MALINA BARCIKOWSKA – Mima [fragmenty]

a

Zielone sukienki

Po nocy wody w kwiatach ubywa. Mima wie to, ale każdego dnia dziwi się tak samo, chociaż już zawczasu przygotowuje stary, blaszany, niebieski czajnik po babci, w którym odstawia wodę na prawie dobę. Rośliny nie mogą pić prosto z kranu. Kiedy dziewczyna rano parzy dla siebie kawę, często je podlewa. Dopełnia też kompozycje w wazonach i widzi bardzo wyraźnie: wody w kwiatach ubywa. Potem nastawia pranie. Na pralce stoi doniczka z niewielką palmą. Kiedy maszyna wiruje, rośliną wstrząsa, jakby przechodziły przez nią strumienie prądu elektrycznego. Mima patrzy na nią zbyt długo, tak, aż w końcu widzi wszystkie właśnie w tej chwili dręczone zwierzęta i trzebione lasy. Dlatego odstawia ją na stół, na bok – tym razem zbyt szybko i chyba mało rozważnie. Naprawdę pomyślała, że kwiat będzie w dobrym miejscu, ale on śmieje się: „stół, na którym mnie postawiłaś, jest drzewem. Jesteśmy tu. Zauważyłaś, że jesteśmy t u? Może dla własnego zdrowia psychicznego pomyśl o nas wszystkich jak o choince z bajki Andersena. Byliśmy niecierpliwi, bardzo ciekawi – nie wyrzuć nas, Mimo, tak jak wyrzucili ją. Kiedy zmienisz styl i zainteresuje cię współczesny dizajn, zrób nam, prosimy, bardzo ładny pogrzeb. Weź róże, urwij im główki i ułóż je nad nami jak wieniec zwycięzcy”. Kwiatek podśmiewa się w dość okrutny sposób, wie, że wszyscy wegetują na takich samych prawach. Jest ciepło, coraz cieplej. „Może niedługo w ogóle nie będziesz musiała ogrzewać mieszkanka? A jest nawet miło, kiedy czasem stoję na parapecie i patrzysz przez moje zielone liście na leżący śnieg. Jakbyśmy byli w oranżerii. W szklarni. Pod kloszem. Ale pamiętaj, kiedyś będziesz tu miała ogród pachnących róż”. Wszyscy są powiązani, połączeni i jedni. Tworzą zależności. Kiedy za drzewo, z którego zrobiono szafkę, coś wpadnie, od razu zostaje zapomniane. To jest naturalne. Kiedy kubek znajdzie się w pobliżu drzew, z których zrobiono książki, nie ma się ochoty odnosić go na dłużej do kuchni i korzysta się z niego częściej. To też jest naturalne. Kiedy dziewczyna używa szczotki z prawdziwego włosia, jej kosmyki wplatają się w grzywę czy szczecinę, tak że w końcu bardzo trudno je rozróżnić. To też jest naturalne i nazywa się „nową mikoryzą”. Dom zapuszcza korzenie, korzenie są odżywiane przez mikroelementy innych gatunków, wzajemnie regulują swój rozwój, tworząc królestwo Mimy.

Sen Mimy 

Kiedy dziewczyna w końcu pije kawę, przede wszystkim wsłuchuje się w siebie. Zbyt nagła „jasność poranka” sprawiła, że teraz musi kierować zmysły do wewnątrz, żeby doszukać się obrazów, które po nocy zalegają w jej ciele. Żadne złogi nie są dobre, mogą być niebezpieczne, powodować zatory w krążeniu, więc dla dobra całego królestwa trzeba je uwalniać. Po dzisiejszej nocy nie będzie to takie trudne, chociaż, jak się okaże – przykre. Mimie śniły się zielone sukienki, szara farba, a potem szare sukienki. Te same sukienki, jej ulubione. To jasne, że tym, czym dziś koniecznie musi się zająć, jest zakup szarego barwnika do tkaniny. Będzie jej po drodze, i tak wybierała się do punktu ksero na samym końcu ulicy. Może Kasandra zdradzi jej sens snu i powie, że nie był złą przepowiednią, że wystarczy tylko przefarbować ubrania i wszystko będzie dobrze? W szafie są trzy zielne sukienki – pierwsza w kolorze pistacji, druga wiosennej trawy w drobne, złote kropeczki, trzecia w głębokim, butelkowym odcieniu. Do wieszaka każdej z nich doczepiona jest karteczka z czerpanego papieru. Specjalnym piórem Mima opisuje ich historie. Wierzy, że kiedy sukienka ma własną opowieść, przestaje być pustą rzeczą, nawet jeśli tylko czeka. Historia rozłożona jest na trzy, to ważne, ponieważ Mima kocha wszystkie odcienie zieleni. Zamiast „kurde” mówi „bluszczyk kurdybanek” i wierzy w siłę żywiołów. Czasami wszystko jest w porządku. Kiedy – jeszcze ciągle tego samego poranka – weźmie letni prysznic, będzie wsłuchiwała się jak woda, której jest „wystarczająco dużo, wystarczająco dużo, wystarczająco dużo”… dopływa przez kręte węzły i kolanka tylko po to, żeby schłodzić jej ciało. Nie czuje nerwowego pulsowania w skroniach, za to przyjemny szum w sieci, która oplata jej żywy dom.

