„Odprościć”. Z JOANNĄ MUELLER rozmawiają Jakub Pszoniak i Marcin Mokry

a

Jakub Pszoniak: Porozmawiajmy o wierszach.

Joanna Mueller: Dobrze.

J.P.: Tytuł współredagowanego przez Ciebie zbioru – Solistki – sugeruje, że wiersz może być głosem osobnym. Z drugiej strony tom tego rodzaju to nie tylko zbiór wierszy, ale też całościowy komunikat. Wiersze – również Twoje – często są rozmową z innymi poetami. Da się być poetą osobnym, czy wiersz jest zawsze rodzajem dialogu?

Poezja jest i jednocześnie nie jest zajęciem samotnym. Jest w momencie jej pisania. Nie jest, gdy wchodzi w dialog, czy to z innymi poetami i poetkami, filozofami i filozofkami, czy z trzylatkiem, z którym jedzie się w tramwaju. O wiele większą solistką niż dziś byłam, gdy wydawałam debiut w 2003 roku. Wówczas wiele brało się z samotności, dziś o wiele ważniejsza jest wspólnota. Często właśnie wspólnota kobiet. Jak w przypadku Solistek – antologii poezji kobiet. Sytuacja w świecie literackim w roku 2009, kiedy wychodziła ta książka, była zdominowana przez mężczyzn tworzących rodzaj nieformalnej grupy. Mężczyzn dedykujących sobie nawzajem wiersze, zapraszających się wzajemnie na festiwale i następnie opisujących, co się podczas nich działo. Poetów zrzeszonych w bractwo. A poetki? Pojedyncze głosy. Trudno się zresztą dziwić – na festiwalach na dwudziestu poetów przypadała jedna poetka. Solistka – jednym słowem.

J.P.: Po Solistkach wyszedł jeszcze jeden tom – Warkoczami, z podtytułem „antologia nowej poezji”…

Tak, Warkoczami nie ma już podtytułu „antologia poezji kobiet”, tylko „antologia nowej poezji”. Tytuł jest oczywiście przekorny. W książce znalazł się też jeden mężczyzna – stały uczestnik „Wspólnego Pokoju”. Proporcje są więc takie, jak często w antologiach tworzonych przez mężczyzn.

Marcin Mokry: Piszesz bardzo charakterystycznie. Skąd wziął się twój dialekt? Czy to jest wynik racjonalnego wyboru, czy też to twój naturalny odruch, predyspozycja pisarska?

Trochę nie umiem inaczej. Myślę słowami, ich przeobrażeniami i przejęzyczeniami. Bardzo dużo bierze się ze słuchu, z dziwnego brzmienia słowa albo stąd, że jakiś wyraz pojawia się w odmiennym kontekście, a czasami sama wyrywam słowa z kontekstu i odnoszę do siebie. Pracuję jako korektorka i w cudzych tekstach muszę często poprawiać błędy, które brzmią bardzo poetycko, więc zdarza się, że je wykorzystuję, a one potrafią mi „ustawić” wiersz. Pewnie każdy twórca próbuje co jakiś czas szukać innych dróg, od swojego głosu uciekać, ale jednak pozostaje ten twardy rdzeń, od którego ja bym właściwie odchodzić nie chciała.   

J.P.: Pod trudną, hermetyczną warstwą języka kryje się jednak treść – te wiersze zawsze są o czymś. Bywają zarówno opisem, jak i głosem sprzeciwu. Piszesz, że choć awangarda jest już wytarta, to trzeba schować sensy w gęstej mgle. Nie obawiasz się, że czytelnik może bać się zagubienia w tej mgle?

Nie. Ufam czytelnikowi, ufam peiperowskim dwunastu czytelnikom. Żyjemy w świecie, który zbytnio ułatwia. Nie chciałabym, żeby poezja miała formę instant, zupki chińskiej, którą przygotowujemy bez trudu. Poza tym miałam szczęście, bo od początku istnieli czytelnicy, którzy moje wiersze rozumieli. Poezja zaangażowana niestety często bywa ulotką agitacyjną. Czasem głośną, mocną, ale jednak tylko ulotką – niewiele z niej zostanie. Poezja musi komplikować. Konrad Góra nie pisze ulotek, dlatego jego wiersze zostaną. To są niesamowicie mocne rzeczy.

M.M.: Czytanie na głos twoich wierszy jest dość karkołomnym przedsięwzięciem. Myślę tu zwłaszcza o tota mueller in utero. Ogromnie trudno jest fonetycznie wyrobić, odczytując je, a z drugiej strony ten znój, który towarzyszy odczytaniu, wydaje się doskonale odpowiadać sytuacji przedstawianej. 

