KAROL MALISZEWSKI – Sami faceci

a

*
Sporo wyjaśnia się (albo zaciemnia) już na wstępie; może za dużo, stąd potem konfuzja przy lekturze. Karta tytułowa wielkim głosem woła coś w stronę Jarosława Marka Rymkiewicza, natomiast motta wprowadzają niepokój w obrębie relacji między takimi kategoriami jak „pisarz”, „poeta”, „piszący”. W ujęciu Gawina na placu boju pozostał „piszący”, pracownik niszy, ktoś bardzo daleki od wieszcza czy profety, zupełnie nieinteresująca postać z punktu widzenia poważnej polityki kulturalnej czy mass-medialnego charakteru naszych czasów. I tu jest jakiś punkt styczny (sporny) z postawą Rymkiewicza, który, jak wiadomo, pisze nie tylko o kotkach, pieskach i zachodach w Milanówku, lecz także o narodowych racjach, krwi na czymś i po czymś, krzywdzie oraz bliźnie. Z czymś takim Gawin nie chce mieć do czynienia, aczkolwiek jeden element zostawił sobie do ewentualnego wykorzystania: zachód słońca. I wykorzystał, kontrastując urodę owego zjawiska z ostro brzmiącą, prowokacyjną „nazwą własną”: Kurwidoły. Nie wiedzieć czemu, przypomina się Nienacki i jego nieszczęsne Skiroławki; może chodzi o to, że niektóre teksty Gawina również nie stronią od śmiałego ujawniania erotycznej drażliwości.

Kiedyś „pisarz” czy „poeta” (kontrolowany przez instytucje odbiorcze, a przede wszystkim przez względnie zainteresowanego odbiorcę) musiał zważać na słowa, dzisiejszy „piszący” może pozwolić sobie na więcej. I sobie pozwala – tak tłumaczę tę niesamowitą atmosferę, wręcz fiestę, wolności w utworach Gawina. Nie znaczy to, że nie zważa na słowa. W tym swoim moralnym, społecznym i politycznym rozhukaniu tym bardziej zważa. Mało tego – ma się za „pracownika słowa”, kogoś dłubiącego w słowie, robiącego osobisto-społeczną lirykę ze znaczeniowych rezerw tkwiących w języku i ciągle czekających na tego typu odkrywców. Tak czytam motta z Tranströmera i Kępińskiego. Brzmią jak uwagi skierowane do czytelnika. Nie bądź pewny tego, co widzisz i jak słyszysz. Uważaj na pozory i obezwładniające schematy. „Piszący” w swym drobnym, ograniczonym zakresie wchodzi w retoryczno-poznawcze procedury zupełnie podobne do tych, które niegdyś towarzyszyły wieszczom i innym „życiopisańcom” – użycie języka nie pozostaje bez konsekwencji, „naraża na rany”. A z drugiej strony „piszący” jest zawsze więźniem dychotomii czy rozdarcia: widząc świat z perspektywy orła, jednocześnie ryje w nim nosem (jak kret).

Opowiadam o atmosferze lektury, wolnej i niewolnej, dalekosiężnej i przyziemnej, beztroskiej i uwikłanej. Silne wrażenia, bo tomik „silny”, wołający (jak się rzekło), gorący, polemiczny. Gawin nie da ci spokojnie przeczytać wiersza, będzie drażnił dopóty, dopóki nie zaangażujesz się po stronie, nie postawisz sprawy na ostrzu. A druga rzecz dotyczy wierszy samotnych. Jakże tu smutnych i bezradnych w stosunku do tych w szeregu, w cyklu. Widać dominującą chęć dopowiedzenia czegoś do końca, oświetlenia ze wszystkich stron – dłuższa narracja cykliczna, logiczny wykład racji odsuwa pojedynczy wybuch liryczny na dalszy plan.

Pozostaje zatem pytanie o to, czy trzeba znać poglądy autora, uprawianą przezeń publicystykę i zapisy blogowe, żeby rozumieć jego wiersze tak głęboko zanurzone w aktualnie przeżywanych kwestiach obyczajowych, środowiskowych, społecznych. Czy nie znalazłby się czytelnik oczekujący na pikantne przypisy i takież odsyłacze? Pewnie by się znalazł, ale moim zdaniem to raczej zbędne. Wiersze bronią się same, są autonomiczne w stosunku do „bieżączki”, aczkolwiek z niej wydają się wyrastać. Widocznie jest w nich coś ponadto, coś, co scala rozproszenie i rozgadanie. A tym czymś jest jedyny w swoim rodzaju język, sposób jego użycia przypominający niektóre rozwiązania „lingwistyczne”, lecz przełamujący ich hermetyczne ograniczenia, otwarty, dynamiczny i ludyczny.

