KAROL MALISZEWSKI – Ich języki; „patrzymy na kobiety, a one patrzą na nas”

a

*

Patrzymy na kobietę, a ona patrzy na nas z wierszy (Licencja na pierwszy śnieg) i ich ilustracyjnych, sugestywnych odbić. W tym przenikliwych, a chwilami wstrząsających w intensywności doznania i jego lirycznego wyrazu, medytacjach „rozlewa się życie”. Życie wieczne wypełnione archetypicznymi, malarsko upozowanymi, postaciami i życie doczesne, kadrowane to z czułością, to znów z okrucieństwem. Mit i historia, baśń i reportaż, wszystko w jednym, mocnym, bardzo wiarygodnym wydaniu.

To poezja odważna, nieuchylająca się od spadających na nasze głowy i świadomości ciężarów. Nie pamiętam już, kto to mówił (chyba Różewicz), że przyszedł poeta i zdjął ciężar, albo że poezja ma umożliwiać zdejmowanie ciężarów. I to się dzieje w wierszach Ewy Włodarskiej. Po pierwsze – opowiadają historię intymną, kobiecą, krążąc wokół zagęszczeń własnego bólu, ale po drugie, i to jest już odwaga – opowiadają o rzeczach drażliwych, niepokojących, wypartych, zamiecionych pod dywan. Nie dają zapominać, nie kwitują zdawkowo naszego milczącego współudziału, przyzwolenia na bez przerwy żywe w swoich różnych kształtach zło. Zatem dopóki takie wiersze powstają, to jeszcze długo będziemy pamiętać dziecko uchodźców, chłopczyka przez fale wyniesionego na brzeg, dzieci rzucane jak gruz na ciężarówki w łódzkim getcie, żywcem spalone na Wołyniu, okaleczone w Doniecku itd. Odwaga nie kończy się na podejmowaniu drażliwych tematów, obsesyjnym rozdrapywaniu ran. Temat w poezji wybrzmiewa albo nie – za dotknięciem formy. Jeśli jest zużyta i przewidywalna, niewiele wybrzmiewa. Jeśli jest śmiała, bezceremonialna, odkrywcza, uderza prosto w serce. Mnie się wydaje, że z takim mistrzostwem mamy tu do czynienia.

I zwróćmy uwagę na zmianę, jaka dokonała się w dotychczasowym obrazie poezji. Odwaga, okrucieństwo, bezceremonialność – te wartości kojarzono do tej pory z tak zwanym „męskim obrazowaniem”. A tu nie waha się po nie sięgnąć kobieta. I dodatkowo wzmocnić o furię, święty gniew, jeśli trzeba, bądź delikatność i czułość, jeśli taka zachodzi potrzeba stylistyczna i ludzka. Feminizm różne ma imiona i realizuje się w różnych sposobach walki ze źle urządzonym światem. Ten wcale nie walczy, a tylko mnoży obrazy, piętrzy metafory, zaskakująco porównuje i zestawia, dostarczając materiału do nowego spojrzenia na rzeczywistość, do wyciągnięcia własnych, odważnych wniosków. I to się zaczyna już od tytułu, który delikatnie sugeruje męskiej narracji, że przecież dałoby się inaczej. Zamiast „licencji  na zabijanie” – „licencja na pierwszy śnieg”, na „budzenie do snu”, na „rzeźbienie z ognia” itd. Patrzymy na kobietę, a ona patrzy na nas. I wreszcie odzywa się po swojemu. Znalazła język.

