„Otwierać na różne sposoby”. Z WOJCIECHEM BONOWICZEM rozmawiają Marcin Mokry i Jakub Pszoniak

a

Marcin Mokry: Wydałeś w tym roku dwie książki: tom poetycki Druga ręka oraz zapis rozmów z Wojciechem Waglewskim Wagiel. Choć są zupełnie różne, to nie jesteśmy zdziwieni. Przyzwyczaiłeś nas bowiem do tego, że piszesz „na dwie ręce”. Spod pierwszej wychodzą wiersze, a spod drugiej zapisy spotkań. Skąd u ciebie taki dwugłos?

Wojciech Bonowicz: Już jako małe dziecko miałem taką pasję, żeby pisać w różnych formach. Pierwszy wiersz, jaki ojciec zachował, napisałem, mając cztery lata. Równocześnie zacząłem robić różne gazetki, potem kleiłem książki z kartek. Widocznie to dziecko, którym byłem, od samego początku miało pokusę, żeby w różny sposób wejść w świat słowa. Wydaje mi się, że to rodzaj przywileju, że człowiek w różnych formach może istnieć, że posługuje się językiem w bardzo różny sposób. Piszę felietony do „Tygodnika Powszechnego” i miesięcznika „Znak”, czasem występuję publicznie w różnych sytuacjach, chociażby w audycjach telewizyjnych czy radiowych. Powstają też książki, które formalnie należą do tego, co nazywamy literatury faktu, czyli rozmowy. Ostatnio z Wojtkiem Waglewskim, ale mam w dorobku również książkę z Janką Ochojską, która gościła na festiwalu.

Czy widzisz jakieś przełożenie tego rodzaju pracy na twoje pisanie poezji?

Wszystkie zajęcia, o których wcześniej wspomniałem – robienie wywiadów, spotkania z tymi wszystkimi ludźmi, których poznałem, z którymi moje życie się związało – z pewnością bardzo mi się przydały, gdyż spotkania są ważnym tematem tego, co piszę, ale w pewnym sensie poezja toczy się obok tego i funkcjonuje na prawach absolutnej wolności. Mówię to wszystko po to, żeby padło w końcu to słowo – wolność. Jeżeli chce się w literaturze robić coś naprawdę wolnego, to jedyną jeszcze dziedziną wolności jest, do pewnego stopnia, poezja. Jak się pisze prozę, to od razu wydawca „to by poprawił”, „to by przesunął”, bo „za dużo z przodu”, „za mało z tyłu”. A w poezji albo cię biorą, albo nie biorą. To jedyny problem poetów i poetek, że trudno znaleźć miejsce, gdzie można coś wydać. Na ogół większość wydawców nie grzebie w tym, co napisałeś. I dla mnie, taka jest moja droga, to jest taki świat wolności. Jeśli miałbym powiedzieć, kiedy doświadczyłem wolności w języku, to – pisząc właśnie wiersze. Także dlatego, że jeśli jedna osoba to przeczyta, to wiersz, w zasadzie, też spełni swoją funkcję.

Jakub Pszoniak: W jednym ze starszych wierszy pytasz o to, po co jest wiersz. W najnowszym tomie stawiasz pytanie już nie tyle o sens poezji, co bycia poetą. Myślisz, że ten „ślepy upór” ma sens?

Jest takie zdanie, które bardzo lubię: „poezji potrzebuje niewielu, ale ci, którzy jej potrzebują, potrzebują jej bardzo”. Ten, kto to powiedział, trafił w dziesiątkę. Niektórzy twierdzą, że był to Goethe. Jest grupa osób, które skłonne są się nad tym kruchym, nie wiadomo przez co podtrzymywanym przy istnieniu, wierszem pochylić i zastanowić. I to chyba właśnie daje wiarę w sens tego, co robię. Choć niewykluczone, że pisałbym i bez tego poczucia, powodowany natręctwem, jeśli nie przymusem. Tak w pisaniu, jak i w czytaniu jest coś pięknego i niepowtarzalnego.

J.P.: Nad figurą poety pochylasz się też w Pieśni o wpół do czwartej.

