KAROL MALISZEWSKI – Gabryel, Kierc i okoliczności

a

*
Wieść o śmierci poety, Juliusza Gabryela, a potem opis jego pogrzebu (autorstwa Radka Wiśniewskiego), który odbył się 21 marca, w środę, w Międzynarodowym Dniu Poezji, zdjęcia pojawiające się w necie, krążące już wspomnienia – wszystko to spowodowało, że zacząłem grzebać w internetowych plikach i znajdować jakieś oderwane fragmenty dotyczące tej poezji. Nigdy nie byłem w stanie napisać czegoś większego, syntetycznego, za każdym  razem były to podejścia, próby, napomknienia.

Nagle wróciłem pamięcią do roku 2002, do konkursu na debiut poetycki (zorganizowanego przez wrocławski oddział SPP) i do jurorskiej walki o to, by wygrał maszynopis zatytułowany Melodyjność skowytu. W istocie wygrał i rok później debiutancki tomik Gabryela (pt. Hemoglobina) w pełni się zmaterializował. Wracam do notatek usiłujących wtedy uporządkować bałagan pierwszych doznań. 

*
Potrzask, polowanie, pożegnanie… Takim zestawem obrazów wita nas z uśmiechem w drzwiach domu-wiersza, domu-zbioru wierszy młody autor z Kluczborka. Czyta się te utwory i doznaje uczucia opresji. Pojawia się przeświadczenie, że wykreowany przez Juliusza Gabryela bohater liryczny popadł w jakieś tarapaty. Nie wiem, czy są one proweniencji metafizycznej. Na pewno są to tarapaty egzystencjalne. Pobrzmiewająca nuta skargi ma ten właśnie – jak sądzę – wymiar przede wszystkim życiowy.

Egzystencja jest tu skojarzona – przynajmniej na wstępie – z czymś uciążliwym, opresyjnym. Na obrazy z tak zwanej rzeczywistości nakładają się projekcje oniryczne bliskie koszmarom. Autor musiał przed napisaniem niektórych wierszy godzinami wpatrywać się w reprodukcje obrazów nadrealistów, na których aparatura ni to przemysłowa, ni medyczna oplata jakieś fragmenty rzeczywistości i roślinnieje, zaciska się z wolna na szyi, sercu i skrzydłach bohatera, zniewolonego półczłowieka, półanioła, usiłującego chociaż symbolicznie szamotać się i walczyć. Skaleczenie i krew, transfuzja i kroplówka pojawiają się w wierszach Gabryela z zastanawiającą regularnością. Można wybrzydzać na pierwotny tytuł tomiku (Melodyjność skowytu), ale on właśnie w swej surowości najlepiej oddawał przedsięwzięte usiłowania dotyczące bólu i skargi. Ból miał być okiełznany, zaś skowyt umelodyjniony, wstawiony w rytmiczne ramy, skowyt miał podlegać wierszowi i jego prawom, a więc sztuce poetyckiej.

Już po napisaniu tych słów dowiedziałem się od autora, że to, co w jego utworach może wydawać się na zapożyczone ze sztuki nadrealistycznej, ma także podłoże biograficzne. Od wielu lat cierpi na schorzenie wątroby i konieczność przebywania w szpitalach wpływa na sposób postrzegania, a następnie konstruowania wizji poetyckiej. A więc owa aparatura medyczna, o której wspomniałem wcześniej, to naturalny i stały element pejzażu wewnętrznego autora, a następnie bohatera.

Pewne fakty podstawowe dla bohatera – ból, choroba, cierpienie, lęk – stały się tu pretekstem, tym czymś pierwotnym, a jednocześnie „ciągiem dalszym”, z którego rodzi się indywidualny styl. Na te usiłowania, na te starania (w wydobywaniu własnego głosu, jęku, melodii) nakładają się pogłosy pokoleniowej świadomości poetyckiej, rodzaj swoistej gry w obrębie przytoczeń i zapożyczeń potocznych. Dziwność przyjętej tu formy pogłębia się jeszcze bardziej, gdy autor wyzwala w sobie skłonność do prawie surrealistycznych wizji, kanalizujących niejako owe prostolinijne próby sprostania  tak zwanej bezpośredniej, czy bezpośrednio otaczającej, rzeczywistości. Na pierwszy rzut oka niby to samo, co u rówieśników – ta nieznośna codzienność z milionem szczegółów, ale to tylko na pierwszy rzut oka.

