PAWŁO KOROBCZUK – 5 wierszy

1a

Widzieliśmy tak wiele

Widzieliśmy tak wiele, że chce się zamknąć oczy
żeby zamiast wzroku pracowała pamięć.
Tak można sobie wyobrazić, że nas czule łaskoczą,
gdy wspominamy, jak nas bili i jeszcze krwi plamę.
jak rozpływa się na koszuli i ogromnieje
jak oczy w strachu. Ta plama wciąż tu jest.

Widzieliśmy już tak wiele, że wszystkie rzeczy
słowa i ruchy są nieważne, ale szczere.
We wszystkim widać, nie ma co przeczyć,
powody do radości. Spokoju w nas od cholery
i to, że zarabiamy więcej (nawet bez ćpania)
nie stanowi podstaw do dupy urywania.

Przeszliśmy z tobą tyle, ze wreszcie moglibyśmy
popatrzeć na siebie jak po ciężkiej robocie na ręce.
Nie jesteśmy lekkomyślni, raczej lekko myślni
Nie każdy wyłapie tę małą różnicę.
Dla przeciętnego mózgu to jakaś abstrakcja.
Rozwinie go tylko przeżycie, nie jakaś kombinacja.

Widzieliśmy tylu, że może i nikt nowy już nie przyjdzie.
Powitanie to przysługa, ale, jak dla mnie, niedźwiedzia.
Pisze wiersze dlatego, że trochę się boję ludzi
Wstydzę się to, co myślę, w cztery oczy powiedzieć,
Chcę po prostu być gdzieś obok jak wyschnięta soczewka
Jak cisza w cerkwi, gdy chór przestanie śpiewać.

Widzieliśmy tak wiele, że nie wiemy, jak mogło się zdarzyć
że razem z pęcznieniem pamięci nie zestarzało się ciało
jak każdy inny mechanizm. Ludzie powinni się starzeć
już w tej chwili, gdy pierwsze na świecie ujrzą światło.
Bo, urodzić się to z grubsza, słuchajcie pospołu
jakby już wykonać sto procent normy tego łez padołu.

My tak skrupulatnie sprawdzaliśmy czyny i słowa
i tak przejmowaliśmy się i słowem, i czynem
że wiemy:  dopóki nasze ślady zbiegają się oba.
nie zmyje ich żadna fala., nikt nie będzie winny.
Czuję, że nawet po latach nie zostanę sam,
choćby tlenu na parę minut miało starczyć nam.

Zobaczyliśmy za dużo. Chyba nam to wybaczą
I wybaczą nam też, że niczego nie widzimy.
W powodzi informacji, poszukiwaniu znaczeń
lepiej czasami bywać prymitywem.
I rozumiem już, że trzeba się więcej całować,
choćby z raną, na której bandaż i gaza jałowa.

 

głowa dowódcy

………………………poświęca się Pawłowi Skrzetuskiemu, który jest człowiekiem z krzyżem na plecach i aniołem.

Nie pod niebem śmiertelni, ni na ziemi
Nie w swojej pościeli, nie w trumnie
Nie w popiele, nie z robakami w ziemi
Śmiertelni w muzyce, a i w niej – nie

Wasyl Herasymiuk                       

ziemia zawsze pali się zielenią
tak wychodzi energia ludzi, którzy w nią weszli
zielone pola niewymówionych fonemów
zielone pola matczynych piersi

leży w ziemi i nie skrzepnie zielona kra
a dusze tłuką się o chmury, zamiast nieba – sińce
żywi szperają w trawach, jak w nieprzeczytanych książkach
chodzą łowić dusze rękami, jak łowi się ryby w rzece

ty z czerwonym krzyżem na grzbiecie i aniołem
szukasz nie duszy, a dowódcy głowy
łowisz jego akcent, ostatni fonem
wśród martwego stugłosia, na niemym ostrowie

dowódca, od którego zapalały się zapałki
dowódca, co podle tych trzech buczków się zgubił
śmierć zawsze chodzi koło lewej ręki
a wieczność nosi na prawym przegubie.

w trawie, co płonie, znajdziesz strzępki włosów.
jak pierze co je zgubił pożerany ptak
i ciebie też nieomal wciąga to stogłosie
kole serce i pole. Urzęduje strach.