Można uznać, że jest to wiersz programowy. Pewne zagraniczne pismo literackie – „Modern Poetry in Translation” – zadebiutowało przed laty numerem poświęconym poetom z naszego regionu. Z okazji swojej rocznicy pismo zwróciło się do poetów z Europy Środkowej o napisanie czegoś w rodzaju post scriptum do utworów wtedy wydrukowanych. Poproszono o to wtedy i mnie. Miałem napisać odpowiedź na wiersz Miłosza Biedny poeta, co było pomysłem o tyle szalonym, że Miłosz swój wiersz pisał w okupowanej Warszawie. Dziś trudno jest wierzyć w moc zmieniania świata za pomocą wiersza, wtedy jeszcze taka wiara żyła. 

M.M.: Powiedziałeś, że piszesz cały czas to samo. Kiedy jednak czytam pierwszy wiersz z pierwszej książki i ostatni z ostatniej, to jednak widzę różnicę, choćby tonu. Coraz bliżej Twojej poezji do, powiedzmy, imażyzmu. Jak ty widzisz swoją ewolucję, dorastanie i wyrastanie? Jakie motywy Wojtek Bonowicz rozwija do dzisiaj, a jakie porzucił?

Nie mam takiego poczucia, że coś bym chciał wyrzucić z tamtych dawnych rzeczy, aczkolwiek mam wrażenie, że one są emocjonalnie bardziej ogrzane, aż do Pełnego morza. Moje nowe książki idą bardziej w stronę, jak sam zauważyłeś, imażystów. Rzeczywiście, lubię tę część poezji amerykańskiej, która przede wszystkim portretuje jakąś sytuację. Oczywiście sposób opisania tej sytuacji zawiera pewne emocje, ale one nie są podkręcane. Obecność poety jest ledwie zaznaczona, jako tego, który opisuje, mam jednak nadzieję, że te sceny mają swoją siłę.

M.M.: Opowiedz więcej o tych wierszach.

Są tu wiersze oparte bardzo wprost na wspomnieniach związanych z moim wyjazdem do Ameryki. Opowiem może, skąd ten pomysł. Studia polonistyczne przeżywałem dosyć ekstatycznie. Wszystko było ciekawe: Szymon Zimorowic w równym stopniu, co Marcin Świetlicki, który wtedy debiutował. Tylu ludzi potrafiło za pomocą poezji zrobić tak wiele. Siedzimy w pięknej, barokowej sali – oby nie zwaliła nam się na głowę, bo jest cała popękana[1]. I proszę sobie wyobrazić, że byli ludzie, którzy pisali wiersze będące odpowiednikiem tej sali, a potem byli ludzie, którzy pisali wiersze, które były odpowiednikiem tych pęknięć. To się w ten sposób rozwija, jedno kładzie się na drugim i się namnaża. Fascynujące królestwo! I chociaż moje doświadczenie studiów polonistycznych było odkrywaniem tego fascynującego królestwa, to po ich zakończeniu odczuwałem potrzebę spłukania z siebie tego intensywnego doświadczenia. Tylko tak mogłem zacząć pisać coś swojego. W jakimś sensie, trzeba jednocześnie wszystko zapomnieć i podziwiać. Stąd wziął się pomysł wyjazdu do Ameryki. Poza tym żona wyjeżdżała, to sobie pomyślałem, co będę sam siedział. Więc wyjechaliśmy razem. W Ameryce pracowałem, m.in. w nocnym barze, roznosząc jedzenie po Atlantic City. To tam miały miejsce opisane sceny. Pracowałem nocami, byłem dostawcą jedzenia. Chodziłem pieszo, więc znałem z imienia wszystkie pracujące na ulicy dziewczyny. Wiele tu jest wierszy opartych na obserwacji. Wszystko jest opisane tak, jak było naprawdę.

M.M.: Zrobiłeś wybór wierszy Marcina Świetlickiego. Wiersze religijne to nieco heretyckie dzieło. Świetlicki wcześniej nikomu chyba nie wydawał się poetą religijnym. Czym zatem dla Ciebie jest wiersz religijny? Gdzie go szukać? Czy współcześnie można się gdzieś z tą poezją spotkać?