Tak, forma tego tekstu ma oddać mozół życia kobiety i wydobyć dwie klamrowe linijki: „roztrwaniać siebie dla posług tak wielu” i „odzyskać siebie dla kartki papieru”.

M.M.: Twoje wiersze są z pewnością zaangażowane społecznie, może nawet feministyczne, choć nie jest to feminizm oczywisty ani prosty. Nie mówisz tylko jako członkini pewnej wspólnoty, ale jako konkretna kobieta, która bardzo indywidualnie przeżywa swoją sytuację. Piszesz zarówno w obronie swojego ciała, jak i nadchodzącego życia. Wielkość tej książki wydaje mi się leżeć właśnie w jej złożoności.

Bo feminizm nie jest prosty i myślę, że powinnyśmy go „odpraszczać”. Bardzo bym nie chciała, żeby ten rodzaj zaangażowania zamienił się w tę ulotkę, o której rozmawialiśmy. Jestem matką czwórki dzieci [niedługo już piątki: w momencie przygotowywania wywiadu piąte dziecko „w drodze” – przyp. red.], więc mój feminizm dla wielu feministek feminizmem być nie może. Mimo różnic spotykamy się jednak we „Wspólnym Pokoju” – współorganizowanym przeze mnie feminarium, na którym skupiamy się na czytaniu literatury kobiet. Uczestniczą w nim z jednej strony matki (w tym wielodzietne), a z drugiej kobiety z wyboru bezdzietne, wojujące feministki niosące na sztandarze prawo do aborcji, biseksualistki, lesbijki. Uczymy się od siebie innego spojrzenia, otwarcia na inność. Zdumiewa mnie to, jak mało jest książek o doświadczeniu macierzyństwa i ciąży. Wierszy nie ma prawie wcale. W moich książkach zahaczam o ciążę, czy może ciąże, bo każda ciąża jest inna, ale także o temat poronienia, aborcji. A czym jest poezja kobieca? Zakładając „Wspólny Pokój”, miałyśmy nadzieję, że właśnie tego się dowiemy. Czy istnieje kobiecość w poezji? Co to jest? Chyba po tych paru latach mamy coraz więcej pytań, a odpowiedzi coraz mniej. Jeden z moich najnowszych wierszy – zgranie bez tłumika – ma motto zaczerpnięte z Hélène Cixous. Byłam kiedyś na jej wykładzie na temat tego, że literatura wzięła się z trzewiowego ni to krzyku, ni to płaczu. Bardzo mi się to spodobało. To wiersz w sprawie. Dosłownie ze trzy dni po wykładzie Cixous brałam udział w festiwalu Silesius, gdzie na stu poetów zaproszono może z dziesięć poetek, przeciw czemu zaprotestowała Justyna Bargielska, potem dołączył Jerzy Jarniewicz (oboje wycofali się z uczestnictwa w festiwalu), a na jedno ze spotkań trzech poetów przyszło w sukienkach, żeby reprezentować głos niezaproszonych poetek. Mnie w ostatnich tekstach zajmuje właśnie upominanie się o wyciszone głosy kobiet.

J.P.: Bardzo ciekawa jest konstrukcja wiersza Akeda. Opisujesz w nim – za pomocą biblijnej sceny obsadzonej tylko męskimi rolami – doświadczenie, które dostępne jest jedynie kobiecie. Może właśnie na tym polega poezja kobieca?

Tytuł tego wiersza odwołuje się oczywiście do ofiary, którą Bóg wymusza na mężczyźnie. Ofiarą ma być syn. Wszyscy znamy ten topos, ale sam wiersz wziął się z prawdziwego doświadczenia mojej koleżanki, która poroniła dziecko. Sięgam więc tutaj do biblijnych motywów, ale w jeszcze większej mierze do języka medycznego. Ten wiersz nie był pisany przeciwko mężczyznom. Podejmuję temat ofiar, które są składane przez kobiety po cichu. „Po cichu”, gdyż o poronieniach zazwyczaj się nie mówi. Niektóre kobiety uważają, że nic się nie stało, ale dla innych jest to tragedia, którą się upamiętnia, co staje się powtarzalnym rytuałem ofiary. Opisuje to – jako jedna z pierwszych – Justyna Bargielska w Obsoletkach i w swojej poezji. Zmieniając temat, chciałam powiedzieć, że dobrze mi się rozmawia o intima thule właśnie w tym miejscu[1]. Bo ta książka podzielona jest na takie właśnie opackie części – skryptorium, dormitorium itd.

