„Jestem autorem poszukującym”. Z WOJCIECHEM HIERONYMUSEM BORKOWSKIM rozmawia Agnieszka Sroczyńska

a

Agnieszka Sroczyńska: Kilka lat temu, kiedy poznałam Ciebie i Twoją twórczość, nie mogłam pojąć, dlaczego nie ma wydawcy chętnego do wydania Twojej poezji. I myślę, że nie byłam odosobniona w tym zdumieniu. Ostatni arkusz poetycki Człowiek w szatni wydałeś w 1994, czyli czekałeś na wydanie tomu poezji 24 lata. Rozjaśnisz nam trochę tę „zagadkę”, z czego to wynikało? Z charakteru Twojej poezji, jej niekomercyjności, czy innych powodów?

Wojciech H. Borkowski: Poezja z natury swojej jest niekomercyjna. Wydawanie poezji nie przynosi sukcesu komercyjnego. Owszem: wydając poezję, można osiągnąć sukces, ale będzie to sukces artystyczny. Za poezją nigdy nie pójdą pieniądze. O ile, wydając prozę, możemy spodziewać się, że może przynieść jakieś pieniądze, że później wydawcy będą się zabijali o następne pozycje itd., o tyle w przypadku poezji nie.

Ale jednak niektórzy wydawcy wydają tomy poezji. Dlaczego czekałeś tak długo na wydanie Listu z detencji? Nie zabiegałeś jakoś szczególnie o to?

Od pewnego momentu rzeczywiście przestałem się starać, ale wcześniej zabiegałem o to w różnych wydawnictwach i otrzymywałem odpowiedzi – „hermetyczne”, „niezrozumiałe”, „ja z tego nic nie będę miał”, „a komu jest to potrzebne?”. Nie mówiąc już o posądzeniach o wulgarność, czy stwierdzenie – „poważne braki warsztatowe ukrywane pod płaszczykiem płaskiej erudycji”. To były zarzuty typu, że nie mam nic do powiedzenia, a próbuję coś przekazać, że poza eksperymentami formalnymi tam nic nie ma. Przestałem zabiegać o wydanie książki również dlatego, że odnalazłem swoje miejsce w sieci. Zacząłem wklejać teksty na różnych portalach internetowych i stwierdziłem, że publikując w sieci mam wielu czytelników, o wiele więcej niż gdybym wydał książkę poetycką. Ludzie nie tylko czytali moje teksty, ale i komentowali je. Jedni pozytywnie, inni negatywnie. Nie wszystkim musi się podobać to, co robię, prawda?

Użyłam słowa „niekomercyjność” w stosunku do Twojej poezji, myśląc o trudności jej odczytania, ale w jak najlepszym znaczeniu. To znaczy, że wymaga od wydawcy i czytelnika większego wysiłku intelektualno-poszukiwawczego, niejednokrotnie uzupełnienia wiedzy z zakresu historii, filozofii, literatury, mitologii. Mam wrażenie, że wybrałeś taką ambitniejszą drogę w poezji – niepisania pod kogoś i niepisania tak, żeby czytelnikowi było łatwiej Ciebie odczytać.

Często powtarzam, że poeta jest takim ewangelicznym siewcą, który wychodzi, bierze ziarno i rzuca je przed siebie. I tak, jak jest to opisane w Ewangelii, ziarna-słowa poety padają w różne miejsca. Jedne w ogóle nie wschodzą, idą na marne, ale inne ziarna padają na podatny grunt i wschodzą. Tak jest też z poezją. Pewne grupy czytelnicze nie przyjmą jej w żadnym wypadku, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto ją przyjmie. Poezja jest w ogóle elitarna. Nie lubię używać tego określenia „elitarny”, bo wtedy samego siebie stawiam w pozycji elity, a nie jestem jakąś elitą. Ale w poezji jest coś z elitarności. To nie jest coś dla każdego. To nie jest disco-polo. Poezja wymaga. Wymaga ciszy wewnętrznej, refleksji czy wiedzy. Jeśli będzie ta wewnętrzna cisza, jeśli będzie namysł, to i wiedza przyjdzie.

