RUMENA BUŽAROWSKA – Ojciec

1a

Nasze dziecko urodziło się we wrześniu. Kiedy już musiało ze mnie wyjść, nie chciało; urodziło się tydzień po terminie. Długo nie umiałam dojść do siebie – nie pamiętam dokładnie jak długo – wiem tylko, że kiedy mi go przynieśli, czułam jedynie zmęczenie połączone z jakimś dziwnym niepokojem, do tego doszły jeszcze inne nieprzyjemne uczucia. Pomyślałam sobie, że to musi być znak. Znak, że relacje między nami nie będą najlepsze, jak to powinno być między matką a synem.

Wcisnęli mi go do rąk i popatrzyłam na niego. Był zawinięty jak naleśnik. Jego twarz była sinawa i pognieciona jak u starca, który się dusi. Oczy miał wodniste i puste, błądzące. Nie było w nich niczego poza moją wodą, która karmiła go przez dziewięć miesięcy. Nieskładnie poruszał ustami, nie wydawał żadnego dźwięku oprócz mlaskania. „Przystaw go do piersi”, powiedziała pielęgniarka, więc zrobiłam to i po raz pierwszy poczułam, jak mnie ciągnie, jak mnie ssie, i przez cały czas, dopóki go nie odciągnęłam, czułam się tak, jakby doił mnie mały kosmita.

Tego samego wieczoru mój mąż zrobił imprezę. Zaprosił wszystkich krewnych i przyjaciół do nas do domu na mekicę*,  tak jak należy. W sumie przez nasze mieszkanie przewinęło się ponad pięćdziesiąt osób. Deptali butami, wchodzili do mojej toalety, sikali a może nawet załatwiali się w mojej muszli. Na pewno któryś z nich otworzył szafkę za lustrem, grzebał w moich kosmetykach i perfumach, przeglądał moje przeterminowane podpaski i tampony. Rozrzucali ser po nowej wykładzinie. Deptali po nim, a tłuszcz wbijał się głęboko we włókna. Mój kuzyn Žarko pewnie stał w przedpokoju, przed wejściem do toalety, i czaił się na kobiety które wychodziły ze środka, głośnio skrzeczał, próbując zachwycić je swoim nijakim poczuciem humoru. Mój mąż grał na gitarze, a między piosenkami pił na zdrowie, rozlewając rakiję na wszystkie strony. „Pierworodny syn”, krzyczeli wszyscy, oraz „Brawo, jesteś mistrzem”.

Podczas gdy to się działo, leżałam sama, osłabiona i rozdarta w szpitalnym łóżku, próbując zasnąć, ale ciągle wciskali mi do rąk syna, który już od pierwszego dnia dużo płakał i ciągle był głodny. Węch i smak były jego najbardziej rozwiniętymi zmysłami. Miał tylko jeden instynkt – chciwie pić. Marszczył nos, zanim się przybliżył do piersi, wydymał usta i wdychał wszystko, aż zapchał się moją brodawką. Robił to samo, kiedy przynieśliśmy go do domu. Budził się co godzinę, chcąc ssać pierś. Kiedy już się napił, kładłam go do łóżeczka i kołysałam. W chwili, kiedy przestałam go kołysać, zaczynał krzyczeć. Przeczytałam na forum dla matek o pewniej metodzie usypiania – zostawia się niemowlę, żeby krzyczało i płakało, aż się nauczy, że nie ma nikogo, kto by przyszedł, aby wziąć je na ręce, kołysać, i w ten sposób w końcu zaśnie samo. Więc zaczęłam go zostawiać, aby krzyczał. Kładłam się do łóżka, a on krzyczał w sąsiednim pokoju. Nа początku mój mąż się nie budził, kiedy syn płakał. Ale wkrótce zaczął się budzić. Widziałam, jak otwiera jedno oko i przygląda się, jak wychodzę z pokoju. Wkrótce przestałam wstawać z łóżka, kiedy słyszałam płacz. Więc mąż sam zaczął przynosić mi syna. Często mówił: „Kochanie, zostań sobie w łóżku, przyniosę go”, pojawiał się rozczochrany, śpiący, z dzieckiem na rękach i powoli przystawiał go do piersi. „No już, przestań płakać”, mówił cicho i łagodnie, głaskał nas oboje po twarzach.