J.P.: Faktycznie, to miejsce stworzone do rozmowy o Twojej książce. Jej układ jest bardzo precyzyjny. Zastanawiam się, jak się buduje taki tom? Najpierw są wiersze, czy ich pisanie poprzedza i ustawia koncepcja?

Trochę tak, trochę tak. Choć zawsze część wierszy powstaje samoistnie, to książka jest jednak czymś więcej niż tylko ich zbiorem. Tę w pewnym momencie zaczęłam widzieć jak tablicę Mendelejewa. Pierwiastki układały się w konstrukcję, wiedziałam, gdzie czegoś brakuje, i pisałam. Sprawę komplikuje to, że spis treści nie oddaje faktycznej kolejności utworów, ale tak właśnie ma być. Zabawa z kostką Rubika też nie polega na tym, żeby była ułożona, tylko żeby ją układać. Książka dzieli się na siedem części: „Skryptorium”, „Interior”, „Przedsionek”, „Hilasterion”, „Gineceum”, „Dormitorium”, i „Krańcówkę”. Zamysł książki dobrze oddaje okładka, którą narysowała moja przyjaciółka – Asia Łańcucka. O tych częściach myślę jak o ruchomych scenach, które przenikają się tak, jak w życiu przenika się, chociażby, macierzyństwo z pisaniem, czynności kobiece z działalnością społeczną. I tak na przykład „Dormitorium” – wypełnione wierszami o wspólnocie – sąsiaduje z „Gineceum” – miejscem, w którym przebywać mogą tylko kobiety. Dodam, że „Krańcówka” jest słowem pochodzącym z Łodzi, gdzie oznacza pętlę tramwajową, a moja „Krańcówka” gromadzi wiersze katastroficzne.

M.M.: Przejdźmy w takim razie do „Skryptorium”, w którym mierzysz się z poetyką, teorią wiersza. Chodzi mi zwłaszcza o wiersz Propozycja pierwsza, gdzie czytamy: „radykalną kardiowersją wers wytrącić / z regularności”, „w walce o / od dechy do dechy / przeciw / standardom przejrzystości / łącz”, a dalej „łamać, łamać, żeby nie kłamać”. Przyznam, że czytając twoje wiersze, doświadczam wprost tego, o czym piszesz. Muszę wielokrotnie do tych tekstów podchodzić i zmagać się z nimi, będąc stale łamanym, gdyż ten język idzie nie po mojej myśli, tylko jakąś swoją ścieżką. I to mnie fascynuje, ale na początku budzi opór. Jednak wracając do tematu poetyki. Czego nauczył cię Różewicz?

Różewicza czytałam już w liceum i potem jeszcze na studiach, ale zawsze wolałam jego dramaty. Szybko na różnych warsztatach edukowano mnie, że różewiczowska fraza jest już przestarzała. Cytowany przez ciebie wiersz – Propozycja pierwsza – to nawiązanie do wiersza Propozycja druga Różewicza. Co ciekawe, u Różewicza nie znalazłam Propozycji pierwszej i na warsztatach literackich, które sama prowadzę, czasem zadaję takie ćwiczenie, napisania tej Propozycji pierwszej. W pewnym momencie poczułam, że sama muszę spróbować. Dla mnie to wiersz o spojrzeniu sobie w twarz i powiedzeniu, jakim twórcą mam być. Ale to łamanie jest wzięte również od Grochowiaka, który mówił, że jeżeli chce się opisać coś pięknego, to trzeba to najpierw skrzywdzić, złamać. Wracając do Różewicza, on jest jednak awangardzistą (wbrew tezom o „przestarzałej frazie”), a awangarda jest mi z ducha bliska. Zwłaszcza w tym łamaniu przyzwyczajeń czytelniczych, wytrącaniu z równowagi, o czym wspomniałeś.

M.M.: Tak, z drugiej strony bardzo dobrze się czyta równolegle z Joanną Mueller takiego przykładowo Wojciecha Bonowicza. Nie umiałbym powiedzieć, kogo wolę. Potrzebuję gęstości Mueller i przejrzystości, czy też przestronności Bonowicza. Dzięki jednej poetyce wyjaskrawia się druga.

Wojtek też mnie czasem wytrąca z równowagi, właśnie minimalizmem swoich wierszy. Trudno zresztą mnie, poetkę lingwistyczną, zaskoczyć poetyką zbliżoną do mojej, bo po prostu dobrze ją znam. Z przyzwyczajenia, ospałości, automatyzmu skojarzeń wybija mnie dziś coś, co jest zupełnie odmienne.

Zapis rozmowy przeprowadzonej podczas Slot Art Festivalu. Lubiąż, lipiec 2017.