Wątków poruszanych przez tak interesująco ustawiony język jest o wiele więcej. Niektóre mają posmak autoteliczny, krążąc wokół poezji i jej sensu, roli, znaczenia. Ten niepokój związany z warunkami współczesnej komunikacji literackiej wkrótce przechodzi na kwestię płci, relacji męsko-damskich, bycia w związku itp., fundując nam w efekcie znakomite teksty dotyczące komunikacji międzyludzkiej. Osobnego wglądu warte są wątki erotyczny i feministyczny, w intrygujący sposób podkreślone przez autora wyborem pięciu głosów żeńskich w posłowiu i na okładce. Zapał poznawczy i „głód prawdy” cechujący bohatera tych utworów na tym się nie kończy. Z pasją i szyderstwem – a może też niejaką nadzieją à rebours – przygląda się współcześnie możliwym warunkom komunikacji zachodzącej między człowiekiem a transcendencją (z zabawnie kąśliwym uwagami dotyczącymi pośrednika, kłopotliwej roli Kościoła).

Tomik zasługuje na więcej niż te pośpieszne, zdawkowe uwagi. Nie chciałbym, by ktoś odniósł wrażenie, że to kolejna pozycja dla polonistów lub kolesi, niszowy wykwit do odfajkowania. Mimo programowej dyskursywności ma w sobie coś jeszcze, specyficzną urodę, która powoduje, że najzwyczajniej w świecie można się w nim po prostu zaczytać.

*
Nowy zbiór wierszy Jerzego Kronholda (Skok w dal, Kraków 2016) składa się z dwóch części. Ta otwierająca książkę nosi tytuł Próby, a zamykającą zatytułowano Zjazd koleżeński. Początkowo czytelnika trochę dziwi to sąsiedztwo. Wydaje się, że po dojmujących przeżyciach przedstawionych w pierwszej części powinno zapaść milczenie, bo co można jeszcze dodać do już wypowiedzianej osobistej tragedii. Dziwić może to, że po próbach opisania żałoby udało się bohaterowi zdążyć na zjazd koleżeński, a najbardziej chyba to, że miał ochotę w czymś takim uczestniczyć. Oczywiście, poruszamy się w świecie określonym przez metafory i symbole, więc proszę nie brać tych wstępnych ustaleń zbyt dosłownie. Intencja autorska była o wiele głębsza, niż ją przedstawiam. Po prostu należało uporządkować tłoczące się, mieszające się ze sobą, wiersze, należało spiąć je wedle reguł przemyślanej kompozycji. W części pierwszej liryczne przypisy do wspólnego życia, choroby i śmierci ukochanej kobiety, zaś w drugiej dalsze wycieczki pamięci, wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Gdyby dominował bałagan, tak mocno nie uderzałaby owa wiodąca nuta. Słychać ją doskonale na tle perfekcyjnego porządku. Z opanowania i harmonii wyrywa się coś dzikiego, pierwotnego. Do głosu dochodzi czysty ból. Widać, jak się nad nim pracuje, jak w procesie lirycznej obróbki to i owo kiełzna, powściąga, tonuje – lecz to tym bardziej oddziałuje na współczującego czytelnika.

Nigdy nie miałem okazji poznać pani Kronhold, ale po lekturze wierszy czuję się tak, jakbym znał tę osobę i teraz razem z małżonkiem opłakiwał jej chorobę i śmierć[1]. Do tego doszło! Tak napisano te wiersze, a potem wykoncypowano ich układ, grę wzajemnych odniesień i napięć, że elementarna empatia zadziałała natychmiast. To miałem na myśli, wspominając, że poczułem się tak, jakby opłakiwanie dotyczyło również mnie; w tym sensie każda żałoba uniwersalizuje się, rozkładając swoje brzemię na wszystkich czujących uczestników aktu poetyckiej komunikacji. Wzrusza nie tylko wciąż wyznawana miłość, czułość dla wszystkich drobiazgów, które po zmarłej zostały, lecz również nieporadność pozostawionego, jego utrata kierunków i sensów, zaburzony obraz świata oglądanego do tej pory we dwoje. Jak trudno wraca się do swojej pojedynczości, do pierwotnego stanu samotnej monady. Stąd rozchwianie i jej sugestywne, wiarygodne obrazy. W znalezionych w komodzie żony paprochach widać chrabąszcza, który przewrócony na grzbiet „rozpaczliwie się wierci”. Tak czuje się i zachowuje sam podmiot – „ni tu ni tam / jak ja po twojej śmierci”.

