Sploty i supły australijsko-polskie i aborygeńskie. Z ADAMEM FIALĄ rozmawia Teresa Podemska-Abt

a

Teresa Podemska-Abt: Zacznijmy od Polski, bo to nasze miejsce urodzenia i początków. Odwiedza ją Pan?; to ostatnio bardzo popularne wśród Polonii, niektórzy mają nawet polski dowód osobisty i – na wszelki wypadek! – dwa paszporty.

Adam Fiala: Polska to kraj moich korzeni. Ale z uwagi na wiek i męczące podróże lotnicze jej nie odwiedzam. Korzystam z Polsatu i piszę o niej, głównie aforyzmy, które są wyrazem mojego zaangażowania. Także zamiłowania do minimalizmu, dlatego też są w moim użyciu minifelietony i mininowele. Dowód osobisty nie wiąże mnie z Polską, ale wiąże mnie z nią Miniatura, wydawnictwo. Uważam się też za honorowego, bo nie płacę składek, członka Stowarzyszenia Literatów w Lublinie, do którego wprowadził mnie Zbigniew Frączek. Należę, bo to takie ostatnie ogniwo związania mnie z Polską. W Australii mam dom, nie korzenie, więc nie należę do żadnego Związku, bo niczego w tym kraju, to znaczy w wydawnictwach australijskich nie publikowałem. Nie ma tu mody na pisarzy-imigrantów, o czym Pani zresztą nie tak dawno pisała w piśmie naukowym „Postscriptum Polonistyczne”, a ja to czytałem. Trochę to smutne, że niby wielokulturowy kraj, a nas nie szanuje i nie popiera. Dwa paszporty nie pomogą mi ani tu, ani tam, bo wie Pani, w Polsce nas, emigrantów, kochają, ale nie za to, że tu piszemy.

Zrzućmy to australijskie przemilczanie pisarzy pochodzących z krajów nieanglojęzycznych na karb polityki i los emigranta. Proszę mi powiedzieć, przydało się Panu polskie wykształcenie w Australii? Z tego, co mi Pan opowiadał, uległ Pan wpływowi Ojca, jakieś przemyślenia w związku z tym dzisiaj?

Wykształcenie prawnicze z Polski było odpychające dla urzędników australijskich, z którymi miałem do czynienia. Jest tu inny system prawa, więc nie startowałem w tym zawodzie, a ponowne studia z wielu względów nie wchodziły w rachubę. Powinienem był wpisać „kucharz”, bo faktycznie lubię gotować, ale nie wykorzystałem tego w odpowiednim momencie. W Polsce prawo idealnie pasowało do cmentarza.

Eee, żartuje Pan, na cmentarzu umawialiśmy się na „straszone” randki, a Pan co tam robił?

Same studia prawnicze były rodzajem intelektualnej rozrywki, ale egzaminy katorgą, bo materiał trzeba było zapamiętywać dosłownie, operując prawniczymi formułkami, za granicą i tak nieprzydatnymi. Te prawnicze formułki najskuteczniej opanowywałem, głośno je wielokrotnie czytając. I dlatego do tego celu pasowała nie biblioteka, nawet nie dom z odgłosami telewizora za ścianą, ale cmentarz, ze swym spokojem, dostojnością i zamyśleniem, gdzie moje głośne wkuwanie nikomu nie przeszkadzało. Przy okazji na cmentarzu obserwowałem różne sceny obyczajowe, jak je nazywam. Na przykład, denerwowałem pracownika cmentarnego, który wyrzucał kości ze starego grobu. „Niech pan przechodzi dalej”, doradzał poirytowany jakimś paragrafem, który powtarzałem. Kiedyś nawet zgarnęła mnie z cmentarza milicja: byłem podejrzany o przekazywanie grypsów, bo po drugiej stronie był areszt i je przerzucano.

To opowieści z dreszczykiem, przejdźmy zatem do literatury. Cmentarza używa Pan jako kategorii miejsca i „świata pomiędzy” w swoich pierwszych powieściach, ale wzbudził Pan moją ciekawość. Jak patrzy Pan na cmentarz tu, w Australii? One są niepodobne polskim, a zauważyłam, że pisze Pan teksty o cmentarzach przydrożnych. Interesuje Pana śmierć jako temat, kategoria obrazowania?