Kiedy zaczęłam zostawiać małego, żeby płakał w sąsiednim pokoju, gdy tylko kładłam go do łóżeczka, mój móż przenosił się do pokoju dziecięcego. Nocą przynosił mi dziecko do karmienia, gdy spałam. Po pewnym czasie zupełnie przestałam go słyszeć.

– Macierzyństwo to cudowna sprawa – mówiły mi inne matki, moje przyjaciółki. – Gdybym wiedziała, że tak będzie, dawno temu zostałabym matką. Nie wiem, czemu czekałam tak długo – mówiły między sobą.

– Nie ma nic piękniejszego, niż gdy poczujesz, jak ssie pierś – mówiły błogo, patrząc jedna na drugą.

– Już w momencie, kiedy się rodzi, czujesz, że jest częścią ciebie – wzdychały, a mnie opanowywała coraz większa panika.

– Chciałabym mieć jeszcze jedno, ale nie wiem, czy będę miała dla niego czas. Aniu, dlaczego nie rodzisz jeszcze raz, dopóki Luka jest mały? Wtedy miałby braciszka albo siostrzyczkę, z którą mógłby się bawić, masz męża jak z bajki. Spójrz na mojego… w domu nie kiwnie nawet palcem. Dlatego nie zamierzam mieć kolejnego dziecka.

To prawda, mój mąż ciągle trzymał Lukę na rękach, a ja zwykle w tym czasie leżałam na kanapie i oglądałam seriale w telewizji. Kiedy Luka przestał budzić się w nocy, zaczęłam dużo spać. Co jakiś czas musiałam wystawić pierś, żeby go nakarmić, ale przestałam robić nawet to.

„Zobacz, jaki jest słodki” – bez przerwy powtarzał mój mąż. Przynosił mi go, kiedy leżałam, i kładł mi go na kolanach. „Przesłodki jest” – powtarzał. Luka był grubym dzieckiem, pewnie przez moje mleko. I przez te kilka razy, gdy trzymałam jego ciężkie jak kula armatnie ciało, moje ręce stały się masywne i umięśnione niczym u jakiegoś kulturysty. Potem, kiedy go nakarmiłam, próbowałam trochę go trzymać, bujać na kolanach, śmiałam się podobnie, jak to robił mój mąż. Luka wierzgał, machał rękami, śmiał się, chociaż nie robiłam nic konkretnego. „Widzisz, jak bardzo cię kocha” – powtarzał mój mąż za każdym razem, kiedy Luka bawił się na moich kolanach. Wiedziałam, czemu tak mówi, ale nie pomagało mi to.

Mój mąż rzadko tracił panowanie nad sobą i zachowywał się stanowczo. Jakby powiedziały moje przyjaciółki, on „dawał mi ogromne wsparcie”, a ja byłam „bardzo szczęśliwą kobietą”. Tylko jeden raz zdarzyło mu się przy mnie pęknąć. Oglądaliśmy zdjęcia. Zrobił je mój mąż Luce ubranemu w jakiś kostium dla niemowląt, który był na tyle ciasny, że ostatni guzik musiał pozostać rozpięty. „Patrz jaki pulpecik”, powiedział do mnie mąż i radośnie się zaśmiał. Na jednej fotografii Luka wygląda groteskowo. Ma szeroko otwarte usta, z których wystają mu dwa przednie, krzywe i rozdzielone zęby; uśmiecha się i wystawia język. Na co dzień ma szeroki nos, ale teraz jego nozdrza wyglądają jak małe jaskinie. Mruży oczy, ma uniesione brwi jak joker. Klaszcze w ręce ze szczęścia.