To bardzo ciekawa sytuacja, bo większość wybitnych poetów polskich to agnostycy. Właściwie cała czołówka złożona jest z ludzi co najmniej wątpiących, często zmagających się. Najbardziej otwarcie robił to oczywiście Tadeusz Różewicz. Dzięki temu powstała w Polsce niepowtarzalna, w jakimś sensie, poezja religijna. I to jest kontynuowane. Wydaje mi się, że w polskiej poezji Bóg i sprawy Boga to ciągle są „Sprawy”. To wciąż duży temat, nawet jeśli jest on tylko sygnalizowany, opatrywany ironią, nawet jeśli przybiera formy bluźniercze. Słowo „religia” w Polsce ma bardzo ciężki żywot, Chciałem pokazać, że są pewne źródłowe doświadczenia, na przykład, doświadczenie dziwności świata, które u Świetlickiego jest bardzo ciekawie przedstawione. Jeszcze ciekawiej jest u niego z doświadczeniem wspólnoty, do której podmiot należy, jednocześnie tego nie chcąc. W książce jest dużo wierszy, w których Świetlicki mówi w imieniu jakiegoś „my”, równocześnie bardzo mocno podkreślając swoje „ja”. Bardzo mnie interesuje, co się dzieje w tym obszarze duchowym w Polsce, czy sobie zdajemy sprawę, jak to permutuje, jak to się wszystko zmienia, nakłada, jak wiele rzeczy nam zanieczyszcza umysł? Wydaje mi się, że poezja oddaje te napięcia. Także w moich wierszach te tematy się pojawiają, choć w ostatniej książce w mniejszym stopniu. Kiedy robiłem wybór wierszy Świetlickiego, chodziło mi też o to, żeby pokazać, że trzeba szukać różnych sposobów czytania polskiej poezji. Marcin został umieszczony w pewnym momencie w szufladce opisanej cytatem: „ja to pierdolę / dziś jestem w nastroju / nieprzysiadalnym”. I to miało być właściwie wszystko, co musimy wiedzieć o Świetlickim. Mojej zgody na to nie ma. Do wybitnych poetów jest mnóstwo kluczy. Tylko taka poezja jest ciekawa, którą można otwierać na różne sposoby. Chciałem pokazać, że poezję Marcina da się otworzyć takim właśnie kluczem. Współpraca była bardzo udana. Marcin dał mi wiele wierszy niedrukowanych, często bardzo przejmujących.

J.P.: Odkryłeś dla czytelnika nie tylko zupełnie nowego Marcina Świetlickiego, ale i, na przykład, zapomnianego Władysława Sebyłę. Redagowałeś również wybór tekstów Fisza – Bartka Waglewskiego. Co sprawia, że poeta oddaje głos innym poetom?

Nad każdym z tych zbiorów pracowałem z troszkę innych powodów. Muszę się przyznać, że jednym z przyjemniejszych rzeczy w zawodzie poety jest możliwość posługiwania się cudzym tekstem. Fascynujące jest tworzenie z niego nowej całości. Moim poetyckim marzeniem jest zrobienie całej książki z cudzych, choć niepodpisanych wierszy. Cała książka Bonowicza z wierszy pożyczonych. No, może nawet ukradzionych. Chociaż legalnie, więc chyba jednak pożyczonych.

J.P.: Kiedyś, żeby zaimponować dziewczynie, nagrywało się autorskie składanki na kasety…

Tak! Staram jednocześnie świadomie eksponować, że to, co piszę, jest w dużej mierze odpowiedzią na to, co napisali inni. Nie przez przypadek jeden z moich tomów nazywa się Echa. Stąd też obecność w mojej książce Różewicza, Bratnego, Kolářa, Padgetta – bardzo ważnego, choć ukrytego, bohatera filmu Paterson. A pojawił się on u mnie, zanim Jarmusch wziął się za swój film! Zbytnio fetyszyzujemy oryginalność. Pisać, jak nikt dotąd nie pisał! Jest w tym, oczywiście, wartość. Ale z drugiej strony poezja, jest wielką rozmową. Zrozumieniem, niezrozumieniem, szacunkiem, brakiem szacunku. Poezja potrafi uczyć nas wsłuchiwania się w głos drugiego człowieka. To o tyle ważne, że z czym, jak z czym, ale z rozmową w Polsce mamy spory problem.