W wywiadzie udzielonym Grażynie Koszewskiej w 2014 r. powiedziałeś, że „wciąż czekasz na książkę życia”. Czujesz, że List z detencji jest tą książką? Czym w ogóle jest dla Ciebie ten tom?

Na tym etapie to jest dla mnie książka życia. Ponieważ dostałem to, czego bardzo chciałem. Nie wygadałem się w tej książce do końca z różnych względów, ale jestem zadowolony. Mam 55 lat. W tym wieku wydaje się dzieła zebrane itd., a nie tego typu wiersze. Chociaż jest to bardzo ważne i chwała Pani Annie Matysiak za to, że ją wydała. Ale chciałbym jeszcze coś wydać i żeby moja książka życia składała się z szeregu książek. Gdybym miał w tej chwili odejść stąd, gdyby ktoś nagle zgasił światło, to na pewno miałbym poczucie spełnienia. Chociaż na pewno chciałbym, żeby to spełnienie było jeszcze pełniejsze. Ta książka obejmuje głównie teksty z ostatnich 10 lat, chociaż są i starsze. Ale mam jeszcze wiele tekstów zapisanych na dysku, m.in. 300 haiku. Mimo że od lat nie piszę już haiku. Może też nadawałyby się do wydania, ale nie mnie o tym sądzić. Chciałbym uniknąć jednej rzeczy – żeby po mojej śmierci zaczął się festiwal mojej pisaniny i każdy chciałby ją wydawać. Wolałbym jednak za życia [śmiech]. Generalnie człowiek powinien wydawać poezję, będąc o wiele młodszym. Powinienem wydawać ją 30 lat temu, bo wtedy jest najlepszy okres dla poetów. Między 20. a 30. rokiem życia. Później nie ma tego efektu „przeleżenia”. Są dojrzali autorzy, którzy nagle mają możliwość wydawania i zaczynają wydawać bardzo dużo książek. Puszczają szuflady i wylewają się z nich całe „Niagary poezji”. Sam nie jestem jakimś wybitnie płodnym autorem, nie mniej przez te ileś lat coś tam spłodziłem. Wiersze są jak dzieci. Tak jak nie powinniśmy wstydzić się naszych dzieci, bez względu na to, jakie są, tak samo nie powinniśmy wstydzić się swoich tekstów. Chociaż odrobina samokrytycyzmu nie zaszkodzi.

Dlaczego, mając tak dobrze opanowany warsztat pisarski, uparłeś się na poezję?

Proza wymaga bardzo dużej systematyczności, wewnętrznego ułożenia. Żeby pisać prozę, to trzeba jednak ileś godzin dziennie na to poświęcić. To jest duża, tytaniczna praca. Owszem, różni autorzy różnie mówią, ale dla mnie tworzenie prozy zawsze kojarzyło się z tym, że się rano wstaje, siada do komputera i pisze się ileś godzin dziennie. Czego ja nie potrafię, bo nie jestem systematyczny. Pomysł poetycki możesz zapisać w telefonie, na kartce w autobusie czy siedząc na ławce w parku, i wrócić do niego za jakiś czas. Ja takich zapisanych pomysłów mam bardzo dużo w komputerze. A w przypadku prozy to jednak trzeba zachować tę systematyczność. Poza tym bardzo boję się czegoś, co szczególnie widać w scenariuszach filmów hollywoodzkich. Film mocno się zaczyna (według zasady Hitchcocka, że film należy zacząć trzęsieniem ziemi, a później tylko potęgować napięcie), mocno się rozwija, ale kończy się nijak. I widać wyraźnie, że autor scenariusza nie miał pomysłu na zakończenie. Niestety widać to też w prozie. Takiego efektu się obawiam. Co nie znaczy, że nie próbowałem i nie próbuję tworzyć prozy. Próbowałem na przykład pisania drabli – krótkich tekstów prozatorskich na 100 słów. Też chciałbym je wydać. Więc to nie jest tak, że ja od prozy uciekam. Być może uciekam od dramatu, bo o dramacie nie mam żadnego pojęcia poza tym, że jest [śmiech]. Ale od czasu do czasu tworzę krótkie formy narracyjne, opowiadania, mininowele.