– Jak hipopotam – powiedziałam do męża. On tylko przełknął ślinę i spojrzał na kolejną fotografię. Byłam tam ja. Trzymałam Lukę.

– A ty jesteś… a ty jesteś jak… – głos mu zadrżał, zanim zamilknął. – Czy musisz go na wszystkich zdjęciach trzymać na odległość ręki? – zaczął przeglądać zdjęcia. Na wszystkich miałam ten sam zastygły wyraz twarzy, trzymałam Lukę przed sobą na wyciągniętych rękach, jakbym miała go komuś dać. A biedny Luka się uśmiechał.

„Wszystko staje się trudniejsze, kiedy dziecko zaczyna chodzić”, przyznawały również inne matki. Wtedy zaczęłam jeszcze bardziej chudnąć i zasypiać przy pomocy tabletek nasennych, ponieważ poziom hałasu u nas w domu stał się nie do wytrzymania. Kiedy tylko Luka zaczął chodzić, mój mąż zaczął szaleć. Zaczął uderzać po wszystkich stołach, jakby był bębniarzem. Uderzał palcami, łyżkami i długopisami – czymkolwiek, co wpadło mu w ręce. Luka piszczał ze szczęścia, kiedy mój mąż trzaskał. I otwierał szeroko usta, a wtedy mąż wsadzał mu kęs jedzenia do środka. I obaj zaczynali krzyczeć. Mój mąż był tak zachwycony krzykami Luki, że zaczął uderzać po wszystkim, nawet kiedy Luki nie było w domu. Siedząc przy biurku, nagle zaczynał stukać. Każde jego stuknięcie było jak cios bezpośrednio w tył mojej głowy.

Mój mąż także stuknięciami wabił Lukę, aby ten podreptał w jego stronę. Potrafił siąść ze skrzyżowanymi nogami na drugim końcu pokoju. Brał do ręki plastikową zabawkę Luki, na przykład jakąś ciężarówkę albo buldożer, oraz dwa flamastry i zaczynał stukać po ciężarówce. Luka najpierw popiskiwał z radości. Niepewnie stawał na nogi, które były tak grube i koślawe, że nie wyglądało na to, by kiedykolwiek miał zacząć chodzić. Powoli zaczynał dreptać w kierunku mojego męża. Pomagał sobie, chwytając się kanapy czy stolika, i kiedy zbliżał się do jakiegoś przedmiotu, łapał go i rzucał go na podłogę. Roznosił wszystko przed sobą. Kiedy tylko obracał się na lewo lub na prawo, coś spadało na podłogę i mój mąż chichotał, a Luka piszczał. Sprzątałam, kiedy się kładli. Zawsze, kiedy się schylałam, aby coś podnieść, zaczynałam czuć pulsujący ból głowy.

Wkrótce ból głowy pojawiał się coraz częściej i przybierał na sile. Zaczęło się, kiedy mój mąż nauczył Lukę biegać po domu. Nigdy nie miał w zwyczaju zbyt często wychodzić z domu. Był astmatykiem i zdawało się, jakby bał się świata na zewnątrz. A kiedy Luka zaczął biegać, był grudzień, powietrze na zewnątrz było gęste od smogu i mgły. W wiadomościach ostrzegano rodziców, żeby nie wychodzili z dziećmi z domu, to samo dotyczyło astmatyków. W ten sposób mój mąż w ogóle przestał wychodzić na dwór. Luka, jak pies, nie miał gdzie się wybiegać. Z tego powodu biegał po salonie cztery razy dziennie: rano, jak wstawał, około południa, o szóstej po południu i o wpół do dziesiątej przed snem. Mąż gonił Lukę, który wrzeszczał ze szczęścia i biegał na sztywnych nogach, a jego ciało kołysało się jak wskazówka metronomu. Tup, tup, tup, tup, tup, tup, tup – kroki, niczym uderzenia małej maczugi, dźwięczały po mieszkaniu i w  mojej głowie.