Teraz już można wyjaśnić, czym są owe – w wielu kontekstach przywoływane – próby. Po pierwsze – próbuje się zawrzeć w słowach, które nie zawsze są skore do takiej współpracy, wspomniany ból po utracie najbliższej osoby, a po drugie – próbuje się wygrzebać z pamięci najmniejszy paproch, ślad wspomnień wspólnych przeżyć. Po trzecie – próbuje się poprzez doznany wstrząs rozpoznać w sobie głębszą, zadawnioną, traumę żydowskiego pochodzenia. Kto wie, czy trzeci wątek nie pojawia się w tej rozpaczy na zasadzie autoterapii – żeby nie zatracić się we własnym nieszczęściu, warto je ujrzeć na tle nieszczęść większych i nie do wyobrażenia (Próbuję to ułożyć wiele lat po Szoah).

Jest jeszcze jedno znaczenie „prób”, ujawnione w wierszu pod takim tytułem, utworze przerzucającym pewną wspólną treść psychiczną między jedną a drugą częścią tomu. W tym kontekście mowa jest o prywatnym zestawie „strasznych przejść”, formujących doznań przygotowujących bohatera do tego, co najgorsze, a co przeżywa właśnie teraz. Wiersz Próby kończy się podsumowaniem: „takie to były / twoje próby / okiełznania / żywiołów”. Pasmo wspomnień rozszerza się i zaczyna żyć własnym życiem. Powstaje cały cykl wierszy o najwcześniejszych doznaniach, stając się drugą częścią zbioru. Należy więc rozumieć Zjazd koleżeński jako układ rozpętanych aktualną żałobą to dotkliwych, to serdecznych i ciepłych przypomnień. Pożegnane jedno życie skłania drugie do pośpiesznych podsumowań, do wyciągania z zakamarków pamięci emblematycznych postaci, sytuacji, zdarzeń. Taki zjazd tego wszystkiego się odbywa…

W ramach Prób zaistniał tytułowy wiersz. Skok w dal okazuje się skokiem w głąb. Dal kojarzy nam się z odległością, przestrzenią, a tu bardziej chodzi o czas, o głębię wspomnień. W tym utworze widać jak na dłoni to podwójne zanurzenie – rozpamiętywanie odchodzenia ukochanej zaczęło obfitować w dalsze, jeszcze głębsze, paroksyzmy nagle poruszonej pamięci. Wspominanie wspólnego wyjścia do dentysty związało się z opisem ówczesnego spaceru bohatera, który odwiedził znajdujące się obok boisko szkolne. Arenę swojej sportowej młodości, i młodzieńczych marzeń, zastał w stanie całkowitego rozkładu. Pojawia się nostalgiczna metafora życia jako przestrzeni nigdy nie spełnionych tzw. „wstępnych założeń”. Planowany w młodości „skok w dal”, w nieznane i nęcące, w Bóg wie jakie perspektywy, nie udał się. Ale czy na pewno? Moim zdaniem, bohatera spotkało nawet więcej, niż sobie wyobrażał i tylko pozornie „tkwi w dołku / niedaleko zarosłej chwastami / piaskownicy”. Utwory z części zatytułowanej Zjazd koleżeński opisują niby zwykłe, a w gruncie rzeczy niesamowite, przeżycia, przygody, spotkania z ludźmi i ich tajemnicami. Mówi się o tym lekko, dowcipnie, nawet ironicznie, co nie przeszkadza temu, by nagle uderzyć w tony melancholijne, refleksyjne, gorzkie. Wraca się pamięcią do szkolnych lat (pretekstem zjazd koleżeński, w którym poeta uczestniczył), wspomina rodzinne wycieczki w okolicach Cieszyna czy Wisły, opisuje nastoletnie sympatie i miłości, przywołuje się barwne postacie w stylu Helmuta Kajzara, Kornela Filipowicza czy Jerzego Harasymowicza. Akcenty wyjątkowo mocno podkreślone w tej narracji padają na przeżycia dwunastolatka, który odkrywa przenikającą byt śmiertelność. Zaczyna się od karpia bitego tłuczkiem po głowie, a kończy na zwątpieniu ogarniającym Boga i świat. Niestety, ksiądz, któremu nieszczęśnik chciał zwierzyć się z tych rozterek, zainteresowany był jedynie tym, czy ten „bawi się ciulką”. Drugim momentem zwrotnym był wstrząs wywołany rokiem 1968, antysemicką nagonką i wypadkami marcowymi. O tym opowiada, dedykowany Adamowi Michnikowi, utwór, w którym przed opisami doznanego wstrząsu występują obrazy „miłych czasów poprzedzających tydzień długich noży”, żywej kultury studenckiej, jazzowej muzyki, koncertów, filmów i randek.