W Australii z cmentarzami jest zupełnie inaczej niż w Polsce. Cmentarze, owszem, pięknie utrzymane, ale są jakby martwe. Tymczasem, w życiu, świat żywych przeplata się ze światem umarłych. I – szczególnie w Polsce – cmentarz to urzeczywistnia: zmienia oblicza w zależności od pory roku. Zaduszki, Święto Zmarłych to wielkie uroczystości pełne świeżego zapachu igliwia i łun z zapalonych świec. I te tłumy, tłumy na każdym cmentarzu, nie wspominając naręczy chryzantem. Za moich czasów w Polsce były też na cmentarzach choinki, figurynki, wieńce, a nawet baranki wielkanocne się trafiały. Nie przynoszono jedynie jedzenia i pieniędzy, jak to w kulturach innych narodów jest stosowane. W Meksyku to nawet śmierć kochają i nie uważają jej za tragiczną. Typowy australijski cmentarz to właściwie tylko mosiężne tabliczki. Zwłoki są spalane, ponoć i u nas w kraju taka moda już jest. Widzi mi się, że ludzie mają wątpliwości, jak to będzie z tym Sądem Ostatecznym, ale przecież Kościół, zwłaszcza polski, wyraźnie naucza, że „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Śmierć mniej mnie zajmuje, jest i tyle. Bardziej już to, jak do niej dochodzi na przykład u tubylców i młodzieży. Polonia w tym względzie jest bardzo podzielona.

Myśli Pan o samobójstwach? Mamy ich tu wysoki procent.

No tak. Wysoki. Przykre, bo niby jesteśmy tu – czy mamy być – szczęśliwi. Słyszę, że wśród Polonii też nie dzieje się za dobrze, może nie tyle samobójstwa, co depresje, wypadki, „zły los”.

Polonia. No tak. Ma różne wizerunki. Pomówmy o niej. Dobrze Panu wśród swoich? Czy Polonia, „oni”, w ogóle są swoi?

Wśród Polonii, w Perth zwłaszcza, czułem się na początku nieswojo, ponieważ byłem na zasiłku. Gdy przyleciałem do Australii, miałem skończone 45 lat. Zawód: prawnik polski, a pisarz – jeszcze gorzej, choć budzi zaciekawienie. Czego mogłem się spodziewać? Niczego. Od razu były komentarze, że jestem tzw. bladżerem, czyli żyję na koszt płatnika podatków, a w najlepszym wypadku, że jestem już wiekowo „over the hill”. To było dla mnie zaskoczeniem, bo w Polsce czterdziestopięciolatek był w samym środku kariery. O tym, jak mnie widzą, mówiła mi znajoma lekarka, u której leczyłem się długo na depresję. W środowisku Polonii panowała taka opinia, że sztukę trzeba łączyć z pracą zarobkową w konkretnym zawodzie, choćby sprzątacza. W tym kraju sport jest najważniejszy, a sztuka i literatura to jedynie sprawa hobby, więc działanie w „arcie” należy łączyć z wykonywaniem innego zawodu. Sportowcy są od tego uwolnieni i zarabiają olbrzymie pieniądze za kopanie i rzucanie się na trawę. Zdrowie fizyczne jest ważne, ale ja byłem szczęśliwy, że w Australii mogłem latami malować, pisać czy muzykować, choć tego bardzo nie lubił urząd zatrudnienia. Będąc z natury samotnikiem, nie przejmowałem się brakiem zainteresowania i dawno temu, gdy jeszcze liczyłem na zainteresowanie moją sztuką, wysłałem nawet manuskrypt Australijskiego dinozaura panom Krzysztofowi Kaczmarkowi i Bogdanowi Kocy, którzy założyli tu swoje teatry. Ale oni mnie zignorowali. Gdy znalazłem się na „age pension”, emeryturze australijskiej, zupełnie odżyłem i nie starałem się więcej być doceniany wśród Polonii. Uprawiając „art” prywatnie, dla siebie, czułem się jeszcze bardziej wolny. Przyszło uspokojenie i uczucie do tego kraju mogło się uzewnętrznić. Za emigrację płaci się dużo, ale można to przeżyć. Nie mam związków z Polonią, ale mam parę zaprzyjaźnionych Polaków. Polonia to etykietka, którą posługują się w Polsce, tu znaczy co innego albo nic, gdy się do niej nie należy. Jestem przeciwieństwem słynnego polskiego powiedzenia: „Pan wie, kim ja jestem?”. Często występuje ta charakterystyka wśród Polonii, obojętnie, czy to są artyści, czy biznesmeni skupujący domy. Być może to ogranicza zakres moich znajomości… No, są jeszcze ci, co stale wymieniają domy i samochody. Mnie to nie bawi.