J.P.: Świetlicki, o którym rozmawialiśmy, to nie tylko poeta, ale też wokalista w „kultowym zespole o profilu muzycznym”. Jest też autorem rysunków na okładce Wyboru większości. Niedawno ukazał się Twój wywiad-rzeka z Wojciechem Waglewskim. Z młodszym pokoleniem Waglewskich spotkałeś się z kolei w studiu. Z Fiszem współpracowałeś również podczas redakcji książek z jego tekstami. Jest on także autorem rysunków do Twojej książki. Chyba lubisz towarzystwo muzyków.

Bardzo lubię muzykę, przy muzyce powstaje wiele moich wierszy. Choć może nie jest to oczywiste, bo nie są one specjalnie rytmiczne. Muzyka jest wspaniałym organizatorem wyobraźni. Przez Tworzywo zostałem zaproszony na płytę Drony. Z nimi i z zespołem Kim Nowak spotykamy się czasem również na scenie. Nieczęsto, zaledwie parę razy w roku, ale za każdym razem jest to niezwykle przyjemna przygoda. Zawsze jest w tym element spontaniczności – podczas występu wchodzę na dwa, trzy, czasem cztery numery i coś dogaduję. Ot – taka małpka-niespodzianka. To coś, co w tradycji literackiej i muzycznej jest, a czego inni za bardzo zrobić nie chcą. Poeta na scenie z zespołem. Bardzo interesujące doświadczenie – moje wiersze muszą mieć trochę inny charakter, muszą brzmieć dobrze z rytmem, być dłuższe. Muzyka daje ogromne wsparcie. Sam występ, wyrzut adrenaliny. Na szczęście nie muszę umieć śpiewać – podstawą sukcesu jest dobry układ z dźwiękowcem. Bardzo przyjemne doświadczenie.

M.M.: Dlaczego warto czytać starych, nieżyjących poetów?

Oni nie mają innej szansy. Kiedyś mnie ktoś zapytał na spotkaniu: jaki jest związek między poezją a życiem? Ścisły, odpowiedziałem. Bo dopóki żyjemy, możemy zainteresować naszą poezją. Potem już będzie bardzo trudno. Póki żyjemy, możemy zainteresować kogoś swoją poezją, oni zaś są bezbronni, już właściwie nie mogą nic zrobić. Zostały już tylko teksty w książkach i jeśli się tych książek nie otworzy, to nie będzie życia. Dlatego bardzo lubię czytać wiersze innych autorów, zwłaszcza nieżyjących. Pracuję teraz nad przygotowaniem nowego wydania wierszy Andrzeja Bursy. Mam do dyspozycji jego rękopisy zapisane w maleńkim notatniku, który ma 70 lat. Zapisane ołówkiem wiersze w skromnym zeszyciku bez okładki. Przez te lata niektóre się wytarły i są nie do odczytania. Koreańczyk w parku Jordana. Wiersz, z którego został tylko tytuł. Spotykam się z Bursą, od którego śmierci minęło właśnie 60 lat! Możemy im dać życie, drugie, trzecie, czwarte. Wiecie, jakie to jest przepiękne uczucie?

Zapis rozmowy przeprowadzonej podczas Slot Art Festivalu. Lubiąż, lipiec 2017.

____________________

[1] Rozmowa została przeprowadzona na terenie dawnego opactwa cysterskiego w Lubiążu.


 

Wojciech Bonowicz

Ur. 1967. Polski poeta, publicysta, dziennikarz. Debiutował w roku 1995 tomem Wybór większości. Otrzymał m.in. wyróżnienie w Konkursie na Brulion Poetycki (1989), nagrodę główną w konkursach poetyckich Nowego Nurtu (1995) oraz im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego (1995). Jego biografię księdza Tischnera nominowano do Nagrody Literackiej „Nike” 2002. Książka Pełne morze została nagrodzona w roku 2007 Nagrodą Literacką Gdynia w kategorii poezja i nominowana do Nagrody Literackiej „Nike”, tom Polskie znaki był nominowany w 2011 roku do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius”, a tom Echa był nominowany w 2014 roku do Nagrody Literackiej „Nike”, do Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej oraz do Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego – Orfeusz. W 2018 nominowany do Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej oraz do Nagrody Literackiej „Nike” jest tom Druga ręka. Współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest jednym z recenzentów książek w programie Sztuka czytania emitowanym przez TVP Kultura.

Reklamy