Z jednej strony rozumiem Twoje obawy, ale z drugiej uważam, że Ty już wykonałeś tytaniczną pracę poznawczo-czytelniczą, żeby stworzyć teksty dotykające tak różnych dziedzin nauki i życia.

Poznawanie jest obowiązkiem każdego człowieka. Oczywiście każdy jest wolny i ma prawo robić, co chce. Ja nie wyobrażam sobie swojego życia bez poznawania. Czy to poprzez literaturę popularnonaukową, propagującą osiągnięcia myśli ludzkiej, czy poprzez literaturę narracyjną, beletrystyczną. Jeśli chodzi o filozofię, to my coraz rzadziej czytamy traktaty filozoficzne. Nie dlatego, że filozofia przestała być potrzebna, ale dlatego, że o wiele łatwiej przyswajać filozofię poprzez innych autorów, a nie bezpośrednio ze źródła. Chociaż należałoby sięgnąć do źródeł, to jednak wymaga to pewnego zasobu wiedzy. Bo na przykład przebrnij przez Heideggera Bycie i czas. Ja kilkakrotnie siadałem do tego Heideggera i nigdy nie przebrnąłem. Ale pojawia się u różnych autorów i można poznać go poprzez innych.

Jak wielką wagą przywiązujesz do formy wiersza?

Kiedy studiowałem polonistykę, dominował na uczelniach strukturalizm. Strukturalizm zakładał, że nie wolno oddzielać formy od treści, że tekst literacki trzeba pojmować holistycznie, bez rozróżniania. Jeżeli mam coś do powiedzenia, to forma przyjdzie sama. Sięgnijmy tu do Różewicza, który był rewolucjonistą, jeśli chodzi o formę. Zaczął pisać o sprawach bardzo niegrzecznych. A trudno jest pisać o takich sprawach, używając jakiejś klasycyzującej formy. Dlatego dopasował formę do swojej myśli. Nie wiem, czy zrobił to z namysłem, czy intuicyjnie. Wiem, jak u mnie jest. Moja myśl wymusza formę.

Różewicz napisał w 1959 wiersz Zdjęcie ciężaru, w którym wyraził niemożność pogodzenia się ze starą formą poezji. W tym wierszu nazywa nową poetykę „walką o oddech”. Wspominam o tym, bo to określenie jest najbliższe mojemu odczuciu Twojej twórczości. W niedawno udzielonym wywiadzie dla Radia UWM FM powiedziałeś, że poświęcenie się sztuce, literaturze, poezji „nie jest takie łagodne, aksamitne, jest bardzo trudne, bolesne”.

Co to jest fizyczna walka o oddech, to ja bardzo dobrze poczułem. Od czasu do czasu przytrafia mi się w związku z niewydolnością serca. Dusisz się, walczysz właśnie o oddech i wiesz, że to jest kwestia przeżycia. Poświęcenie życia poezji, sztuce, filozofii, mistyce jest ważne. Ale to jest mój subiektywny punkt widzenia. To nie znaczy, że ktoś musi podzielać ten pogląd. Bo dla kogoś innego warto jest żyć, żeby zbudować dom, kupić samochód, żeby zera na koncie bankowym rosły. To jest mój wybór, który wiąże się z poczuciem tożsamości, z odpowiedzią na pytanie, kim jestem. Zawsze wzdrygam się przed użyciem sformułowania „jestem poetą”. Bo słowo „poeta” bardzo zobowiązuje. To może powiedzieć Brakoniecki. Ale gdzie mnie do Brakonieckiego? Ja używam bardzo neutralnego słowa „autor”. No, autorem na pewno jestem [śmiech]. I przez to mogę określać swoją tożsamość. Mam różne zawody, robiłem w życiu różne rzeczy, ale to bycie autorem jest dla mnie najważniejsze. I wszystko, co robię, jest przyporządkowane temu. Jestem autorem poszukującym. Bo ja nie znalazłem jeszcze prawdy… całkowitej prawdy. Może znalazłem częściowo, może w pewnych aspektach. Trzeba jej szukać poprzez zgłębianie i poszerzanie wiedzy, ale także poprzez pracę nad tekstami. Poezja może być i jest narzędziem do poszukiwania prawdy. Naturalizm francuski głosił, że sztuka nie powinna komentować rzeczywistości, tylko ją opisywać. Ja też raczej nie chcę jej komentować. Bo czy mam prawo ją komentować, osądzać? Ale mogę opisywać.