*

Dumny manifest peryferyjności – tak w pierwszej chwili pomyślałem o wierszach Anny Piliszewskiej zgromadzonych w książce Tibi et igni. I, jak sądzę, intuicja ta nie wydaje się pozbawiona podstaw. Chociaż nie chciałbym tym sformułowaniem wprowadzać w błąd czytelnika. Bo zacznie on oczekiwać jakichś stanowczych oświadczeń, manifestacyjnych gestów. Mamy do czynienia z liryką nastroju, zarysu, snu. Niczego nie mówi się wprost, a więc słowa „manifest” użyłem nieco na wyrost. Zauważmy jednak, że tu nawet sekwencje oniryczne symetrycznie odbijają to, co wrażliwość wychwytuje wprost z trudnej, zawikłanej rzeczywistości. Tym samym nastrój, ton, obrazowanie i zarys sytuacji sprzyjają określonym odczuciom, tworząc przestrzeń wspólnego, poetki i czytelnika, filozofowania na temat odnoszenia się do ludzi i zwierząt, do wspomnień i miejsc. Filozofowanie to nie ma niczego wspólnego z ideologią. W tych wierszach sugeruje się wyjątkowo mocną więź z przyrodą, ze zwierzętami i roślinami, ale także z tym, co ludzkie, a już ginące. Tak jakby starzec czy pozostawiona (w drewnianej chacie, w zapadłej wsi) staruszka potrzebowali większej uwagi, wsparcia ze strony poezji, ponownego przywołania.

Piliszewska staje w obronie staroświecczyzny, która w tym ujęciu, jawiąc się jako wykluczona, potrzebuje – na równi z nękanymi przez człowieka zwierzętami i roślinami – swojej narracji. Jeśli przywoła się tutaj kontekst tak zwanej „ekopoezji”, to należy pamiętać o charakterystycznym dla tych utworów rozszerzeniu czułości jeszcze na to, co stare, opuszczone, zapomniane. Peryferyjność i outsideryzm stają się synonimami tych sfer rzeczywistości, które, skazane na wykluczenie, dumnie przechowują w sobie zarodki sacrum, wspomnienie godności niegdysiejszych rytuałów i świętego czasu kołowego. Teologiczne wykształcenie autorki daje o sobie znać, stowarzyszając się z okiem wyjątkowo uważnej, czułej na szczegóły, malarki. Stąd silne, giętkie obrazowanie wywiedzione w tym samym stopniu z intuicji plastycznej, co z niezwykłego, wręcz muzycznego, słuchu językowego. To w języku tkwią źródła obrazów, to język szuka narzędzi empatii z odsuniętym na pobocze światem starych ludzi, domów, ogrodów, łąk i lasów.

W tym miejscu znów muszę zareagować na cisnące się zbyt łatwe skojarzenia: to nie jest skansen poezji ani też poezja skansenu. Zbyt wielkie, choć artystycznie w udany sposób przetworzone, emocje stoją za kolejnymi ostrymi, dramatycznymi obrazami. Zresztą tu nawet pastelowe i łagodne obrazy mają wiele do wyrzucenia stającej się cywilizacji i związanej z nią alienacji rdzennego, autentycznego życia (ludzkiego, zwierzęcego, roślinnego). Jeżeli więc nie ideologia, to na pewno zaangażowanie – wiersze pisze się po coś, wyrywając czytelnika z estetycznej drzemki. Pod pozorami idylli kłębią się żywe uczucia, „pęka serce” i „mroczy się w zwierzęcouciesznym państwie”.

To w tych wierszach najciekawsze, co usiłuje przebić się przez iluzję codziennej – raz okrutnej, to znów miłej dla oka i ucha – baśni, by dotrzeć do poruszającej istoty, prawdy w relacji z samym sobą (mówiącym podmiotem), widzianym w podwójnym odbiciu. Podsuwane przez Piliszewską magiczne lustro pokazuje człowieka jednocześnie jako część paradoksalnie rosnącej w siłę natury i słabnącej z pokolenia na pokolenie kultury. Jedno bez drugiego nie może istnieć. Jedno drugie karmi zachodzącą bez przerwy różnicą. Znoszą się i dopełniają. A przestrzenią tego sporu (czy raczej dialektycznej komunii) jest samotny, wrażliwy człowiek, który pisząc o miłej mu peryferyjności, staje w świetle głównych zagadnień współczesnej duchowości.