Zielony ogień płonie aż po kraj ziemskiego koła
głowy dowódcy nie opłaczesz w trumnie
głowa nie w ziemi, robakach, ani nie w popiołach.
idziesz do rzeki umyć ręce. ociekają ogniem.

woda zawsze płonie niebieskim płomieniem
to wycieka energia powierzonych jej ciał
niebieskie jeziora z kołami jak od kamienia
niebieskie jeziora odbijają jedną twarz

dalej będziemy przeczuwać ich życia.
wejdą w męskie sny i poproszą o papieros
do kobiecych wejdą, żeby płodzić dzieci
kobiety żeby odmówić, nie zdołają się przemóc

 

Ja na pewno nie umrę

Ja na pewno nie umrę. Nie ma takiej możliwości.
Cudza śmierć – jak spotkania dwóch znajomych się zdarza.
Ciągle na sucho uchodzą mi choroby. Tylko w oczach tyle wilgoci,
i po ulicy chodzę chwiejnie, jakbym się uczył chodzić
po każdej podłodze idę jak po pokładzie marynarze.
I dzień się staje dobry, rok dobre plony rodzi.
Widząc w tym kraju oznakę wolności choć jedną
można dzwonić po karetkę pogotowia, albo po więzienną.

I każdy przypomina sobie te smutne, trudne momenty
I każdy staje się jak poleskie lasy, mądrym i milczącym
Człowiek – to potyczka i zlepek niezliczonych elementów
Przez te sprzeczności, nie da się dosięgnąć wzoru,
A żeby być w stanie dosięgnąć  nowego
ciągle jesteśmy gotowi do nowego przełomu.
Kiedy czekoladopodobne są wszystkie słodkości
to ból nabiera posmaku wolności.

Śmierć ożywa tylko wtedy, gdy umieramy.
Przez resztę czasu się dopytuje, co u nas dzieje się
Wymyśliliśmy raje, żeby grozić jej rajami,
Raj istnieje, bo powietrze to przenicowane płuca
bo wywrócona na lewą stronę wiosna to jesień
Więc kiedy ktoś umiera, na lewą stronę się wywraca
w przenicowanego siebie, w nieświadomość
jak ja, gdy jadę metrem prosto, prościutko do domu.

Niebo to dziś nie niebo, to dziurawy materac wodny
Idę na metro ze szpitala powoli jak płyta tektoniczna
Ten ból nie przeszkodzi mi przejechać tysiąca tras wygodnie
W nich, jak w nocnej modlitwie, możliwe jest rozgrzeszenie
o jakim do ucha szepce nam ktoś wieczny
i każda stacja w plac Kontraktowy się zamienia
Podróże omywają mnie jak jakiś rzeczny kamień
a ja tak naprawdę jestem ciągle w miejscu tym samym.

Czasem, gdy ból jest silny, szkoda, mi że nie cały czas
Bo chciałoby się, żeby mnie doświadczyła pełność
Ale ktoś wieczny mówi mi: „Zaraz.
Tak, jak w morzu wszystkie fale wyglądają jednostajnie
jak połączenie mądrości z szaleństwem jest doskonałe,
tak i twój ból musi stawać się zwyczajny.
Dlatego darmo rośnie drzewo na moją trumnę
Ja przecież na pewno nigdy nie umrę.

 

kajfuj kajfuj

– What are fucking is that supposed to mean?
– It’s poetry. Poetry of war.