Kiedy mojego męża nie było w domu i zostawałam sama z dzieckiem, ono znowu biegało tam i z powrotem niczym małpa w klatce, wydając tę same dźwięk jak podczas biegania z moim mężem, chociaż go nie goniłam: gardłowe podekscytowane ryczenie. Kiedy byliśmy sami, krzyczał coś podobnego do: „usiii-usii”, jakby w coś się bawił. Całe mieszkanie trzęsło się tak, jakby w środku biegał mały słoń. Poczułam erupcję bólu w głowie. „Musi się wybiegać”, mówił mój mąż, jakby Luka był psem. „Inaczej będzie miał problem z zaśnięciem. Zobacz, jest pełny zdrowia i rozpiera go energia! niczym małego Herkulesa!”, mówił coraz głośniej i oczy błyszczały mu z radości.

Pewnego dnia mój mąż był w delegacji i Luka biegał sam, zanim położyłam go spać. Siedziałam w łazience z otwartym kranem i napełniającą się spłuczką, żebym nie musiała go słyszeć.

Kiedy wreszcie się napełniła, weszłam do salonu i zobaczyłam Lukę, jak siedział na podłodze i uderzał plastikowego człowieczka po głowie drewnianą kostką. Zadzwonił dzwonek, a Luka spojrzał na mnie. Policzki miał czerwone i coś wystawało mu z nosa.

Przed drzwiami stała jakaś kobieta w okularach i z burzą pomarańczowych loków.

– Dobry wieczór, jestem sąsiadką z dołu – powiedziała, i w ogóle nie dała mi nic odpowiedzieć. – Na pewno wcześniej mnie Pani nie widziała, prawda? – zapytała. Pokiwałam głową. Myślałam, że nikt pod nami nie mieszka. Nic nie słyszałam i nigdy nie widziałam, żeby ktoś stamtąd wychodził, a w szczególności z taką fryzurą.

– Przez to, że rzadko wychodzę z domu. Przyszłam dopiero teraz, bo przez długi czas starałam się mieć na uwadze to, że macie małe dziecko. Ale już więcej nie jestem w stanie wytrzymać. Naprawdę jesteście państwo za głośni i chciałabym prosić, żebyście przestali biegać po mieszkaniu. Wszystko u mnie słychać. Nawet wazony na półkach mi się trzęsą. Naprawdę stało się to nie do zniesienia. Chciałabym państwa poprosić, żebyście byli ciszej – powiedziała na jednym wdechu.

Przytaknęłam głową.

– Przepraszam – wymamrotałam. – Będziemy ciszej.

– Dziękuję. Wiecie, naprawdę jesteście hałaśliwi, inaczej bym się nie skarżyła. Ponad rok jesteście głośni, a ja do dziś to wytrzymywałam – mówiła dalej podniesionym głosem.

– Przepraszam jeszcze raz. Powinna była pani wcześniej o tym powiedzieć. Nie wiedzieliśmy, że ktoś pod nami mieszka.

– No, tak, ale próbowałam być tolerancyjna, wiecie… i byłam tolerancyjna! – nagle wykrzyczała.

– Tak, owszem. Przepraszam – powiedziałam jeszcze raz i cofnęłam się.

Ona nie ruszyła się, ale stała jakby większa i nachylała się nade mną, chociaż wiedziałam, że stoi w tym samym miejscu. Wykrzywiła usta tak, jak gdyby miała zacząć płakać.