__________

[1] Rozmowa została przeprowadzona na terenie dawnego opactwa cysterskiego w Lubiążu.


zgranie bez tłumika (głos współdzielony, Czarna Ludka)

                                                                                  Ay yay! The cry of literature.
                                                                                  Hélène Cixous

dość wojen podjazdowych na podzespołach jaźni
trwa pobieranie krytycznych aktualizacji
i określanie nowych ustawień [wyczyść formatowanie]

(tutte le corde)

na początku jest zew: ay yay strzałem z trzewi
macanie przestrzeni na ślepo śpiewem rewirowym
ostrożne nawoływanie – w każdej chwili gotowe na manewr
wymijający, żeby zbyt ostro nie wyjść z mroku na światło

bo kogo skazano na czerń, gnębiono apart-hejtem
ten głowę ma złożoną z uciskających grodzeń
ajaj! oby nie przeszańcować pola możliwości
ajaj! bo co nam grozi za takie nieposłużeństwo?

znów odsiadka za szaber obelg z pionierskich
zasobów – bale samiczek, jęki z piwniczek
rozdziewiczane lądy, dziecinny ciemny lud – to wszystko
co sobie wzięłyśmy za głos, za własność, za imię?

nawykłe i winowate do dźwigni autodestrukcji
chcemy pisać się wreszcie godnie: różnie i rodnie
przezwajać odgórne porządki w podręczne przymierza
ukraść bazę i tropy odcisnąć – ciepłe, ciemne – na białej ponowie

(da capo al fine)

wycinane ze spisów, przyuczane do luk
w końcu jednak na siebie trafimy
niosąc w sobie bogactwo wyzwoleń
dzieci, zwierząt, mężczyzn z obrzeży

i całego ay yay innych kobiet

 

akeda

pasterzu byciu akuszerko dnia
i układniejszym ode mnie kobietom
wywódź zaplątane baranki z zarośli
ja jedna nie sprostałam zadaniu związania
pokornie dałam rozpłatać ciało które mi siebie
spłatało na chwilę nikłą jak nić i zerwało
choć już się stawałam
podścieliskiem gościny
gniazdem dla inwazji
ultratrwałym wałem

neutrino schwytana w mięśnie powietrza
złudo z okienka implementacji
uplotłam ci koszyk ze ścięgien i kości
a z kruczych kosmków pobielałych nocą
skośno-krzyżową chustę doczesną
rozpieszczałabym cię po wiek wieków ale nie bo
rozpuszczasz się we mnie
jak hostia w vasculum
wytracasz świętość
za wczesna by przeżyć

wymykasz mi się z zespólni pierwotnej
w tkankach molekuł zrywasz przylegania
tej czynności nie można cofnąć
tylko ja będę wiecznie powtarzać rytuał ofiary
milion razy odkopię ślad po ognisku
tysiąc kołaczy zamieszę z popiołu
po stokroć w kołysce śpiewu
pochowam szczątki zaczątków

uwięziona w zawodnym mięsie
nie zdołam się podnieść spod dziecka

 

propozycja pierwsza

                                               z TR

utwór skończony trzeba złamać

odwrócić rytm zwichnąć metrum
radykalną kardiowersją
wers wytrącić
z regularności

pamiętajcie o zagładach
przecież stamtąd przyszliście

czas zaczynać
od barbarzyńskiego zera
przeciw zastanej gotowości mów
na kontrze
na winie
na rewanżu

poezjo poezjo cóżeś ty za pani
werblistko pierwotna
neomorficzne monstrum

ty która jesteś
racą i racją
anatomią i awiacją
lecz nie bluzgiem
ani wślizgiem
podatności

wierszu bądź
lżejszy
znaczy nabierz
ciężkości
ocknij z ckliwości
by w ustach nie ustać
z uzdą wędzidłem
ponoś
koszty kunsztu

w walce o
od dechy do dechy
przeciw
standardom przejrzystości
łącz

trzeba spuścić na wszystko
zasłonę myślenia
wzmocnić czerń
zapisać koniec ustawień

a potem
łamać łamać łamać
żeby nie
kłamać

aż słowo rozbije
namiot między nami

 