Pestki

W pół kilogramie wiśni znajduje się około 166 owoców – to 166 śmierci. Podobno każda jest jedną, małą pestką. Wydaje się, że jest ich sporo jak na jednego człowieka, chociaż niejednemu przydarzyło się zjeść pół kilograma wiśni. Udaje się to tylko dlatego, że wszyscy – oprócz bardzo małych dzieci – wypluwają je. Trzeba się tego nauczyć. Kiedy umie się już oddzielać pestkę od soczystego miąższu, każdy w końcu i tak połyka swoją własną i od tego momentu wie, że umrze śmiercią. Często robi się to zupełnie niechcący – nieszczęśnik orientuje się, kiedy jest już za późno. Pestka zagnieżdża się u kobiet w okolicach macicy, u mężczyzn w dole brzucha. Mniej więcej z tego powodu rodzą się dzieci – „owoce miłości”. Dzieci, które wierzą, że, kiedy połkną pestkę, wyrośnie im w środku małe drzewko, którego gałęzie wyjdą im uszami albo nosem, a wszystkie ptaki z okolicy będą na nich siadać. Choć zwykle drzewo rośnie na tyle długo, że zdążą o nim zapomnieć, jest to i tak bardzo, bardzo śmieszne. Mima nie jest już dzieckiem, ale chyba nie jest też do końca kobietą, kupuje wiśnie przede wszystkim po to, żeby pstrykać na odległość. Każdą pestkę wypluwa w garść, chwyta kciukiem i palcem wskazującym, a potem celuje, gdzie tylko przyjdzie jej ochota. Najczęściej w znaki drogowe i latarnie. Dziś dziewczyna też kupiła owoce. Jest lato, lato, lato, jak szum wody i zapach ciał rozgrzanych na słońcu. Na wystawie w mięsnym – wiszą na schludnych haczykach rasy i gatunki. Mima patrzy na nie wyzywająco i nie wie, co myśleć o kocie, który stołuje się pod sklepem, a kolejna, starsza pani kupuje mu „drobiowe” serduszka. Wmawia sobie – że jest to „surrealistyczne”, „obrazowe” i „coś” znaczące. Przez chwilę przypomina sobie zdjęcie dziadka przed jego własnym, pełnym kiełbas i wędlin przedwojennym sklepem rzeźnickim, które zawisło w domu rodziców na honorowym miejscu podobno w czasie sklepowych pustek stanu wojennego jako „obraz” – i nie wiadomo od którego widoku robi jej się bardziej niewygodnie. Na szczęście ma jeszcze pół torebki wiśni. Zjada cztery na raz, wypluwa wszystkie pestki i strzela nimi kilka razy . Idzie – stąd dalej i przed siebie.

Idzie i słucha: „Czy zauważył pan, jaka pogoda tego lata? I prawie w ogóle nie ma zim…” „Ciekawe”. „Byłem wczoraj nad Wisłą, z wnukiem. Są takie łachy, że można przejść wpław na drugi brzeg”. „Ciekawe”. „ Raczej niebezpieczne. Ludzie giną w ten sposób”. Pstryk! To pestka. Trafiła w oponę jednego z samochodów. Kiedy Mima przechodzi przez ulicę, zauważa, że ktoś właśnie odmalował pasy na przejściu dla pieszych – białe ślady stóp odbiły się w kilku krokach. Mickiewicza jest ulicą żywego ducha. Idąc, dziewczyna mija ludzi o białych od kremów twarzach, w jasnych ubraniach z długimi rękawami. Łuuu! Tak uzbroili się przeciw słońcu. Wychodzą z bram starych kamienic z sińcami pod oczyma i straszą: zwyrodnieniem znamion, rakiem, a czasem nadmiernymi piegami. Łuuu! Łuuu! W punkcie ksero Kasandra stoi za ladą i plotkuje, jest bardzo zajęta wymienianiem komentarzy na temat kogoś, kogo Mima w ogóle nie zna. Książkę bierze zupełnie automatycznie, zaznacza strony „od”, „do” i sprawnie przerzuca kartki. Potem pyta tylko, czy dziewczyna „ma w co schować kserówki, może chce teczkę? Proszę przeliczyć!”, a po jej „mam, dziękuję, bez przesady, na pewno jest ok” wizytę można było uznać za zakończoną. Szkoda. Mima jak zawsze miała nadzieję na jakiś skierowany do niej znak, słowo, nagły przebłysk prawdy, a skończyło się na zapłaceniu rachunku. Nie było nawet okazji, żeby opowiedzieć Kasandrze „sen o zielonych sukienkach”. Mima chowa do torby książkę, kserówki i woreczek z resztką wiśni, na które odeszła jej ochota. Boi się zakupów w pasmanterii z nitkami, wełnami, guzikami i farbami, a potem powrotu do domu.