– Niech pani wybaczy – powiedziała przyciszonym głosem – zajmuję się pracą intelektualną. Niemalże ciągle jestem w domu, ponieważ tam pracuję. Piszę książki, jestem naukowcem. Potrzebuję ciszy i spokoju – przerwała i przełknęła, a potem zaczęła mówić głośniej. – Dlatego zamieszkałam na tym osiedlu. Ale już więcej nie jestem w stanie wytrzymać. Naprawdę musicie podjąć jakieś działania. Nie tylko uderzacie wszystkim, co wam wpadnie w ręce, nie tylko ciągle krzyczycie – mówiła, a jej drobne pomarańczowe loki poruszały się z każdym słowem – ale ostatnio też zaczęliście biegać. Ja panią proszę, kto pozwala dziecku biegać po domu, jakby było psem? Nie moglibyście wyjść na dwór? Nawet psy biegają na zewnątrz! Czy nie macie wielkiego podwórka szkolnego trzydzieści metrów od budynku? Czy dziecko nie może wybiegać się przed wejściem? Dlaczego musi to robić w domu? Myśli pani, że dziecko jest szczęśliwe? – jej głos stawał coraz bardziej piskliwy, donośniejszy, opluła mnie kilka razy. Od korytarza odbijały się jej krzyki. Poczułam się tak, jakbym utknęła w muszli. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, słyszałam dudnienie w uszach, głowa mnie bolała tak, jakby ktoś wbijał mi śrubokręt w ucho.

– Dziecko nie może biegać po domu! – ciągnęła dalej, teraz już naprawdę krzycząc. – Jest mu potrzebna przyroda! To, co robicie, jest nieludzkie nie tylko w stosunku do mnie, ale też i do niego! Cztery razy dziennie mam w domu trzęsienie ziemi, a przez resztę dnia wstrząsy, trzaski i krzyki. Cztery razy dziennie bieganie, cztery trzęsienia ziemi na dzień, proszę pani, ja już nie mogę!

W tym momencie dobiegł do mnie Luka. Jak samochód bez kierowcy uderzył w moją nogę i złapał się za kolano. Krzyknął: „A?”. Robił to zawsze, kiedy widział kogoś nowego. Uśmiechnął się i spojrzał na sąsiadkę. Zrobiła okrągłe oczy.

Strząsnęłam go z nogi. Wymierzyłam mu jeden policzek. Następne jeszcze jeden. I jeszcze jeden. Luka milczał i patrzył na mnie, z nosa zaczęła mu ciec strużka krwi. Spojrzałam na sąsiadkę. Jej twarz wydłużyła się i pobladła, jak gdyby stała się innym człowiekiem. W mig nastała całkowita cisza i głowa przestała mnie boleć.

_______________

* Mekica – ciasto drożdżowe smażone w głębokim oleju [przyp. tłum.].

przeł. Arkadiusz Granos i Elena Micevska-Zmejkoska

Rumena Bužarovska

Autorka trzech zbiorów opowiadań: Čkrtki z 2006 roku, Osmica z 2010 i Mojot maž (Mój mąż) z 2014. Jest również tłumaczką z języka angielskiego na macedoński. Do tej pory tłumaczyła autorów takich jak: J. M. Coetzee, Lewis Carroll, Truman Capote, Charles Bukowski i Richard Gwyn. W 2016 roku została wybrana jednym z dziesięciu ,,Nowych głosów Europy” w konkursie organizowanym przez Literary Europe Live. Jest organizatorką i jednym z inicjatorów programu PičPrič promującego opowiadania kobiece, prowadzi również program radiowy pod tą samą nazwą. Na Uniwersytecie w Skopje wykłada literaturę amerykańską.


Arkadiusz Granos

Ur. 1994. Student filologii słowiańskiej z językami kierunkowymi chorwackim i macedońskim na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Brał udział w letniej szkole języka macedońskiego, która odbyła się w Ochrydzie. Interesuje się literaturą chorwacką, bośniacką i macedońską, a także folklorem i historią terenów Półwyspu Bałkańskiego.


Elena Micevska-Zmejkoska

Pochodzi z Macedonii, w Polsce pracuje od ponad pięciu lat jako lektor języka macedońskiego w Instytucie Filologii Słowiańskiej na Uniwersytecie Śląskim. Ukończyła macedonistykę w Macedonii oraz filologię polską na UŚ w Katowicach. Interesuje się językiem polskim i literaturą polską. Tłumaczy literaturę polską na język macedoński i vice versa.

Reklamy