Jeden z wierszy w Liście z detencji zaczynasz cytatem z Historii pewnej dykcji poetyckiej Dawida Junga – „mówić prawdę o świecie widzianym nie z perspektywy spikerów, ale marginaliów”. To jest prerogatyw Twojej dykcji poetyckiej? Czym są dla Ciebie te marginalia?

Piłsudski powiedział, że Polska jest jak obwarzanek, że najsmaczniejsze jest to, co jest na brzegach. Klasycy francuskiego postmodernizmu, filozofowie właśnie zajmowali się tymi marginaliami. Tytuł dzieła jednego z klasyków postmodernizmu to Marginesy filozofii. Są rzeczy, które zaprzątają uwagę wszystkich, są jakby w głównym nurcie, ale dla mnie zawsze ciekawsze było i jest to, co istnieje na marginesie tego wszystkiego. Chodzi mi tutaj o pewne koncepcje myślowe, które zostały gdzieś tam wymiecione, którymi zajmują się nieliczni. Coś, co również nazywa się sztuką niszową, muzyką niszową, której nie usłyszysz w radiu. W nich jest wiele ciekawych rzeczy, którymi tak naprawdę nikt się nie zajmuje. Kiedy byłem ankieterem w CBOS-ie, wolałem wchodzić na podwórka niż łazić głównymi ulicami. Zresztą do tej pory mam ten nawyk. Bo one mówią mi więcej o danym mieście niż jego główne aleje.

Zawsze poruszała mnie Twoja umiejętność patrzenia i opisywania rzeczywistości w dwóch wymiarach czasowych jednocześnie – teraźniejszym i przeszłym. W Liście z detencji jest wiele takich wierszy, w których te czasy się przecinają, mieszają, nakładają na siebie.

Ja pojmuję czas jakoś coś ciągłego. Dla mnie istnieje tylko przeszłość. Bo ona niewiadomo gdzie się kończy. Każda teraźniejsza chwila po sekundzie zamienia się w przeszłość, więc na dobrą sprawę świat jest przeszłością. I to w różnych aspektach. Czy to będzie w aspekcie społeczno-cywilizacyjno-kulturowym, czy jakiegoś rozwoju biologicznego. Od pewnego momentu zaczęła mnie fascynować, trochę z przekory, zabawa w gdybanie. Chociaż podobno w historii nie ma gdybania, ale na taki amatorski użytek można zapytać – a co by było, gdyby? Kiedy zaczynasz się zastanawiać nad tym wszystkim, nad tymi możliwościami, mogą nagle ukazać się tobie pewne prawdy, prawidła.

Kiedy czytam wiersz nawiązujący do likwidacji szpitala psychiatrycznego w Kortowie w 1945 przez Sowietów, odnoszę wrażenie, że część Twoich wierszy wypływa nie tylko z Twojego zainteresowania historią, ale również z poczucia wspólnoty z ludźmi z przeszłości.