Dal, w którą się skacze, może mieć różne wymiary. Kronhold uczłowieczył ją, oswoił, „zintymizował”.  Jest to przestrzeń niepojęta tylko w tej części, do której nasza pamięć nie ma dostępu. Nad dostępnością można pracować. Między innymi po to pisze się wiersze, jak zawsze świadcząc o tym, że jakieś próby zostały podjęte. Trzeba przyznać, że ze znakomitym skutkiem.

*
Książkę Marka Lobo Wojciechowskiego (Krwiobieg, Poznań 2017) połknąłem wczesnym rankiem, nie znajdując ani jednej fałszywej nuty. Nie chcę powiedzieć, że autor ten śpiewa i moją piosenkę; już raczej to, że jakieś dwie wrażliwości są dość blisko siebie położone i rezonują. Mam na myśli rezonans, nie rezonerstwo. Tego drugiego nie ma tu wcale. Przychodzi w życiu człowieka taki moment, że w sposób naturalny opuszcza go chęć do używania sztuczek i ozdobników. Nie wiem, czy osławiona smuga cienia ma z tym coś wspólnego. W każdym razie widzi się samego siebie i rzeczy świata tego na tyle jasno, że nie chce się strzępić języka. Wypowiada się to, co niezbędne. Tak odbieram tę książkę. Pozamykało się wszystkie sprawy zbędne, zostało się sam na sam z mową konieczną. Zero rezonerstwa, czyste świadczenie. Nieprzegadane, powściągane aż do bólu. Ale ten ból jest rozkoszny, przywołuje dawne miary poezji, jej niezbędność. Całe morze papierowego gówna zostawiliśmy za sobą, teraz milczymy. I jeśli od czasu do czasu mimo wszystko coś wypowiadamy, to właśnie tak. Każdy wiersz w tej książce wydaje się czymś takim. Naznaczonym koniecznością jednorazowym aktem prawdy. Prawdy, która powstaje na przecięciu spontaniczności wyrazu i konieczności formy. Surowości i „wychodzenia na miękko”, bo każda foremka jakoś jednak zniekształca. Te wiersze mówią o możliwości opowiadania własnego życia bez zniekształceń i zmiękczeń, o drapieżności, którą trzeba zachować do końca – ze świadomością korygującej wszystko formy i wbrew niej. Stąd siła tej poezji, jej budowana na spięciu i sprzeczności dynamika. I choć w końcówce pada zdanie „sztuka jest umiejętnością wiarygodnego kłamstwa”, to brzmi obco w tak nacechowanym, męskim, rozliczeniowym, gorzkim krajobrazie.

Ta wypowiedź miała być krótka. Ale jakoś nie chce. Bez przerwy wyskakują następne wątki. Łapię je i chowam jak króliki do kapelusza. Niech czytelnik znajduje potem przyjemność w samodzielnym wyciąganiu. O jednym muszę jednak wspomnieć. Chropowatość życia, lecz i jego ciepło, tak są tu wiarygodnie oddane, bo podszyte miłością, wolą miłości. Ona spaja wiele rozproszonych wątków. Gdyby bohater tych wierszy w ten sposób miłości nie miał i nie opisywał, byłby jak cymbał, jak wielu prestidigitatorów słowa, pustych w środku. A tu rzecz jest czymś wypełniona, zaś smaczne gry słowne podszyte prawdą dokonanego, w zakresie uczuć i wartości, wyboru. Dobrze jest czasem zatrudnić język w imię jakiejś poważniejszej roboty. W imię życia. Ale trzeba to zrobić tak, jak Wojciechowski. Z wyczuciem, powściągliwością. Mimochodem. By ktoś pewnego poranka czy nocy natrafił na to i nie wyczuł fałszu. Wziął to za swoje. I poczuł się tak, jakby znów był blisko krwiobiegu.

__________

[1] Proszę wybaczyć uproszczenie i uzurpację, jednak niektóre z tych utworów w żałobnym paroksyźmie przełamują pakt o nieagresji ze strony czytelnika wszędzie wietrzącego autobiograficzność; tutaj siła przekazu tkwi właśnie w poczuciu obcowania z autobiograficznością i jej uwarunkowaniami.


Karol Maliszewski

Ur. 1960 w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Prowadził warsztaty poetyckie w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Absolwent filozofii. Doktor nauk humanistycznych. Poeta, prozaik, krytyk literacki. W „Inter-” redaguje Przegląd literacki.