tota mueller in utero

roztrwaniać siebie dla posług tak wielu

żyć w pełni życiem innych: koić nad kojcem, gasić pod korcem, nanizywać rzeczy po imieniu, nie gubić ściegu w robótce. czasem pytać: czy rodzina to zasłona dymna dla zgliszczy? czy anioł domowy jest oślicą? do czego mnie sprowadziły, gdy je sprowadziłam z siebie na świat? (żeby nie budzić dzieci, pisze we wnętrzu dłoni) kobieta – kobierzec bielm, lilijka padolna – zawiana fiaskiem w oczy, na amen zatrzaśnięta w matce, z ambicją jak amba fatima. co z tego że przerobiła podręcznik do autonomii, skoro znaczyła tak długo, aż przestała cokolwiek? pajęcza, jedwabnicza, beneficjentka jednodniówka – sztukuje ze skrawków, tanio skupuje drogocenne skupienia. a gdy się nawet puści w trel i dryg, to zaraz znowu: pruski dryl, wzorzec skrytości, górka przeprośna i besztando na blaszkę. czego się boi, że będzie autorką? w zbijaku nie ma matek, więc cofka w prokreację. potyka się, lecz przełyka, łka i tka: ewangelie znad kądzieli, piosnki krosienkowe, stłumy zlęki ciąże. naoczna, uboczna, potoczna, co poroni, to pocznie, porodzi, nie odpocznie. w ordynarnym ordynku rugowana z debaty w krzyk echolalię płacz […] pasywno-agresywna trapistka, zabójczo ofiarna […] czegokolwiek nie zrobi, cokolwiek dokona – i tak streszczona do łona [woman > womb > tomb], zewsząd krwawa – cieknie wściekle, na osądach zwieszona jak mięso na hakach: idź babo, ródź swoje albo swoje poroń, period do obłędu, macicą się udław! harda brzuchozbieraczka, pękata Winnie the Proof, dzieci się z niej sypią miękko jak puch z poduszki, rozpruta, lecz usztywniona: w karbach, kryzach doświadczeń, rzadko w papieru ryzach […] muzo, żonę wyśpiewaj, gdy walczy pisaniem – ze znikaniem: żeby przez chwilę nie być w żadnych reakcjach, relacjach, żeby dziś nie mieć nic przeciw sobie, prócz grzesznej (już nie ma jej) myśli: wycofać, wymazać to wszystko

odzyskać siebie dla kartki papieru


 

Joanna Mueller

Ur. 1979 w Pile. Poetka, eseistka, redaktorka, wielodzietna mama. Wydała cztery tomy poetyckie: Somnambóle fantomowe (Kraków 2003), Zagniazdowniki/Gniazdowniki (Kraków 2007, nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia), Wylinki (Wrocław 2010) i Intima thule (Wrocław 2015, nominacje do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy i do Silesiusa) oraz dwie książki eseistyczne: Stratygrafie (Wrocław 2010, nagroda Warszawska Premiera Literacka) i Powlekać rosnące (Wrocław 2013), a także zbiór wierszy dla dzieci Piraci dobrej roboty (Stronie Śląskie 2017) i bajkę Szkoła Czi-Tam w formie kamishibai (Łódź 2015). Redaktorka książek: Solistki. Antologia poezji kobiet (1989-2009) (Warszawa 2009, razem z M. Cyranowicz i J. Radczyńską) oraz Warkoczami. Antologia nowej poezji (Warszawa 2016, wraz z B. Gulą i S. Głuszak). Tłumaczona na czeski, serbski, rosyjski, ukraiński, niderlandzki, angielski, niemiecki (Mystische musthaves, Berlin 2016). Mieszka w Warszawie, gdzie m.in. współtworzy seminarium o literaturze kobiet Wspólny Pokój.


 

Jakub Pszoniak

Ur. 1983. Publikował m.in. w „Odrze”, bibliotece Biura Literackiego, „Arteriach”, „artPAPIERZE”, „Inter-”, „Kontencie” oraz kilku almanachach, w tym w „Połowie 2016”. Laureat kilku konkursów poetyckich, wyróżniony w konkursie im. Bierezina.


 

Marcin Mokry

Ur. 10.01.1980 w Gliwicach. Poeta. Ukończył studia filozoficzne w 2006 r. na Uniwersytecie Śląskim. Od 2006 uczy etyki w szkole ewangelickiej im. A. Scheitzera w Gliwicach. Od 2015 r. odpowiada za program sceny literackiej na Slot Art Festivalu, gdzie prowadził spotkania m.in. z S. Beresiem, W. Bonowiczem, Ł. Jaroszem, T. Jastrunem, S. Kopytem, J. Kornhauserem, J. Mueller, K. Nowakowską, P. Przybyłą oraz zorganizował warsztaty literackie, które prowadzili m.in. K. Czyżewski, R. Gawin, K. Pęcherz, M. Sowiński. Laureat kilku ogólnopolskich konkursów literackich. Publikował m.in. w „Ricie Baum”, „Arteriach”, „Toposie”. W 2017 r. wydał książkę poetycką czytanie. Pisma.

Reklamy