*

Tak ładnie pisze się przy okazji tego rodzaju książek, że „zapełniają pustkę”. Wydaje mi się, że nowy tomik Elżbiety Lipińskiej (Kamienie) świadczy o pustce, wcale jej nie wypełniając. Intencja była inna: pustka niczym jakaś czarna dziura w rodzinnej (i kulturowej) pamięci ma ziać i uwierać; ma się wpatrywać w czytelnika, jeśli on sam nie ma odwagi, by śmiało i szczerze spoglądać w jej kierunku. Dzisiaj ujawnianie żydowskich korzeni w napuchłej od zręcznie podsycanego szowinizmu przestrzeni społecznej jest aktem odwagi. Bo mamy tu opowieść o asymilacji, o tym, jak rodzice zaczynali edukację dzieci od zakazu zgłębiania tajemnic rodzinnych, jak „zawiązali im języki”. Wszystko po to, żeby nie rzucać się w oczy, nie odstawać od norm polskości. I teraz autorka „nie ma kogo spytać”, żeby coś więcej opowiedzieć swoim dzieciom i wnukom. Pewne treści zostały przez rodziców umiejętnie ocenzurowane właśnie po to, by nie jątrzyć, by wtopić się w tłum i nie prowokować kulturową odmiennością: „nie mów za dużo/ nie pytaj”. Oto szkoła przetrwania w przestrzeni naznaczonej nietolerancją i antysemityzmem. Być może, tom Lipińskiej w ogóle nie powstałby, gdyby nie ciekawość i dociekliwość następców szukających prawdy o swoim pochodzeniu. I tym samym pisanie wierszy zgromadzonych w tomie było odtwarzaniem czegoś zagubionego, czegoś „co nie ma grobu, nie ma pomnika”. Córka autorki, Aleksandra, z uporem dążyła do odnalezienia i opisania zawartości „szarego kartonu” stojącego kiedyś na półce u babci. Sięgano jednak po niego rzadko i niechętnie. Potrzebny był czas. I on właśnie się wypełnił – Elżbieta Lipińska z pomocą córki „wydobyła się z szarego kartonu”, zaś sama córka napisała we wstępie o zapamiętanej z dzieciństwa atmosferze tabu  („o zdjęciach z szarych kopert się nie rozmawia”).

Wyjątkowy charakter „dokumentalnych” wierszy Lipińskiej wynika właśnie z tego – z dopuszczenia do rodzinnej tajemnicy, z zaproszenia do „kręgu znaczących spojrzeń”. I teraz coś  znaczącego tylko dla rodziny staje się znaczącym dla nas wszystkich, a szczególnie dla tych, którzy niechętnie wprawiają się w sztuce dalszego wykluczania; więc nie wykluczam, że i ta narracja stanie się częścią mojej prywatnej opowieści o skomplikowanych mechanizmach tworzenia się tak zwanej polskości. Sagę rodziny Sztutmanów ze wzruszeniem umieszczam pośród jej komponentów. Jak również te słowa autorki: „Kiedyś byłam zwykłą małą dziewczynką. / Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem zagraniczna, / egzotyczna i jak tam jeszcze eufemistycznie / określano obcość. Ani że powinnam kogoś zastąpić”. Najważniejsze jednak padają na koniec, wyznaczając przyszłość poetyckiego dyskursu tolerancji (bo chcę wierzyć, że pozostajemy w przestrzeni pewnej nadziei): „Więc wróciłam do siebie. / Kiedy wnuk dziwi się, że to jakiś problem,/ czuję, że mogę wszystko: / śpiewać kadysz, chociaż jestem kobietą, / albo mantry po koreańsku. Jestem w domu”.

