MATEUSZ PARKASIEWICZ – Sen

2a

Wiecie, jak trudno jest mijać gwiazdy na niebie, będąc pijanym? Niezwykle ciężko oprzeć się  pokusie zbierania ich z nieba i chowania w kieszeń. Zbierasz je bez końca i ciągle od początku, aż w końcu czujesz, że wschodzi wielka, czerwona tafla – świat. Kieszenie są puste, bo wszystko już wydałeś. Głowa zaczyna boleć, a w gardle zaczyna suszyć.

– Wiem, że to jest straszne – powiedziała, jedną ręką poprawiając kształt jajecznicy skwierczącej na kamiennej patelni, drugą zaś swoje gęste, bursztynowe włosy. Jej mina, jak co ranek blada i zaspana, z lekkim rozchyłem warg, nie zdradzała konkretniejszych emocji. Mieszkanie, a właściwie pokoik, drobna kuchnio-sypialnia, w której się znajdowaliśmy, była przepełniona kolorami i motywami orientu – od seledynowych i złotych posążków Buddy na wiszących półkach, przez naścienne, karmazynowe arrasy, zdjęcia z podróży po bliskowschodnich krajobrazach i tybetańskich klasztorach, aż po zdobiące sufit dwa chińskie smoki – czerwony i zielony, oplatające się w zmysłowym węźle, na tle iskrzących się białych gwiazd. Spod owej dzikiej mieszanki kolorów najwyraźniej przebijał się czerwony, nadając swoją poświatę całemu pomieszczeniu. Skłamałbym, zapisując, że wyobrażałem sobie jej pokój inaczej.

– Wiem – powtórzyła – ale nie możesz być idiotą.

Powiedziała to z taką obojętnością, że tylko przekręciłem się na drugi bok. Suszyło mnie niemiłosiernie, ale byłem zbyt zmęczony, by podźwignąć się z łóżka i sięgnąć po szklankę z wodą, która stała zaledwie trzy metry ode mnie, gdzieś między skwierczącą patelnią a małą rzeźbą Wielkiego Muru, ciągnącą się przez całą długość blatu.

Zgasiła ogień. Każdy jej gest był płynny, a na najdrobniejszy nawet ruch dłoni całe jej nagie ciało odpowiadało tak, jak powierzchnia jeziora odpowiada na wrzucony doń kamyk. Od początku wiedziałem, że to ona będzie celem mojej wczorajszej wędrówki, choć nie byłem tego do końca świadomy. Ale tak jest zawsze. Tak jest za każdym razem, gdy pozwalam sobie na tyle, co wczoraj. I nie ma co wmawiać sobie, że to ostatni raz, nie ma też co oszukiwać się, że to dopiero początek.

Postawiła jajecznicę na stole i usiadła obok mnie. W tym samym momencie do mojej świadomości doszła refleksja, że, będąc u niej, zawsze byłem małomówny. Ona zresztą też nie mówiła za wiele. A przecież o tak wiele rzeczy chciałbym ją zapytać. Na przykład – skąd u niej ta fascynacja orientem? Albo czemu nie chce się ubrać? I czy w ogóle, przebywając w swoim ciasnym, czerwonawym mieszkanku, w cokolwiek się ubiera. Odgarnęła opadającą na czoło grzywę i poprawiła tylną część włosów, podciętych na długość szyi. Włosy miała bujne i bursztynowe jak lew, ciało zaś giętkie i prężne jak gepard. Chcąc pozostać przyzwoitym w myślach, odrzucałem komponowanie jej bardzo kobiecego, jasnego ciała z czerwonym odcieniem pokoju – jako główne skojarzenie nasuwał mi się burdel.

W jednym momencie wskoczyła do mnie, przykrywając nas kołdrą.

Czułem, że zapadamy się w pościel. Było ciemno i słyszeć dało się tylko nasze dwa, nierównomierne oddechy. Zapadaliśmy się, sam już przestałem wiedzieć, w co. Wokół majaczyły tylko, ledwo przebijające się przez czerń, delikatne smugi czerwonego światła.

Nagle targnęło nami, rozległ się plusk, a czerwone światło znikło, zostawiając całkowitą ciemność. Materac spadł najprawdopodobniej na powierzchnię wody, która teraz kołysała nas delikatnie. Dryfowaliśmy, leżąc obok siebie na materacu, ja ubrany, ona naga, najpewniej pośrodku jakiegoś wielkiego jeziora. Dookoła unosił się zapach stęchlizny, a gdzieniegdzie słyszeć się dało pojedyncze pluski.