Moje doświadczenie także „mówi”, że emigranci, ale nie tylko, zapamiętale gromadzą dobra materialne, jakby mieli je zabrać do „raju”, w życie pośmiertne. Żałują, że za późno przyjechali, bo gdyby wcześniej, to dorobiliby się większego domu, lepszego samochodu; nie zauważają, iż, gromadząc majątek, wyzbywają się energii i radości, „motoru” życia. No nie wiem, każdy ma swoje wartości. Swoje ideały, według których żyje, ale mam wrażenie, że Polacy, z którymi rozmawiałam, nie wierzą w energię jako ten element istnienia, który zawsze i na zawsze po nas pozostaje. To o tę energię, siłę życia, powinno się dbać przede wszystkim. To kwestia wychowania i wzorców. Dla tradycyjnych tubylców pieniądz i dobra materialne nie stanowią wartości; cechuje ich niezwykłe poszanowanie natury, ziemi, ciała, roślin, zwierząt, sił nieznanych. W Pana imigracyjnym pisaniu pojawia się temat „aborygeński”. Ciekawi mnie Pana zainteresowanie kulturą tubylców, nimi samymi, pańskie poetyckie historyjki są niecodzienne. Co szczególnie wzbudza Pana podziw? Malarstwo, taniec, muzyka, literatura, filozofia? Proszę opowiedzieć o tej ich „duszy”, o której Pan wspomina, a która, rozumiem, różni się od „duszy” Australijczyków, z Panem i ze mną włącznie.

Ta najstarsza kultura świata, czyli Australijskich Aborygenów, wywarła na mnie duże wrażenie, właśnie twórcze. Ponieważ jestem pisarzem, artystą i muzykiem, moja wrażliwość i percepcja są wielorakie. Z umiłowania aborygeńskich brzmień i barw nauczyłem się grać na didgeridoo i staram się o odtworzenie nastroju buszu i jego spirytualizmu. Mam sporo prac plastycznych inspirowanych motywami i symbolami tubylczymi. Temat jest fascynujący. Dusza Polaka jest sentymentalna, romantyczna, i to zbliża nas do tubylców, z tradycjonalizmem włącznie. Potrzebujmy kontaktu z odpowiednimi ludźmi. Środowiska, w którym ludzie się rozumieją. Z tego względu napisałem nawet swego czasu bajkę z własnymi ilustracjami, naturalnie bez kopiowania konkretnych dzieł. Zaprezentowałem to wydawnictwu Magabala Books. Projekt się podobał, ale do jego realizacji nie doszło, ponieważ nie jestem Aborygenem, a jedynie imigrantem z Polski interesującym się aborygeńską kulturą i obyczajami. Ale w tym wypadku dusza nie działa, bo mamy do czynienia z polityką.