Velvet acid Christ

wczoraj na cmentarzu Bajkowym o mało co nie zapłodniłem
najpierw ona pomazała sobie zęby czarnym lakierem
     potem słuchaliśmy muzyki Jana Sebastiana Bucha
         i kiedy szepnęła, że chce, żebym jej zrobił aborcję
                  odszedłem od niej, rozczarowując wszystkich miejscowych podglądaczy
                                                i długo siedziałem przy mogile Stusa

życie to taniec striptizera za śmiertelnym zakończeniem
to bezkontaktowa walka specnazowca z chińskimi smokami
to autorskie kino na  chwilę przed przełomową premierą
            i ta młoda gotka też to czuje
ona umiera zapamiętale wśród tych cierpień i przyjemności
ona wie, że nasze wydarzenia dzieją się z nami totalnie
             bezmyślnie podstawiamy im swoje bukłaki
                               pełnią ogranicza się dopływ krwi i spokoju
                                       do ośrodków w mózgu

tak rozmyślałem siedząc koło mogiły Stusa

czasem nasze skryte marzenia
rujnują stosunki z bliskimi ludźmi
                                          z krajem w jakim urodziłeś się i przez który umarłeś
                                          z cudzą erekcją
                                          z otoczeniem które wszystkiego najlepszego życzyło takim stosunkom
                                          z podglądaczami czy z KGB

nasze skryte marzenia
czasem łamią nam ręce
przystawiają pistolet do policzka
i zmuszają do handlowania narkotykami
rozpowszechniania wywrotowej literatury

zatem rozumiesz młoda gotko
                      która zajmujesz się czymś nie takim
i wiesz że żeby zacząć się zajmować czymś takim jeszcze nie jest w twoim wieku za późno
ale nie możesz przestać wariować od tej ciemnej energii
                nie możesz nie odlatywać od uświadomienia wewnętrznego terroryzmu
                                      nie możesz odkochać swojej prawdziwej ojczyzny

 

Zmiłuj się nad nim, Ojcze

zmiłuj się nad nim, Ojcze
on nie tak jak trzeba zrobił
wpierw kubek okleił skoczem
a potem dopiero rozbił

nie odwracaj od niej twarzy
wysłuchaj modlitwy nasze
przegapia przystanek, bo marzy
do pętli dojeżdża zawsze

racz prośby nasze przyjąć
by szanse ostatnie się splotły
niech kawę w tym kubku piją
siedząc gdzieś razem przy pętli

przeł. Janusz Radwański. Tłumaczenia pochodzą z książki, która zostanie wydana przez „Tłocznię Ach jo” w 2018 roku.

Pawło Korobczuk

Ur. 1984 w Łucku. Ukraiński poeta, muzyk, dziennikarz.. Studiował orientalistykę na Kijowskim Uniwersytecie Narodowym im. Tarasa Szewczenki. Autor książek poetyckich: Natszczenebo (2005), Ciłodobowo (wspólnie z B. Horobczukiem i O. Kocarewem, 2007), Kajfołohija (2010), Dynozawr (2011), Merechtiło (2013), Kameňolom (przekład na słowacki, 2013), Pôžitkológia (przekład na słowacki, 2015), Chwoja (2017), zbioru opowiadań Swjaszczena knyha hopowidań (2014) i powieści More dla szulhy (2012). Laureat nagrody im. Nestora Kronikarza (2016) i nagrody im. Neczerdy (2017). Zwycięzca dwudziestu slamów. Gra na perkusji w kilku zespołach, tworzy muzykę elektroniczną (album HOROBRO, 2016). Stypendysta Literaturwerkstatt Berlin (2009), uczestnik festiwalu Miesiąc spotkań autorskich (2015). Występował w Pradze, Berlinie, Moskwie, Mińsku, Krakowie, Wrocławiu. Mieszka i pracuje w Kijowie.


Janusz Radwański

Ur. 1984. Wydał książki z wierszami: Księga wyjścia awaryjnego (2012), Chałwa zwyciężonym (2013) oraz Kalenberek (2017). Opublikował trochę wierszy i przekładów z ukraińskiego w prasie literackiej. Prowadzi w miesięczniku „Salon Literacki” rubrykę poświęconą poezji ukraińskiej. Jest współtwórcą audycji Wszystko jest folkiem w radio Studnia. Folkowy basista i harmonijkarz ludowy. Na co dzień pracownik Działu Etnograficznego Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej. Ojciec Hani, Franka, Łucji i Kaliny. Mieszka w Kolbuszowej Górnej, na Kalenberku.

Reklamy