W poezji Gabryela codzienność tajemniczo zarasta, gmatwa się i ucieka w wizję, odrealnia się na poczekaniu, nieraz w obrębie jednego – tak zwanego realistycznego – zdania. I to powoduje, że ten debiut już z daleka staje się widoczny. Być może mamy tu do czynienia z jakimś niezwykłym, rzadko dzisiaj spotykanym patronatem poetyckim, odwoływaniem się do zarzuconych tradycji. Zresztą tak naprawdę to nie wiem, co powoduje to odczucie oryginalności i wrażenie świeżości przy lekturze. To się pojawia bardzo naturalnie i od razu dotyka, muska czytającego. Czyta się te teksty i doznaje uczucia tajemnicy, niespodzianki, zaskoczenia. A ostatnio – prawdę mówiąc – tylko nielicznym debiutantom udaje się nie zanudzić czytelnika na śmierć, więc te cechy poezji Gabryela należy traktować jako wyjątkowo cenne znalezisko.

*
We wspomnianych jurorskich bojach towarzyszył mi wtedy Bogusław Kierc, równie mocno zafascynowany propozycją debiutanta, co piszący te słowa. I jeśli się nie mylę, to  jego głos zadecydował, że zwyciężył Gabriel, a nie kto inny. Tak się złożyło, że wtedy, piętnaście lat temu, odbyłem rozmowę z autorem Wiosen dziejowych Juliana Przybosia, nie zdając sobie sprawy z tego, co właściwie zostało wypowiedziane. Nie dotarły do mnie, zupełnie nie obeszły jej Przybosiowe pogłosy. Dzisiaj czytam ponownie i już słyszę: „To znaczy – moja poezja ze mną gada albo to coś, co się ode mnie uniezależnia jako poezja – rozmawia ze mną. Rzecz jasna, chcę, żeby ten »mną« (bo przecież nie ja) był w czytelniku. Jak na przykład bywa »mność« Przybosia we mnie[1]”. Mowa tu o wciąż żywym odczuwaniu obecności Przybosia w sobie, w swojej wrażliwości, języku, sposobie „pochłaniania bytu i bycia”. Można niemal mieć skojarzenia z figurą „dybuka”, kogoś lub czegoś, co nawiedza i wypełnia czyjąś duszę. W tym sensie Kierc wydaje się „nawiedzony Przybosiem”, wypełniony jego energią i przesłaniem. Co ciekawe, mamy świadectwo samego Przybosia, komunikującego o doznaniu łudząco podobnym, a związanym ze szkicem Kierca o jego poezji, zatytułowanym Pomiędzy słońcem a dnem kielicha kwiatu. Zdążył go jeszcze przed śmiercią przeczytać (w druku ukazał się we „Współczesności” znacznie później) i ze szpitala w Konstancinie pisał: „Po tym twoim eseju przeszedł mnie dreszcz niesamowitości: mam w tobie jakby sobowtóra, który lepiej wie, co się u mnie dzieje pod skórą, w środku, niż ja sam to sobie mogę uświadomić. Jesteś jakąś moją superświadomością krytyczną”[2].

I ta superświadomość krytyczna „wtóruje sobą” (sobo-wtór) od niemal pięćdziesięciu lat linii melodycznej Przybosiowej poezji; uległszy jej sile, usiłuje odbijać ją na zasadzie „ekstatycznego dialogu” w dziesiątkach kolejnych prób. To „promieniowanie” – jak to określa Kierc – wciąż trwa: „promieniowanie w konkretnym, chciałoby się rzec: bioelektronicznym wymiarze, co w niczym nie umniejsza metafizycznego sensu i swoiście mistycznych konotacji tego promieniowania”[3]. I mimo że dzisiaj Bogusław Kierc wyrzeka się swoich początków myślenia i pisania o Przybosiu, określając przywoływany esej jako pretensjonalny (napisany przez „niedouczonego hermeneutyka”[4]), to chciałem do niego wrócić, przykładając doń większe znaczenie niż sam autor. Jego „emocyjność w wysławianiu przeżycia sztuki poetyckiej”[5] wydała mi się bliska, a poza tym w pewnym sensie prekursorska, wiążącą doświadczenia ciała z analogicznymi doznaniami ujawnianymi w liryce Przybosia. Kierc czytał w intuicyjny sposób „somatycznie”, zanim praktyka ta rozpowszechniła się w krytyce literackiej i literaturoznawstwie. W swych pierwszych próbach łączył ten sposób czytania z osobistą, wręcz intymną, interpretacją mitów. Somatyczno-mitograficzna metoda Kierca miała swoje źródło w doświadczeniu pokrewności, rozpoznania się w mitycznym pierwowzorze, a dokładnie w jego nowatorskim przetworzeniu dokonywanym przez mistrza. Z tym wiąże się poznawczo-estetyczny wstrząs, fakt wywrócenia znanego świata na nice, proces rozszczepienia doznawanego na co dzień zwykłego światła, a następnie konieczność świadczenia w postaci empatyczno-ekstatycznego zapisu. Według pewnych krytycznoliterackich kanonów rzecz naganna, czysta egzaltacja bez naukowego pokrycia. Sekundujący poecie i początkującemu krytykowi Edward Balcerzan miał jednak inne zdanie: „Kierc inaczej. Ulega afektom, entuzjazmuje się, kibicuje, wpada w euforię, przeprasza, że wpada w euforię, niecierpliwi się, zżyma, pomstuje, wielbi, nienawidzi, kpi, znęca się, polemizuje sam ze sobą, kipi, pożąda, wpada w odrętwienie, znów przeprasza i znów kocha, nienawidzi. I tak od początku do końca… Wystarczy zbadać pod tym kątem »ekspresjonistyczny« zapis jego mowy: zdania rozbite myślnikami, napięte, ekstatyczne. Czy to dobrze, czy źle? Jak powiadam, w naszej krytyce, respektującej zasadę »wstydliwości uczuć«, nie znajduje odbicia pewien istotny moment odbioru liryki: nie przedostaje się do niej atmosfera reakcji spontanicznych, młodzieńczych, bezpośrednich, aura osobistego obcowania ze sztuką, kiedy to przeczytany wiersz wydaje się odkryciem świata i w imię tego odkrycia chciałoby się wszystko pomyśleć i zobaczyć, i jeszcze raz wykrzyczeć na nowo”[6].