Nie składałabym tego doświadczenia na karb imigracji, a raczej, jeśli już – na popieranie idei równych szans w społeczeństwie, w którym tak czy siak panuje anglosaska polityka głównego nurtu. Magabala Books, Institute for Aboriginal Development Press czy Indigenous Literacy Fundation albo Aboriginal Studies Press to wydawnictwa specjalnie powołane do szerzenia i wspomagania autentycznej twórczości oraz historii, języków i kultur tubylczych. Tubylcy długo musieli czekać na ten typ poparcia państwa, więc nic dziwnego, że preferują własnych twórców. W ten sposób udaje się też uniknąć przywłaszczenia, zawłaszczenia, „europeizowania” i edytorskiej ingerencji w oryginalny tubylczy tekst. Innymi słowy, wydawnictwa aborygeńskie publikują tzw. oryginał, a zatem uczestniczą w tworzeniu literatury aborygeńskiej, a nie w dziele czy popularyzowaniu jej „białej” reprezentacji. To zrozumiałe, że podbite i prześladowane społeczeństwa (dziś społeczności lub grupy już tylko), gdy wreszcie mają możliwość reprezentowania siebie i swoich kultur, promują własne opowieści, historie, dzieła i autorów. Mudrooroo, najbardziej chyba w świecie znany pisarz i pierwszy krytyk-teoretyk literatury aborygeńskiej, opowiada się za tzw. tubylczą „trustori”. Odrzucenie białych przekazów jest programowe, umotywowane istnieniem oryginału. Podobną inicjatywą jest od niedawna stosowana przez instytucje państwowe polityka stwarzania miejsc pracy dla tubylców: akademików, prawników, pracowników socjalnych, nauczycieli, tłumaczy, artystów. Ideologicznie to dobre posunięcia. Tubylcy mają dużo do zaoferowania nie tylko Australii, ale i światu. Może kiedyś imigranci też będą mieli takie udogodnienia, żeby Australia istotnie była wielokulturowa. Pana opowieść, moja, autorów nie-tubylców, jest pseudo-aborygeńska, jest, jakby nie było, opowieścią przybysza nieznającego tej kultury. Nie twierdzę, że nie możemy opowiadać o tym, co widzimy, słyszymy, wiemy z doświadczenia interkulturalnego, ale to nie to samo, co opowiadać o tym, co się wie z dziada pradziada, na podbudowie własnej tradycji kulturowej, literackiej i artystycznej. Poza tym opowieść przybysza (obcego, innego) i tak pewnie dociera do innego czytelnika, choć autentyczna pisarsko i autorsko, nie jest autentyczna kulturowo, bowiem nie jest osadzona w tradycji twórczej tubylców. Jak Pan widzi interkulturowość jako twórca? Czy jest Pan zwolennikiem czerpania ze wszystkiego, co wpadnie Panu w ręce, a raczej – w głowę?

Ładne słowo ta interkulturowość i ja się tu mieszczę. Jestem zwolennikiem czerpania wszystkiego i z wszystkiego. Mam duszę Picassa, który inteligentnie kradł od kolegów. Popełniam też najpewniej świętokradztwo, bo na sakralnym didgeridoo gram także popularne melodie.

Skoro tak, to gra Pan Walzing Matildę?

No pewnie. Gram też Kalinkę. Nie widzę problemu we współdziałaniu kultur. Aborygeńska kultura w całości przypomina skansen, jest dość hermetyczna. Oni lubią siebie. Jeżeli biały gra na didgeridoo, jakoś to przetrwają, ale podobno bardzo protestują, jak zagra kobieta. Uważają, aby nikt nie stosował ich wzorów plastycznych, malarskich. Może to i dobre, bo wielu ludzi zajmujących się handlem sztuką ich wyzyskuje. Aborygeni trochę kojarzą mi się z praktyką Słowian. Różnica jest także w czasie. Kultury aborygeńskie to 40-70 tysięcy lat, może więcej, prakultura Słowian to małe tysiące najwyżej. Ale dusza jakby u tubylców i Słowian ta sama. U Słowian Światowid, u Aborygenów Wandjina i Rainbow Serpent. Zawsze mnie interesował Światowid, bo paradoksalnie on nie tylko jest korzeniem kultury polskiej, ale jakby prakorzeniem. Kochając słowiańszczyznę, z łatwością wdepnąłem w aborygeńszczyznę. Czasami wyobrażam sobie, że jacyś słowiańscy autochtoni występują o prawa do ziemi do Polski i Niemiec. A nawet – jak kościół do rządów. Oczywiście jest różnica między „duszą” angloceltyckich czy anglosaskich Australijczyków. Ja też myślę, że różnię się trochę od polskich poetów i poetów w Australii, na emigracji. Nie ma u mnie tęsknoty za krajem, temat: Bóg i Ojczyzna nie jest dla mnie. Nie ma we mnie nic z Mickiewicza czy Sienkiewicza, pomijając już fakt, że to tytani polskiej literatury i współczesnego sentymentalizmu.

