TIM HORVATH – Planowanie przestrzenne: studium przypadku numer jeden

1a

Burmistrz Morrisanii wydał zarządzenie, zgodnie z którym mieszkańcy nie będą już musieli zmagać się z plagami deszczu. Niesiony za pomocą fal dźwiękowych głos, określony przez ekspertów „faszystowskim… w dobrym tego słowa znaczeniu”, zabrzmiał tak dźwięcznie, jakby oburzenie było instrumentem strunowym; szarpał, wyginał się, sugerował nieintuicyjne donosicielstwo. – W którym wieku my żyjemy – zagrzmiał – że wciąż muszę jeszcze myśleć o tym co założę, zanim przekroczę własne drzwi, ze strachu przed zmoknięciem do suchej nitki? Czyż nasze głowy nie mają nad sobą dachów? Czyż daszki nie wystają znad naszych drzwi wejściowych aż po krawężniki? Czy musimy się wciąż dostosowywać do zachcianek przestarzałych bogów i bogiń?

W całym mieście natychmiastowo rozpoczęło się budowanie, z fanfarami i postanowieniem wszystkie-ręce-na-pokład. Babcie gotowały na wolnym ogniu cudowne zupy, ocalając bliskie zapomnieniu kości od stosów śmieci. Ekipy budowlane oddelegowały tych najbardziej muskularnych, olśniewających w kolorowych T-shirtach, obnoszących się ze sloganami łatwymi do zapamiętania. Uliczni artyści grali z odnowioną energią, wyrzucając pot i sokoły w kierunku nieba, fałszując własne podpisy fosforyzującymi smugami kondensacyjnymi. Filozofowie nakryli stoły, przy których rozważali w żywy i energiczny sposób o przesłankach i konsekwencjach całego przedsięwzięcia, debatując, na przykład, czy to otwarta czy zamknięta forma parasola jest bardziej autentyczna i fundamentalna. Zamknięta była geneza, choć samo jej istnienie miało znaczenie tylko w kontekście otwartego; ci bladzi intelektualiści nigdy jeszcze nie byli tak blisko bójki. Szkoła była zamknięta: który nauczyciel, niezależnie od tego, jak bardzo nie byłby pomysłowy, mógł zdobnie opowiadać o korzeniach kwadratury w centrum takiej gorączki? Ulice były wyłączone z ruchu, a strychy zręcznie pozbawione sznurów, plandek i kabli: jednym słowem wszystkiego, co przypominało brezent lub uprzęż linową, mogącą podtrzymać powłokę. Artyści przedstawiali swoje wizje Morrisanii, odkładając na bok najmniej wodoodporne płótna wymagające dopracowania. Futuryści przedstawili wyciągi i dźwignie, które kontrolowały wielowarstwowe sklepienia, wyłaniały się z apartamentów i dachów i zaczynały istnieć jakby natychmiastowo, wszystkie ich powłoki nachylone i wyżłobione rynnami, które – jak w konstrukcji labiryntu – poniosłyby każdą kaskadującą ku dołowi kroplę. Przez nie zostałaby ona przerzucona do rzeki Longinard, przewodzona do morza po pokonaniu serii turbin, które całymi dniami utrzymywałyby energię miasta. Wizje surrealistów były nie mniej kreatywne, choć ich sklepienia były zbudowane z płatków uszu i genitaliów, a ich krople deszczu zostały pochłonięte przez niebo. Wtedy zaczęło padać. Nie tylko padać, zaczęło lać, to nie był zwykły deszcz, nawet nie taki, z którym można by kojarzyć cebr, choć muszę zaznaczyć – to nie wina samego cebra. Nie, ten deszcz rozpoczął się jako masło i mech i futra szynszyli, stopniowo podrywał się, dopóki nie stał się windykatorami i szpilkami i foyerami, aż w końcu scalił się w atak wielkich pokryw pianin i pasów transportowych i działów marketingu. Każdy się nachylał, starał się uchronić, biegł, by się ukryć. Kryjówka, oczywiście, była wewnątrz. Nieporuszony, burmistrz umiejscowił się na tablicach oznaczających skrzyżowanie i zaczął mówić przez megafon. Jego głos był toksycznym, aksamitnym kitem. Nazwał ich tchórzami: nikt nie wiedział czy chodziło mu o mieszkańców Morrisanii, czy o samych bogów. Skierował megafon w stronę nieba, dzierżąc go jak prowizoryczny parasol, ale woda przepłynęła przez niego i uderzyła burmistrza jak butelkowany strumień. Zawsze był kawalerem, a jego geny próbowały opuścić statek w ostatnim momencie, ale ich tratwy były stare i niesprawdzone i zostały pożarte przez ćmy, szczury i inne szkodniki, w stronę których słowo „plaga” rzucano niezliczoną ilość razy, a teraz odnajdywały spokój wyłącznie w szczelinowych pocieraniach jego spółgłosek.

przeł. Jola Kikiewicz. Translated from Understories. Copyright (C) 2012 by Tim Horvath. Published by Bellevue Literary Press: http://www.blpress.org. Reprinted by permission of the publisher. All rights reserved.

Tim Horvath

Pisarz, nauczyciel kreatywnego pisania w New Hampshire Institute of Art. Pracował jako terapeuta w szpitalu psychiatrycznym. Autor zbiorów opowiadań Understories i Circulation. Laureat Raymond Carver Short Story Award, Study of the Short Story Prize i New Hampshire Literary Award.


Jola Kikiewicz

Ur. 1992. Dziennikarka, tłumaczka. Publikuje w portalu kulturapoznan.pl. Studiuje filologię polską na UAM. Pisze o literaturze i muzyce.

Reklamy