*

Absurd do bólu, przewlekły, obsesyjny, nie do wyleczenia i wyjaśnienia; poezja jako histeria powracających obrazów krwi, mięsa, bolesnych przeobrażeń, półludzkich a półzwierzęcych metamorfoz w świecie pretensji, żalów, urazów (Linea nigra). W świecie dziwnej i dzikiej samodzielności kobiet przedstawianych jako odrębny, egzotyczny gatunek – nie do nazwania przez narzucające się kulturowe ujęcia. Tak jakby nie było żadnych form gotowych na przyjęcie i opisanie kobiecości, neurotycznego fantomu krążącego w głowach mężczyzn, ciągle nieuchwytnego, stającego się od nowa i na przekór nie wiadomo po co – na jakie zatracenie, na jaki wściekły ból; bo przecież i tak nie zrozumianego przez żadne ustanowione wcześniej instancje czy struktury. Tu kobieta jest właściwie wieczną dziewczynką, nadświadomą, przejrzałą, wszystkowiedzącą, doświadczoną losem kobiet, które były przed nią; obarczona gromadzącym się przez wieki cierpieniem. Jest dziewczynką, bo nie urodziła („nasienie sięga, ale nie kiełkuje”), zawiodła oczekiwania, uraziła tym świat, a przede wszystkim matkę. Obraz kobiecości komplikuje się, gdy pojawiają się problemy z przekazywaniem genów, rodzeniem, kontynuowaniem kobiecego rzemiosła. Nie tylko kultura i jej schematyzująca opresyjność sprawdza kobiety (testuje archaiczną, anarchiczną, wręcz rebeliancką, kobiecość), kobiety sprawdzają się nawzajem, gubiąc i odnajdując w podsuwanych lusterkach. Matka sprawdza córkę, żąda, egzekwuje, wreszcie karze – to stały motyw wielu wierszy Izabeli Kawczyńskiej. A ze strony mężczyzn uniki i powierzchowne zainteresowanie, istota kobiecości nawet nie zostaje muśnięta empatią, bo być może z natury jest nieprzetłumaczalna. Poetka mnoży napięte do bólu czy krzyku obrazy (skojarzenia z malarstwem: z jednej strony przedwojenny ekspresjonizm, z drugiej Frida Kahlo), by coś chociaż pobieżnie przybliżyć, przetłumaczyć. Ale nie da się. I to jest najpiękniejsze w tej mrocznej poezji: Syzyf jest kobietą, która toczy kamień tożsamości, wiedząc, że nic nie będzie dotoczone, dopowiedziane. Permanentny proces mijania się rozżalonych inności, obcości wciąż trwa. I na to wszystko z pobłażliwych uśmiechem spoglądają umarli, szepcząc: „Jak nic nie wiedzą ci, którzy żyją. Jak wszystko im trzeba powiedzieć”. Dziecko-wiedźma, mówiące-cierpiące ciało… Wreszcie medium pośredniczące w misteriach toczących się między tamtym a tym światem.

Nie wiem, czego od lat z uporem szukam w tej poezji, tak „wsobnej”, jakiej wypatruję osobistej tajemnicy. Świat tak odległy od mojego, podobno męskiego, podobno racjonalnego, podobno… itd. Trwam w urzeczeniu: mieniące się tam zakrwawione, bolesne szkiełka działają hipnotyzująco. Kawczyńska, mówiąc o kobiecie, mówi o człowieku, zaprasza na braterski seans. Jeżeli zaufa się jej pokrętnym wizjom, to widzi się więcej, a przed patrzącym otwiera się przepaść, z której wyłaniają się hieratyczne, archetypiczne postacie – szybko odchodzącego, umierającego mężczyzny (męża?, ojca?) i matki, która „podaje mi niebo, małe i śmiertelne, / jej czarne mleko, jej kamień, jej”. Bo innego nieba prócz tego małego, rodzinnego piekła nie ma.


Karol Maliszewski

Ur. 1960 w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Prowadził warsztaty poetyckie w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Absolwent filozofii. Doktor nauk humanistycznych. Poeta, prozaik, krytyk literacki. W „Inter-” redaguje Przegląd literacki.

Reklamy