczki, trochę tępe, tyle lat mi służyły. Portmonetkę z zepsutym zamkiem. Przekwitające tulipany w wazonie. Stare bilety i pocztówki przypięte do korkowej tablicy, przykurzone wspomnienia. Butelkę czerwonego wina na specjalną okazję. Póki co nie nadeszła. Jednoosobową kołdrę od mamy, bardzo ciepłą. Kilka kromek podeschniętego chleba i pustą puszkę po kawie, bo zapomniałam kupić. Rozrzucone listki paracetamolu. Kubek od Agnieszki – upadł, ale się nie stłukł. Nadgryzioną drożdżówkę rzuconą na krzesło. Leżę na podłodze, a te przedmioty nie znaczą dla mnie nic. Teraz są to jedynie artefakty, ślady czyjejś krótkiej egzystencji. W mojej głowie płynie rwąca rzeka, zabierając ze sobą wszystko, co napotyka. Dziki żywioł wymiata pierwsze wakacje bez rodziców, przeczytaną ostatnio książkę i jego powracającą w snach twarz.

Zaczęło się miesiąc temu, pamiętasz? Wtedy nie wiedziałam jeszcze o Twoim istnieniu. O tym, że od zawsze jesteśmy nierozłączni. Zaskoczyłeś mnie. Najpierw delikatny podmuch wiatru, drobne krople deszczu. Kap. Nagły ucisk w skroni. Kap. Lekkie mdłości. Deszcz się nasila. Kap kap. Ostry ból głowy. Kap kap. W końcu cisza. Oddycham z ulgą. Bawisz się ze mną w kotka i myszkę. Parę dni później kap kap kap. Ulewa. Zawroty promieniujące do żołądka. Kap kap kap. Przez chwilę widzę obok siebie dawno zmarłą babcię. Coś jest nie tak, coś jest na serio nie tak. Moja głowa, mój umysł, to, co mam, kim jestem. Ja.

Czysty, jasny gabinet. Pani doktor słucha mojej opowieści, przyglądając mi się podejrzliwie znad okularów do czytania. Bezdyskusyjnie orzeka, że to zapalenie błędnika. Jednak ja naciskam. Mówię o tych snach na jawie, jakbym miała schizofrenię. Siedzę na kozetce, a ona chwyta mnie za ręce i nie każe się stresować. Nie potrafi Cię odkryć. Chociaż – niewiele by to zmieniło. Nie ma odwrotu od tego, co musi się wydarzyć, dopełnić. Wracam do niej ze dwa razy, daje wreszcie skierowanie na nietrafione badania. Jeżdżę w kółko rowerem po mieście. Akademik, rodzinna, pobieranie krwi, rodzinna, akademik. Dziwne, skąd mam tę siłę, żeby walczyć, szukać ratunku? Jak wytrwały bywa człowiek w sytuacjach kresowych, w Jej obliczu.

Nadchodzi niedziela. W tle pierwsze takty requiem. Niski ton instrumentów dętych, daleka seria grzmotów. Cały ranek wirowanie w głowie i nudności. Ze zmęczenia zasypiam. Budzą mnie wymioty. Gdybym leżała pod innym kątem, odeszłabym w sposób mało estetyczny. Pewnie wytłumaczyliby to przedawkowaniem środków przeciwbólowych. Skąd mieliby o Tobie wiedzieć? W końcu opłukuję twarz zimną wodą i jadę na pogotowie. Wysyłają mnie z powrotem do rodzinnej, która w poniedziałek wypisuje kolejne recepty. Wieczorem, bardzo słaba, piszę do koleżanek ze studiów, proszę je o zrobienie zakupów. W pewnej chwili ciemna ciężka zasłona. Kurtyna. Anielski śpiew. I tu mógłby nastąpić już finał. Podoba mi się ta elegancka, romantyczna wersja, w której spokojnie leżę, odpływam.

Tyle że ja wybiegam na korytarz, bez świadomości tego, co robię. Wpadam do pokoju współlokatorki, wpycham się do jej łóżka i próbuję zabrać kołdrę. Przerażona woła inne dziewczyny, razem dzwonią po karetkę. W szpitalu podejrzewają halucynacje wywołane narkotykami. Dają mi coś na uspokojenie i spędzam resztę nocy nieprzytomna w łóżku na korytarzu. A potem jest niczym w amerykańskim filmie. Widzę nad sobą światło i pochylających się ludzi. Lekarze z rannej zmiany zlecają rezonans. Z trudem wchodzę na ławę maszyny, czując ból rozpierający czaszkę do granicy omdlenia.