Emaliowany garnek

Co byłoby, gdyby kupiła inny kolor – może różowy albo niebieski? Co byłoby, gdyby wylała tę farbę na przykład na chodnik przed domem, a nieuważni ludzie „brudzili” by w niej nogi, a potem wznosili się w powietrze? Robiliby pierwszy krok w chmury, a kiedy szliby tak ku niebu, mijaliby okno Mimy i dziewczyna mogłaby przekrzywiać im czapki i kapelusze, a oni niczego by nie zauważyli. Ale ma szarą farbę. Nie różową albo niebieską. I trzy j e s z c z e zielone sukienki. I wcale nie jest to zabawne. Niechętnie wyjmuje je z szafy, odpina karteczki z czerpanego papieru i myśli nad tym, czym są „odczepione opowieści”. Maj – urodziny T., urodziny wujka, czerwiec – imieniny Mili. Lato podobno należało do sukienki w zielone kropeczki. Luty – ważny wernisaż w sukience w głębokim, butelkowym odcieniu, do której Mima dobrała srebrny i miedziany sznur korali. Sukienkę w kolorze pistacji z pewnych względów ubierała najrzadziej, chociaż jej krój lubi najbardziej i to wszystko, za chwilę, nic a nic nie będzie znaczyć. Stanie się tylko fragmentem ładnego, zapisanego papieru, który można schować na pamiątkę. Jeśli ktoś kiedyś zobaczy „odczepioną opowieść”, będzie mógł wyobrazić sobie sukienkę tak, jak tylko będzie chciał. Wiedzieć to jest bardzo dziwnym uczuciem.

Żeby pofarbować „odzież”, należy mieć: materiał do zafarbowania (o ile to to samo, co sukienka, to Mima ma „materiał do zafarbowania”), emaliowany garnek (jest), barwnik do tkanin w proszku i gorącą wodę (ma), ręczniki papierowe lub ściereczki (dostaje od mamy w nadprogramowej ilości), coś do mieszania – czy można mieszać palcem?, sól – król – srul . Każdy król jest nagi. Kiedy Mima przefarbuje ubrania, przestanie być „dziewczyną w zielonej sukience” i wszyscy zobaczą, jaka jest naprawdę. Zanim emaliowany garnek stanie na ogniu, Mima po pierwsze schodzi do piwnicy zmienić wodę w miseczkach dla bezpańskich kotów i zamienia z nimi trzy słowa. Po drugie, zdejmuje ślimaka z sałaty, którą kupiła do obiadu, a po trzecie – patrzy przez okno, czy kruk, który często siada na dachu naprzeciwko, nie zgubił przez przypadek pióra na jej parapecie. Zdarzyło się tak już kiedyś. Kiedy czuje się przygotowana, ale ciągle niegotowa, z ciężkim sercem, punkt po punkcie zaczyna wypełniać instrukcję. Brzmi prosto, jakoś tak „jasno”, ale dziewczyna czuje się jak wiedźma. „Co ty robisz, Mimo?”. „Coś, co nie ma nazwy”. „Co ty znowu wymyśliłaś?”. „Tak naprawdę nic nowego”. Gdy pierwsza sukienka ląduje w szarej farbie, dziewczyna stara się jej nie słyszeć: „jak można latać w zielonym?” – krzyczy znanym skądś pogłosem. „Masz zęby jak zwierzę!” – powtarza zasłyszane słowa i w końcu „tak naprawdę lubisz mięso, prawda?”. Sukienka traci kolor, ducha i – najwyraźniej – fason, a przy okazji wyrzuca wszystko, co dotknęło ją do żywego. I powtórzy się to jeszcze dwa razy. Kiedy Mima wiesza szare już sukienki na lince, żeby wyschły – płacze. Wcale nie jest dobrze. „Proszę przeliczyć!”, „proszę przeliczyć!” Kasandro, czy dziś naprawdę tylko to miałaś do powiedzenia?

„Jestem kwiatem lotosu na gładkiej tafli jeziora” – szepcze Mima i stara się trwać w trudnej pozycji jogi, próbując odzyskać niezmącony umysł. Po pewnym czasie złapie balans. Potem siądzie z nowo skserowaną książką na kolanach, a kiedy będzie chciała przemyśleć kilka mądrych słów, założy kartki paragonem z punktu ksero. Owszem, „przeliczy” – skserowała 150 kartek. Jednostronnie, ponieważ tak czyta się lepiej i jest to tylko część książki. Za tydzień skseruje drugą, a że nie jest nawet w połowie nauki, bilans wzrośnie. Czy to miałaś na myśli, Kasandro? Mima jest kwiatem lotosu na gładkiej tafli jeziora i zamierza dokończyć wiśnie. Pstryk.


Malina Barcikowska

Absolwentka filozofii na UMK w Toruniu i Szkoły Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Krytyczka sztuki i animatorka kultury. Publikuje teksty z zakresu myśli o sztuce, recenzje wydarzeń artystycznych i opowiadania. Należy do Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA. Zawodowo związana z CSW w Toruniu.