Wnoszę, że niepublikowany wiersz: Pisarze Aborygeńscy napisał Pan pod wpływem różnorodnych doświadczeń i lektury i jest on Pana głosem w dyskusji z „czarną literaturą” oraz „czarno-białym” dyskursem mediów australijskich zajmujących się rozrachunkami z rasizmem i dyskryminacją w Australii, a w ostatnich latach – problemem tak zwanego „pojednania” tubylców z post-kolonistami. Wiersz jest problematyczny ze względu na jego przekaz polityczno-społeczny. Pisze Pan: „Pisarzy aborygeńskich prześladuje trochę / kompleks dawnego / obecnych krzywd / od białych / powinni wreszcie zapomnieć / o przykrych sprawach / z przeszłości / tym bardziej / że tamte poczynania / były dyktowane / przez Wielką Brytanię / o czym nikt nie wspomni / Aborygen obecnie / to istota skomplikowana / może wyglądać jak biały / i mieć także austriackie pochodzenie / inaczej wygląda Aborygen z ulicy / bądź z północy kraju / a członek kulturalno-politycznej elity / który ma zresztą najwięcej pretensji / martwi mnie najbardziej / bo ciągle są projekty / by zmienić Australia Day / 26 stycznia / na inną datę / powiedzmy w zimie / bo to dzień Inwazji”. Czy uważa Pan, że istotnie należy zapomnieć o tym, co się tu działo, i nie pisać o tym, co jest historią eksterminowania tubylców? Dzisiejsze czasy także nie są dla nich sielankowe, wielu z nich ciągle szuka swoich rodzin. Ta straszna historia ciągle jest w toku. Na Terytorium Północnym od 2007 roku ciągle mamy ostre wystąpienia tubylców przeciwko prawodawstwu kontrolującemu życie tubylców i ich dzieci.

Całkowicie identyfikuję się z tym wierszem. Dlatego go napisałem, choć może być uznany za politycznie niepoprawny. Uważam, że Aborygeni też powinni się z uśmiechem zwrócić do białych, a nie tylko ciągle płakać przeszłością. Aborygeni protestowali i protestują przeciwko Australia Day, ale gdy zawsze uczestniczę w tych obchodach, widzę, że Aborygeni, ale nie ich wodzowie, są zadowoleni. Biorą w tym „białym święcie” udział, śpiewają, tańczą, jedzą, bawią się. Są podzieleni. Poza tym to jest cudowny dzień także ze względu na porę roku.

Zostawmy generalizacje. Do niczego nie prowadzą. A podziały są wszędzie. Polskie społeczeństwo też było, a nawet jest, podzielone, gdy mowa o zaborach czy choćby komunistach. Nie zapomnieliśmy też nikomu obozów koncentracyjnych ani przymusowych robót, piszemy i śpiewamy o martyrologii, odkłamujemy historię, tak musi być, gdy naród leczy rany. Polacy rządzą się w Polsce sami, są u siebie i pozbyli się najeźdźców, okupantów, komunistów. Tubylcy zmierzają w tym kierunku, do wolności, do własnego dreamingu. Nie zapomnieli i nie zapomną, zwłaszcza że nadal mają na swojej ziemi „najeźdźcę”. Mają się z tym faktem ot tak pogodzić? Dlaczego mieliby zapomnieć własnych przodków, wolności, stylu życia, tradycji? Dla nich dzisiaj nie jest historią, ale kolejnym dniem problemu. Spotkałam tubylców, którzy odwołują się do historii, nawet historii różnych okupacji Polski i wierzą, że wolność odzyskają. Bo widzi Pan, ziemię rząd oddał im tylko pod warunkiem, że na razie jej nie potrzebuje, ale gdyby był tak zwany „wyższy cel”, tubylcy ziemię i tak muszą oddać.

Uważam tylko, że gdyby oni zapomnieli o tych doznanych krzywdach i po prostu włączyli się w społeczeństwo, na pewno lepiej by im się układało. Jest „reconciliation”. Już teraz są politycy aborygeńscy, lekarze, inżynierowie, no i artyści. Jest pewna różnica pomiędzy osądami Pani a moimi. Pani ma podkład naukowy, ja z kolei kieruję się intuicją i pewnym włączeniem się do zbiorowej świadomości.