– Wybacz – wyszeptała z mroków – mąż zapomniał kluczyków. Usłyszałam jego kroki w korytarzu.

– Przecież ty nie masz męża – zgłupiałem.

– Owszem, nie mam. Po prostu usłyszałam jego kroki. Spanikowałam i pociągnęłam cię w swoją panikę razem ze sobą. Nie wiem, jak teraz stąd wyjdziemy. Przepraszam.

Postanowiłem, że w takim razie dobrą puentą będzie, jeśli zeskoczę teraz do wody. Odpłynę albo utonę, oba rozwiązania brzmią nie najgorzej w rubryce wspomnień. Czułem jednak, jak wzbiera we mnie wściekłość i wiedziałem, że muszę się szybko decydować, w którą stronę ją nakieruję, póki jeszcze kompletnie mną nie zawładnęła. Chociaż cóż, nie ukrywam, miałem sporą ochotę, żeby wziąć ją tu i teraz, na tym materacu. I mógłbym to zrobić. Bo to przecież tylko sen.

– Gdybyś nie był tak głupi – powiedziała nagle z wyrzutem – gdybyś trzymał swoją wyobraźnię na wodzy, nie byłoby tego całego zamieszania.

Pochwyciła moją dłoń i rzuciła się do wody, ciągnąc mnie za sobą. Chyba coś przeczuła. 

***

Obudziłem się, nie chcąc tego. Była niedziela, więc moją ruchomą okienną mozaikę wypełniały głównie rodziny z dziećmi korzystające z pełnego słońca, gorącego lata i przeceny na kręcone lody w budce przy domu Nowakowskich. Podniosłem się jak wskrzeszony truposz, który zdążył już ostygnąć. Najwidoczniej przespałem kaca.

Wychodząc z domu na lody, minąłem sąsiadkę – szczupłą, rudawą kobietę w średnim wieku, z widocznymi śladami piękna na twarzy, które musiały się zatrzeć dość niedawno. To właśnie z niej wyrosła moja senna kobieta. Czy może raczej z moich wyobrażeń o tym, jak wyglądała, jak mogła wyglądać ze dwadzieścia lat temu. Nie wiem, czy jej udział w przyjściu do mnie mojej kobiety przewyższa mój własny, ale niezależnie od tego ukłoniłem się i przywitałem grzecznie. Do dzisiaj żyłem w przekonaniu, że sąsiadka jest starą panną – mój sen kazał mi to mocno zakwestionować.

Ten świat, w którym się obudziłem i na którym żyję, jem i robię zakupy, jest jednak zupełnie inny od tego, w którym spotykam się z nią – kobietą mojego wyobrażenia. Nieraz myślałem, że ona przecież też jest obok, tylko rozbita na cząstki – jedna tkwi w mojej sąsiadce, inna znów w którymś odcinku, głosie, decybelu, wiadomości, fragmencie filmu, książki czy serialu – to wszystko ją tworzy. Jednak chwilę później wyobrażałem sobie, jakby tu tak kogoś poćwiartować i rozrzucić na cztery strony świata – przecież takiego kogoś już nie ma.

A ona jest. I nieważne, skąd przyszła i z czego się składa. Wszystkie te bliskie mi rzeczy jednają się we mnie w tę magiczną całość. W ostatnim etapie dołącza czerwone słońce, które zobaczyłem po obudzeniu się i do którego ona schodzi z gwiazd, na których mieszka w  swojej najczystszej postaci, zanim jeszcze wstanie dzień, schodzi i wypełnia moje wyobrażenia życiem, kiedy tylko przyjdzie jej czas. Bo czeka na mnie, na pewno czeka.

Jak każdego wieczoru, zasiadłem na murku z zieloną butelką piwa. Tym razem jednak niebo było czyste. Wobec tego zwróciłem mu wszystkie gwiazdy, których oczywiście nie miałem, i poszedłem do domu.


Mateusz Parkasiewicz

Ur. 1998. Olsztynianin z urodzenia, lwowiak z pochodzenia i potrzeby serca. Studiuje ukrainistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Parokrotny uczestnik slamów poetyckich.

Reklamy