KAROL MALISZEWSKI – Wokół tzw. realizmu

a

„Dzielenie włosa tam, gdzie nie powinno się go dzielić:
język jest dla poety wszystkim, rzeczywistością pełną i
skończoną”.

 

1.
Realizm w wierszach zawsze jest względny czy pozorny, jednak, czytając je, dzielimy doznawane obrazy (przepraszam za doraźny, toporny podział) na te namacalne, konkretne i te złudne, rodzące się w potencji języka, a nie w rzeczywistej energii stającego się istnienia. Łukasz Jarosz jest po stronie świata, jego energii udzielającej się bohaterowi; ziemia, światło, słońce, woda, deszcz itd. to nie są fantomy, to nie tylko brzmienia, to fakty godne przeżywania i zapisywania. Bez nich nie obejdzie się wiersz i bez nich nie obejdzie się człowiek piszący wiersz po coś – najczęściej po to, by coś z tej rzeczywistości zrozumieć, by zrozumieć siebie pośród rzeczy, doznań, innych ludzi. Bo dopiero zapisane umożliwia poznanie, podsuwa myśl scalającą czy ocalającą, dotyczącą miejsca na ziemi, sensu życia. W nowym tomiku Jarosza (Stopień pokrewieństwa) dużo tych śladów poznawczych, świadczących o wyciąganiu wniosków z przeżyć. Było tak i tak, przeżyłem to i to – teraz próbuję to zrozumieć, wpisać w jakąś formę sensu. A działanie to wydaje się mieć ogromne dla bohatera znaczenie, skoro nie zakłada się tu metafizycznej pociechy, istotnej roli „zdegradowanego Boga”. W wierszu Jednym tchem czytam, że  nie ma wieczności, zatem jest tylko to „tu i teraz” przeżywane w napięciu i uniesieniu, w paradoksalnym, ulotnym szczęściu. 

2.
Widok człowieka pracującego fizycznie, na swoim, będącego u siebie, na uboczu, przywołuje skojarzenia z innymi „poetami prowincji”, których wyjątkowo cenię (i do której to „szkoły” sam chciałbym się zaliczać). I na końcu świata można spierać się z Husserlem, szukając gwoździ niezbędnych do naprawienia gołębnika, przerzucając szuflą śnieg bądź kopiąc w ogrodzie. Przypomina się Wittgenstein i jego ucieczki od dyskursu: ozdrawiające powroty do rzeczy, do pracy rąk. Czytając Jarosza, pomyślałem o Krzysztofie Bieleniu, Michale Sobolu, Jacku Mączce, Zygmuncie Krukowskim, Zycie Bętkowskiej, Januszu Radwańskim. Ale pewnie jest ich więcej. Są to ludzie, mówiąc najprościej, którzy nie wstydzą się „opisów przyrody”, medytacji zza krzaka głogu czy tarniny. I to swoje splecenie z naturą pokazują w szerszej, humanistycznej perspektywie „ludzkiego zaścianka”, w którym przyszło im żyć.

3.
Już pierwsze słowa książki Joanny Roszak (Przyszli niedokonani) pokazują różnicę w podejściu do słowa: u Jarosza ono odwzorowuje rzeczywistość na sposób realistyczny, doprowadzając do filozoficznej konkluzji, natomiast u tej autorki od owej konkluzji się zaczyna, dopuszczając do języka jedynie cienie rzeczywistości. Powtarzam: są poeci wychodzący od sytuacji „rzeczywistych” i są poeci realizujący swoje przesłanie, mnożąc sytuacje – nazwijmy to roboczo – „językowe”.

Słowa z wiersza rozpoczynającego tomik – „za progiem przesiewamy ziarna zimy” – pokazują, że już jesteśmy wysoko na skali znaczeń, jesteśmy od razu w metaforze. U Jarosza i jemu podobnych byłoby coś w stylu: „Przesiewam zeszłoroczny owies, zostaje pył na rękach”, i ewentualnie w poincie pojawiłyby się „ziarna zimy”. W tych poetykach do metafory się dochodzi, ona jest efektem obserwacji i opisu. Roszak jest po stronie tych twórców, u których dochodzenie do prawdy i ruch języka odbywają się na poziomie nieustannej metaforyzacji.