Wykrzyczeć na nowo to, co ucieka nauce o literaturze i krytyce akademickiej, stąd w książce Przyboś i utarczki i zwady z Arturem Sandaurem i Jerzym Kwiatkowskim, powtarzającymi od lat te same sądy o poezji Przybosia, nie zważając na zachodzące w niej zmiany. Kierc chce być związany z tą liryka na bieżąco („podążając we współbiegu z nią[7]) i reagować na jej przemiany od razu, na gorąco. Jego zdaniem, Przyboś został namaszczony i porzucony, zastygł na pomniku w narodowej galerii poetów już za życia, niedoczytany, a właściwie – nieprzeczytany. Zatem misja, którą młody poeta i krytyk postawił sobie, była jasno określona – przeczytam tę poezję po swojemu, pokazując jej ukryte, a żywo obchodzące mnie, warstwy. Zdejmę z cokołu skamieniałą postać, przywracając wartość jej rzeczywistej prawdzie, zniekształconej przez mechanicznie powtarzane interpretacje.

Ta młodzieńcza dyskusja Kierca z Sandauerem i Kwiatkowskim stała się – w moim rozumieniu – nieuświadomionym aktem założycielskim nowej krytyki literackiej, „bezwstydnej”, intymnej, „narcystycznej”, nie kryjącej się z najbardziej niejasnymi afektami, spełniającej się w procesie obcowania z fenomenem cielesności ukrytej w słownych kombinacjach. „Cóż za ulga! A więc można docierać do sztuki poetyckiej nie tylko przez »izmy«, nie tylko poprzez »całość kultury«, jak chcą teoretycy grupy Teraz, nie tylko poprzez system ponadindywidualnych powinności, ale także drogą własnej biografii! I jeżeli nawet pamięć o własnym »ja« ktoś nazwie narcyzmem, to uważna analiza mitu o Narcyzie (a nie frazes o »narcystach«) pokazuje, ze nie taki narcyzm prymitywny, jak go malowano”[8].

*
Powędrowałem dzisiaj nader swobodnie wzdłuż wyobrażonych, a być może niepojętych, linii. Między życiem a śmiercią. W trwaniu, które odbieram jako wieczne. W tej dziwnej przestrzeni wspomnień o ludziach, którzy stają się tekstami i tekstach, które brzmią i zachowują się jak ludzie.

_________

[1] „Pochłanianie bytu i bycia…”. Z Bogusławem Kiercem rozmowa w drodze, [w:] K. Maliszewski, Pociąg do literatury. Szkicownik literacki z Dolnego Śląska, Wrocław 2010, s. 159.
[2] B. Kierc, Ja w nim. Jawnie, [w:] Przyboś dzisiaj, red. Z. Ożóg, J. Pasterski, M. Rabizo-Birek, Rzeszów 2017, s. 549.
[3] B. Kierc, Cel sfer, Wrocław 2003, s. 7.
[4] B. Kierc, Ja w nim…, s. 550.
[5] E. Balcerzan, Wstęp, [w:] B. Kierc, Przyboś i, Wrocław 1976, s. 5.
[6] Tamże.
[7] B. Kierc, Przyboś i, Wrocław 1976, s. 56.
[8] E. Balcerzan, dz. cyt., s. 6.


Karol Maliszewski

Ur. 1960 w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Prowadził warsztaty poetyckie w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Absolwent filozofii. Doktor nauk humanistycznych. Poeta, prozaik, krytyk literacki. W „Inter-” redaguje Przegląd literacki.

Reklamy