Poezja i festiwale. Z GRZEGORZEM GIEDRYSEM rozmawia Anna Dwojnych

a

Anna Dwojnych: W czerwcu podczas Toruńskiego Festiwalu Książki Dwór Artusa ponownie zorganizował Wolny Rynek Poetycki – imprezę, którą dziesięć lat temu zapoczątkowałeś z Cezarym Dobiesem. Gdybyś miał porównać obie edycje, co zmieniło się przez te dziesięć lat?

Grzegorz Giedrys: Postarzeliśmy się [śmiech]. Cezary mieszka obecnie na stałe w Paryżu z żoną i synem. No i teraz imprezą zajmuje się Dwór Artusa – trudno wyobrazić sobie lepszego i cierpliwszego partnera i mecenasa.

Odnosząc się do motywu przewodniego tegorocznego Toruńskiego Festiwalu Książki, czyli historii, jakie były początki Wolnego Rynku Poetyckiego?

Początek był bardzo banalny. W czasie pracy zrobiłem sobie przerwę na papierosa i z nudów zadzwoniłem do Cezarego. Trzy minuty zajęło nam wymyślenie imprezy, jej nazwy i miejsca, gdzie wszystko może się odbyć. Nie mieliśmy zupełnie pieniędzy na organizację, ale to nam w niczym nie przeszkodziło. Reszta właściwie to była kosmetyka – od razu zaproponowaliśmy Romkowi Pokojskiemu, że impreza odbędzie się w dawnej siedzibie jego Teatru Wiczy w podziemiach Ratusza Staromiejskiego. Oczywiście od razu mówiliśmy, że rzecz pojawi się w ogródku piwnym. Potrzebowaliśmy dwóch mikrofonów i to wystarczyło. Przez sekundę baliśmy się, że wszyscy nam odmówią – nie mieliśmy żadnego budżetu, impreza odbywa się na ulicy, do tego jest pierwsza edycja i nie wiadomo, czy formuła się sprawdzi. Wszystko się udało.

Próbowałeś reaktywować imprezę w 2014 roku. Dlaczego to się nie udało?

To długa historia. Zacznę może od tego, że w pewnym momencie postanowiliśmy przenieść imprezę do Dworu Artusa, który podjął się zadania animowania życia literackiego w Toruniu. Mogliśmy sobie pozwolić na jakiś minimalny budżet – płaciliśmy skromne honoraria muzykom i gwiazdom wieczoru. Poza tym Kafeteria Struna Światła, czyli patio Dworu Artusa, wygląda jak zadaszony fragment ulicy, więc idea miejskości Wolnego Rynku Poetyckiego pozostała w jakiś sposób żywa. Gdyby nie to wsparcie, na naszej imprezie nie pojawiliby się z pewnością tacy poeci i pisarze jak m.in. Piotr Czerski, Piotr Macierzyński, Piotr Makowski, Wojciech Boros i Michał Krawiel. No i była muzyka na żywo w wykonaniu np. Zbyszka Cołbeckiego z Bikini, Brudnych Dzieci Sida, Rafała Iwańskiego z X-Navi: ET, Tomasza Cebo i Łukasza Milewskiego z Every Day Lincz, grup Tap.Ap i Ser Charles, a także zespołów Hotelu Kosmos i H5N1, które specjalnie dla nas przygotowały akustyczne sety. Jeśli chodzi o 2013 i 2014 rok, wtedy postanowiłem na chwilę wycofać się z życia literackiego – przestałem pracować nad programem Majowego Buumu Poetyckiego i przekazałem organizację WRP grupie poetyckiej Jamochłon. Impreza powinna żyć, nabierać rozpędu, powinna krążyć w niej jakaś młoda krew. I wprawdzie wszyscy członkowie tej grupy rocznikowo są ode mnie starsi, zdecydowałem się, że oni tej młodej krwi dostarczą. I rzeczywiście kilka udanych odsłon WRP odbyło się pod ich auspicjami.

Jaki w tym roku był klucz doboru gości Wolnego Rynku Poetyckiego? Pojawili się na nim zarówno już uznani twórcy (choćby Martyna Buliżańska, laureatka Silesiusa z 2014), jak i autorzy przed debiutem książkowym.

Nie było jakiegoś specjalnego klucza. Łukaszowi Wudarskiemu, kierownikowi artystycznemu Dworu Artusa, zależało, żebyśmy zaprezentowali twórczość grupy Piekary 28, integrując w ten sposób młode środowisko poetyckie. I to był jedyny pewnik całej sytuacji. A później po prostu rozwinąłem sobie listę znajomych na Facebooku, wybrałem kilkunastu toruńskich poetów, wysłałem zaproszenie na dziesięciolecie Wolnego Rynku. No i nieco się przeraziłem, gdy zobaczyłem, że swój udział niemal od razu potwierdziło mi 23 poetek i poetów. Wiadomo, że ostateczny line-up nieco się zmienił, ale ta liczba robiła wrażenie. Przepraszam, że ciebie rozczarowałem tą odpowiedzią – w konstruowaniu programu tej imprezy dużo leży w geście czystego przypadku. Nie ma tu jakiejś wielkiej idei.