Bo ja tę wspólnotę czuję. Dla mnie Olsztyn to nie jest byt, który powstał 22 stycznia 1945, ale który istnieje od 660 lat. Tamtej feralnej nocy z 21 na 22 stycznia przerwano ciągłość kulturową tego miasta. Zniszczono dorobek cywilizacyjny i to, co działo się później, to było tylko niszczenie. Zresztą, teraz też wszelkie przejawy tego, co było, niszczy się w ohydny sposób. Burzy się domy, jakie jeszcze pozostały z tamtego czasu, wycina drzewa. Ja czuję wspólnotę z tamtym, co było. Nie jestem germanofilem. Historia Prus Wschodnich to przecież nie jest tylko hitleryzm. Często wychodzę na miasto i wyobrażam sobie, jak mieszkali tu ludzie, których nie ma, których nawet potomków nie ma, których wyrzucono. Wyobrażam sobie, jak chodzili po mieście, mówiąc innymi językami, jak jeździły tramwaje innymi trasami. Ja to widzę w jakiś sposób… W tamtym szpitalu w Kortowie Sowieci wymordowali pacjentów. Zresztą, nie tylko w tamtym, ale i w obecnym na ulicy Niepodległości zrobiono to samo. Tym bardziej czuję tutaj wspólnotę z ludźmi skrzywdzonymi. Człowiek chory jest człowiekiem chorym, który według wszelkich norm humanitarnych czy nawet prawa międzynarodowego podlega ochronie. Ten wiersz jest pochyleniem się nad tym…

Od lat jesteś aktywnym uczestnikiem życia literackiego w Olsztynie, ale również brałeś udział w wielu spotkaniach z poetami w różnych miejscach Polski . Czy z perspektywy czasu te spotkania miały dla Ciebie nie tylko wymiar towarzyski, ale wpłynęły również na Twój rozwój w pisaniu?

I tak, i nie. Są imprezy na wskroś pożyteczne, coś wnoszące i są imprezy stricte towarzyskie. Ale zawsze warto pojechać, żeby spotkać się z ludźmi. Bo taka impreza to nie są tylko wydarzenia oficjalne, ale też spotkania nieformalne, które coś wnoszą. Bardzo przyjemnie wspominam artystyczne warsztaty interdyscyplinarne Gorzów–Garbicz (które odbywają się co roku), Ogólnopolskie Spotkania Pokoleń w Kruszwicy czy nieistniejącą już imprezę –Biesiadę Poetycką w Inowrocławiu.

Co poradziłbyś młodemu człowiekowi, który zaczyna tworzyć teksty literackie?

Zachować pokorę. Pokorę przede wszystkim do tego, co było, czyli do tzw. tradycji. Pokorę w stosunku do mistrzów. Ale jednocześnie kontestować świat. Czyli jakby te dwie sprawy – pokorę i kontestację – trzeba wyważyć. No i być sobą. Ty nie masz być kolejnym Różewiczem, kolejnym Świetlickim. Ty masz być pierwszym Kowalskim, Nowakiem, Wiśniewskim.

Dziękuję, Wojtku, za kolejną ubogacającą rozmowę i życzę Ci zdrowia oraz kolejnych odważnych, mądrych wydawców.


 

Wojciech Hieronymus Borkowski

Ur. 1963 w Iławie. Mieszka w Olsztynie. Wydał dwa arkusze poetyckie: Kręci się we mnie (1986) i Człowiek w szatni (1994) oraz książkę poetycką List z detencji (2018). Laureat wielu ogólnopolskich konkursów literackich. Pracował m.in. jako szatniarz, robotnik w chłodni, ankieter w Centrum Badania Opinii Społecznej i Medical Data Management. Najdłużej zatrudniony był jako bibliotekarz szkolny i wychowawca świetlicowy w Szkole Podstawowej nr 1 im. Ryszarda Knosały w Olsztynie. Na przełomie lat 70. i 80. był związany z olsztyńskim kabaretem „Rafa”. Debiut poetycki na łamach „Gazety Olsztyńskiej” w kwietniu 1983 roku. Od tej pory publikował w wielu periodykach, takich jak: „Akant”, „Undergrunt”, „BergArt”, „Borussia”, „Pobocza”, „Przez czerń”, „Metafora”, „Portret”, „Radostowa”, „Poezja Dziś”, „Własnym głosem”, „Radar”, „Warmia i Mazury”, „Filantrop Naszych Czasów”, „Ziemia Ostródzka”, „Bez przysłony” oraz na stronach internetowych. Odznaczony odznaką Zasłużony Działacz Kultury.

Reklamy