Znajduję wielką białą plamę na czarnym tle skanu. Za nią kryjesz się Ty, splątana kulka delikatnych naczynek w płacie skroniowym. Najpierw czekają, aż wylew sam ustanie. Z każdym ruchem sztylet wbijany w głowę, jasny rozbłysk. Jednak wyrok dawno zapadł. Moje własne ciało zastawiło na mnie pułapkę. Nagle wymioty wracają i znów tracę świadomość. Nad ranem rozcinają mi skórę, odpiłowują kawałek czaszki, jakby to był jakiś owoc, arbuz czy kokos, po czym grzebią w galaretowatej substancji. Obok nielicznych osiągnięć, mieszczą się w niej porażki i złudzenia. Rzeczy, o których nie chcę myśleć, i te, których boję się zapomnieć.

Chirurdzy próbują znaleźć przyczynę wylewu. Działają na oślep, bo na skanach nie są w stanie zobaczyć niczego poza falą krwi. Odsysając ją, natrafiają na dziwną tkankę. Domyślają się, kim jesteś, a patolog potwierdza ich diagnozę, gdy obserwuje pod mikroskopem Twoje cienkie żyłki. Nazywasz się Haemangioma cavernosum. Po łacinie wszystko lepiej brzmi. Udaje im się Cię usunąć i zatrzymać krwawienie, zdetonować bombę. Pewni sukcesu, przykręcają z powrotem pokrywkę czaszki czterema śrubami. Następnego dnia budzę się z ogoloną głową, z blizną od czoła po szyję. Miałam szczęście, mówią, operacja się udała. Na koniec seria ataków, elektrycznych spięć w pociętym mózgu. Ściśnięta szczęka, wzbite w powietrze kończyny. Szalejące ciało poza moją kontrolą. Dostaję leki i wychodzę ze szpitala odurzona euforią ocalałych, zamianą piżamy na dżinsy, wiosną, która w międzyczasie nadeszła. Wierzę, że jestem bezpieczna, że już po wszystkim.

Półtora roku później ląduję z zawrotami na pogotowiu, gdzie odkrywają kulistą istotę czerpiącą ze mnie dobroczynne soki. Witaj ponownie, chociaż w sumie nigdy nie odszedłeś, nie dałeś się im wyciąć w całości. Byłeś dobrze ukryty, od lat zadomowiony w gąbczastej masie, wrośnięty w nią. Nie mogę się od Ciebie uwolnić. A może po prostu stanowisz nieodłączną część mojej istoty. Teraz jedynie parę kropli. Kap kap. Świadoma Twojej obecności wpadam w panikę. Nie mogę spać, leżę spocona, z kołaczącym sercem. Odroczony wyrok. Kiedy to nastąpi. Kiedy to nastąpi. Lekarze patrzą z politowaniem, po co martwić się na zapas. Kilku różnych psychologów oferuje złote rady. Obecnie koloruję mandale przy dźwiękach łagodnej muzyki, bambusowym flecie. Moje oczy są puste, straciły cały blask.

I tak jedziemy na tym tandemie, Ty i ja, połączeni. Polegasz na tlenie, który Ci dostarczam, na biciu mojego serca. Pasożytujesz na mnie, a ja o Ciebie dbam. Wystrzegam się rzeczy, które mogłyby wyrządzić Ci krzywdę. Przestałam pić kawę, nie uprawiam sportu, unikam filmów sensacyjnych – żeby tylko gwałtowny przypływ krwi nie uszkodził Twoich kruchych jak pajęcza nić ścian. Gdyby ktoś przyłożył mi ucho do skroni, usłyszałby ciche tykanie.


Milena Orłowska

Ur. 1983. Studiowała filologię polską w Poznaniu oraz Book and Digital Media Studies w Lejdzie. Mieszka w Holandii, gdzie zajmuję się digitalizacją i udostępnianiem dziedzictwa kulturowego. Publikowała w „Wizjach” oraz „Obszarach Przepisanych”.

Reklamy