Nie bałeś się zestawienia na jednej scenie tak różnych poetyk?

Nie. Swoją drogą zauważyłem, że z niezadowoleniem cmokają na ogół poeci, którym dla posłuchu w środowisku ta impreza nie jest potrzebna, a mimo to decydują się tutaj przychodzić, wiedząc, że zaraz po nich wystąpi jakiś totalny debiutant albo autor kilku – delikatnie mówić – średnich erotyków. Zdarzało się też, że na naszych imprezach w Dworze Artusa pojawiał się weteran bardzo jednostajnego w gruncie rzeczy ulicznego życia towarzyskiego i gdy zaczynał czytać swoje naprędce napisane wiersze, wzdłuż ściany dyskretnie przesuwała się ochrona. Nigdy mu nie przerwaliśmy. Wiem, że moja impreza jest ważniejsza dla tych, którzy nie zdążyli jeszcze niczego wydać albo wręcz jeszcze nie mieli okazji przed kimkolwiek swoich tekstów zaprezentować. Nie wiem, czy znakomita autorka wideo Dagmara Pochyła będzie wiązała swoją przyszłość z poezją, ale przeczytała u nas kilkanaście wspaniałych tekstów. Lubię myśleć, że w jakiś sposób to doświadczenie ujawniło się później w jej realizacjach z innych dziedzin. Rafał Kowalczyk zaczął od jakichś tam mało śmiesznych rymowanek, a teraz właściwie spokojnie mógłby debiutować. Takich drobnych sukcesów jest znacznie więcej.

Można jednak zauważyć, że mimo różnorodności prezentujących się twórców, średnia wieku nie przekraczała 30 lat.

Myślę, że kilku zaproszonych przeze mnie gości podniosło jednak średnią wieku (śmiech). Bardzo cieszę się z każdego autora, który po raz pierwszy występuje na Rynku. Martyna Buliżańska to był oczywisty strzał, jeśli chodzi o otwarcie imprezy. Nie mógłbym sobie tego darować. Po raz pierwszy usłyszeliśmy też teksty Justyny Kłosińskiej, Janusza Milanowskiego, Mariusza Słoniny, Mateusza Łapińskiego i Agnieszki Bykowskiej. Gdy wcześniej pracowałem nad programem, zapraszałem gości, których wcześniej zobaczyłem np. na konkursach jednego wiersza, slamach poetyckich albo gdzieś w sieci. Czasami się zdarzało, że najmłodszych autorów polecały mi ich nauczycielki. Największą radość sprawia mi zawsze ktoś z publiczności, kto ośmiela się czytać swoje teksty po raz pierwszy przed widownią.

Mam wrażenie, że ideą tegorocznego Wolnego Rynku Poetyckiego było wyjście poezji poza hermetyczne sale instytucji kultury czy literackich knajp. Tym razem Wolny Rynek wrócił na rynek – a dokładnie ogródek piwny przed klubokawiarnią Cyrkowa w budynku Ratusza. Każdy przechodzący  przez ścisłe centrum Starówki mógł stać się jego biernym uczestnikiem, podobnie jak podczas innych imprez masowych odbywających się na Scenie na Rynku (Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy czy Święto Tańca).

Najciekawsze zawsze są chwile, kiedy publiczność zaczyna interweniować. Zdarzało się, że mocno wcięci panowie głośno komentowali poszczególne wiersze – na ogół nie rozumiejąc sytuacji. Co ci panowie i panie tak dziwnie mówią przez mikrofon? Ostatnio do sceny zbliżała się grupka dresiarzy, którzy wyczuli, że mikrofon jest wolny. Mobilizowali się przez sekundę, ale jednak się nie odważyli. Bez mrugnięcia okiem oddałbym im mikrofon – oczywiście najpierw przypomniałbym im, że znajdują się na imprezie literackiej odbywającej się w miejscu publicznym.

Czy poezja potrzebna jest miastu?

To bardzo trudne pytanie. Najprościej byłoby powiedzieć, że miasto nie potrzebuje poezji, tak jak poezja nie potrzebuje miasta. Ale zastanówmy się, czy chcielibyśmy mieszkać w miejscu, w którym nie ma poezji? Mogę się założyć, że gdyby nasze lokalne środowisko literackie było silniejsze, miałoby prężnie działające wydawnictwo, kilka rozpoznawalnych w kraju wydarzeń artystycznych, więcej ludzi chciałoby mieszkać w tym miejscu. Nie mam oczywiście żadnych badań, które udowodnią, że jeśli jakieś miasto często opisują poeci, to warto tam żyć. Ale czy to wymaga jakiegoś szczególnego udowadniania?

Pamiętam Twój felieton Buum Poetycki Umiera, w którym narzekałeś na słabnące zainteresowanie poezją.