4.
Zaglądam do nowego tomiku Bohdana Zadury: pewne fragmenty skłaniają do myśli, że jesteśmy bliżej żywej mowy. Komunikat poetycki jest wyprowadzany z tego, co się mówi i jak się mówi na mieście, na ulicy, w mediach. Bohater odnosi się do tego krytycznie, ale nie widzi z tego wyjścia, ta mowa go określa i zmusza do refleksji. I powoduje, że wiersz wydaje się publicystyczny, od razu stający po czyjejś stronie w rozszalałym społecznym sporze. U Roszak i Jarosza nie odczuwało się aż takiej presji określania się tego typu, doraźnego angażowania się. Można było się dopatrzyć sugerowania pewnych wartości, ale niczego więcej. Dlatego nowy tomik Zadury (Po szkodzie) może nie przypaść do gustu tym, którzy są za „dobrą zmianą”, którym blisko do postaw prawicowych, prokościelnych, nacjonalistycznych. Zadura pośrednio mówi o „szkodzie”, o tym, że do końca nie wiadomo, czy będzie mądry Polak po „szkodzie”, którą obecny rząd wyrządza w duchowo-moralnej warstwie struktury społecznej.

5.
Dla przejrzystości wykładu nową książkę Jerzego Jarniewicza można umieścić na przecięciu opisanych tendencji. Jest w niej coś z Roszak, jeśli chodzi o skłonności lingwistyczne, o nieufność względem zbyt usłużnego języka, o prześwietlanie słowa, które lawiruje między swoją oficjalną mocą a licznymi odsłonami prywatnymi czy intymnymi. I tutaj zbliżamy się do Jarosza: bardzo często punkt wyjścia monologu lirycznego jest sytuacyjno-konkretny; tu nie zaczyna się od metafory, ona może pojawić się uczepiona scenki, sytuacji, żywej obserwacji społecznej, cytatu z rzeczywistości. A cytaty z rzeczywistości są tu niekiedy, jak u Zadury, przefiltrowane przez retorykę mediów i prowokują bohatera do złośliwej reinterpretacji, ironicznej reakcji, reprymendy. I zauważmy, że w swojej najnowszej książce (Puste noce) Jarniewicz w niezwykle ciekawy sposób wszystkie te, i inne, warstwy zmieszał, uczyniwszy tłem najważniejszej opowieści – partnerskiej, miłosnej, rodzinnej.

6.
I wreszcie coś, co nazwać by można „kobiecym zatroskaniem” o stan świata. Było to już u Roszak, ale tam w mglistej, przypowieściowej formie, w pewnym ogólnym duchu etycznym. U Agaty Jabłońskiej (Raport wojenny) bardziej widoczne, namacalne: niemal dosłowna empatia dotycząca cierpiących ludzi i zwierząt, w ogóle cierpiącego istnienia, wciąż doświadczanego konfliktem i zbrodnią. Tu wspólna nuta z Jarniewiczem, który w niektórych wierszach powraca do motywów wojennych, ale jakby je przedrzeźniając; Jabłońska na to nie może sobie pozwolić, są to rzeczy najwyższej wagi, a jej ekologiczno-feministyczne zaangażowanie nie może na to pozwolić (poza tym matka rozumie ból innych matek). To jeden z wielu motywów wypełniających tę poezję (nie ograniczajmy jej tylko do tego), która nie chce być w dosłowny sposób zaangażowana – czyni to mimochodem w ogólnym zainteresowaniu światem, nastawieniu na drugiego człowieka.

7.
Co z tym realizmem? Czy koniecznie „ludzki” realizm (dość przyziemne i zwykłe poczucie rzeczywistości) trzeba nakładać na realizm „poetycki”? Nie powinno się tego robić. To była tylko mała próba, która od razu ujawniła swoją bezpodstawność i miałkość. Próba wyobrażenia sobie czytelnika chcącego zacząć przygodę z poezją i niemogącego przekroczyć tego pierwszego progu. Za którym nic, niewiele albo jednak coś, poczucie istnienia świata: topografia i ruch, przygody, postawy, wybory.


Karol Maliszewski

Ur. 1960 w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Prowadził warsztaty poetyckie w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Absolwent filozofii. Doktor nauk humanistycznych. Poeta, prozaik, krytyk literacki. W „Inter-” redaguje Przegląd literacki.

Reklamy