Wiesz, zaczęło mnie po prostu irytować, że pod względem programowym trudno cokolwiek zarzucić imprezie organizowanej przez Od Nowę, ale jednak ludzie na nią nie chcą specjalnie przychodzić. Przepraszam, może nieco dramatyzuję, ale gdybyśmy porównali frekwencję na Buumie sprzed 15 lat do tej obecnej, to zobaczymy, że festiwal po prostu stracił publiczność. Czy to nie dziwne, że na początku Buum potrafił przyciągnąć 600 albo 800 ludzi do Od Nowy? Udzielający wywiadu Telewizji Polskiej Paweł Dunin Wąsowicz, na pytanie, czy poezja ma się dziś dobrze, odwrócił się i bez słowa pokazał tłum młodych ludzi na dużej sali w klubie.Nieważne, że sięgniesz po literackie gwiazdy, nieważne, że będziesz gorączkowo poszukiwał nowych nazwisk i trendów, nieważne, że pisarze rezygnują dla Buumu z przyjazdu na targi książki w Warszawie, że podczas imprezy nasi goście dowiadują się o nominacji do Nike, bo i tak przyjdzie garstka.

Co najbardziej różni te dwie imprezy?

Majowy Buum Poetycki jest imprezą, która stawia sobie zupełnie inne cele. Przedstawia przede wszystkim najciekawsze zjawiska literackie z całego kraju. Wolny Rynek Poetycki jest w głównej mierze miejską inicjatywą, lokalną i bardziej kameralną. No i odbywa się praktycznie bez budżetu. W momencie, kiedy pracowałem nad programem Buumu, zapraszałem do Od Nowy autorów, których odkryłem na Wolnym Rynku Poetyckim. Te imprezy bardzo ładnie się zasilały.

Do tej pory tak Wolny Rynek Poetycki, jak i Toruński Festiwal Książki odbywał się jesienią, wiosna i lato były zarezerwowane raczej dla imprez muzycznych, juwenaliów, koncertów. Czy to nie ryzykowne konkurować poezją z np. występem Kayah i Nosowskiej?

Dokładnie o tej samej porze, kiedy odbywał się WRP, 300 metrów dalej trwał koncert, którego program w klasie nie ustępowałby dużym telewizyjnym galom polskiej piosenki. Zastanawiałem się, czy te setki watów nagłośnienia nie zagłuszą naszych dwóch mikrofonów. Zastanawiałem się też, czy nie będziemy mieli problemów z tłumem, który tej nocy będzie przetaczał się przez Starówkę. Nie było żadnych problemów, zupełnie nie wchodziliśmy sobie w drogę. Za sukces można uznać, że ci, których nieco zaskoczyła impreza literacka w tym miejscu, zostali z nami do jej końca. A swoją drogą nie sądzę, żeby jakiś fan Kayah miał problem z wyborem imprezy. Co tu wybrać: tam z kartki czytają poeci, a tu mamy jakieś Opole [śmiech]?

Jaka jest Twoim zdaniem recepta na sukces festiwalu literackiego?

Nie błysnę tutaj żadną wspaniałą myślą i muszę stwierdzić, że nie ma takiej recepty. Tak jak mówiłem, program może być poszukujący i mocno autorski, może być też tradycyjne stawianie na duże nazwiska, ale to może nie zadziałać. Nagroda Nike albo Paszport „Polityki” na nikim w Toruniu nie robią wrażenia. Gdy zaprosisz Świetliki, ludzie przyjdą tylko na Świetliki – nikt nie posłucha poetów.

Wydaje się, że liczba festiwali literackich w Polsce nie przekłada się na czytelnictwo, o czym świadczą co roku pogarszające się wyniki stanu czytelnictwa, publikowane przez Bibliotekę Narodową. Czy w związku z tym festiwale literackie mają sens?

Mają, ale muszę jedną rzecz podkreślić – miarą sukcesu i tym bardziej sensu nie powinna być publiczność. Festiwale literackie nie powinny oglądać się na frekwencję. Niech sobie Nosowska robi frekwencję pod sceną. Postawmy sobie może inne cele – pokazujmy interesujące zjawiska, dobre książki, wspaniałych autorów. Nie patrzmy w statystyki, bo one nigdy w tym kraju się nie poprawią. Może niepotrzebnie się zamartwiałem słabą popularnością niektórych odsłon Buumu i Wolnego Rynku? Może to nie ja powinienem rozpaczać i żałować? Nasza misja nie powinna polegać na poprawianiu statystyk tego kraju albo tego miasta. Jeśli ktoś nie chce korzystać za darmo ze spotkania z najlepszymi poetami w Polsce, to jego wina.

Czy Wolny Rynek wróci na stałe na mapę literackich wydarzeń Torunia?

Tak.

Dzięki za rozmowę.

Dzięki.



Grzegorz Giedrys

Ur. 1979. Wydał dwie książki poetyckie. Dziennikarz „Gazety Wyborczej” w Toruniu, gitarzysta zespołu Idee Śpią Wściekle.