Intuicją i zbiorową świadomością Zachodu, bo Pana myślenie w tej kwestii dalekie jest od myślenia, myśli i świadomości tubylców. Kultury zachodnie mają absolutnie inne od naszych systemy ekonomiczne, rodzinne, inny światopogląd, duchowość. Czy nie za bardzo Pan to uprościł? Co to znaczy „gdyby zapomnieli”? Ludobójstwa się nie zapomina, takie rzeczy muszą przejść do historii, do świadomości narodowej, światowej, ale to „przechodzenie przeszłości” w teraźniejszość ciągle jest w Australii problemem. „Reconciliation” jest próbą rozrachunku, wybaczenia i pogodzenia, co nie znaczy, że propaganda i wątłe działanie rządu rozwiąże, wyprostuje, zniweluje zaszłości i obecne roszczenia tubylców wynikające z historii, choćby z faktu przymusowej pracy i braku kompensaty, a wiemy, że w kwestii praktyk systemu, czasy współczesne też nie są dla tubylców oczywiste i jednoznaczne. Reconciliation” ma odkłamać historię, zabezpieczyć prawa tubylców do samostanowienia w różnych dziedzinach, w tym prawa do kultywowania własnej kultury, filozofii, edukacji, wychowania. Jest ciągle zbyt dużo do zrobienia, żeby tubylcy chcieli zapomnieć i o historii najazdu, i o eksterminacji, segregacji rasowej, eksperymentach na nich, próbach atomowych. Skutki nieludzkich działań Australii (Korony Brytyjskiej wcześniej) ponosimy tu wszyscy, wystarczy zmierzyć radioaktywność w Montebello, Maralalinga, Monte Bello Islands.

Tak, ma Pani rację. Powszechnie wiadomo, że każdy aktualny rząd woli pozostawić po sobie jakiś nowy obiekt – pomagając swoim kolesiom projektantom – niż budować domy socjalne czy rozwiązywać poważne problemy społeczne. Tych na „górze” nie interesuje wzrastająca liczba bezdomnych, do których należą i tubylcy, i inni mieszkańcy Australii. Oczywiście nie wierzę mediom i zdaję sobie sprawę, w jak okrutnym i zakłamanym świecie żyjemy. Jest coraz gorzej. Nie ma już autorytetów. Jakby się wszystko rozsypywało w chaos. To zjawisko globalne, obejmujące wszystkich ludzi. Jeśli w Australii na niektórych ulicach pojawiają się tablice ustawione przez autorytety rządowe z napisem „Crime Area”, to jest gorzej i nie wiadomo, co dalej. My tu w Australii mamy taki stan niewiadomej pod wieloma względami, szczególnie tego, co nazywa się tu „sprawami dotyczącymi tubylców”.

Sprawy społeczne zostawmy zatem autorytetom, a my przejdźmy do zainteresowań literackich. W świetle tego, co można powiedzieć o Białoszewskim i jego umiłowaniu neologizmów, oralności, tematyki codzienności oraz tego, co mówi pana wiersz o pisarzach aborygeńskich i tego, co Pan sam robi z obrazowaniem językowym, chciałam przywołać na chwilę poezję Lionela Fogarty’ego, który używa „mozaiki” językowej, aborygoangielskiego i wielu innych języków. Ciekawi mnie, czy zauważa Pan jakieś podobieństwa tego poety z pisarzami polskimi albo czy porównuje literaturę polską, np. zaangażowaną, z aborygeńską literaturą protestu, oporu? Oczywiście można tu mówić o tzw. podobieństwach w różnicy.

Wierszy Fogarty’ego przeczytałem tylko kilka i nie lubię wierszy Białoszewskiego, a jego prozę cenię tylko selektywnie, więc takie porównanie nie wchodzi w rachubę. Być może, gdybym skończył filologię i specjalne studia kulturoznawcze, takie jak Pani, otworzyłyby mi się klapki na literaturę aborygeńską i spojrzałbym na to, co mi Pani przysłała, inaczej. W wierszach tubylców wyczuwam tylko żal do całego świata i wieczne marudzenie o utraconej ziemi. To działa deprymująco na wszystkich mieszkańców Australii, a na dodatek tego, co mówię, ponoć nie powinno się mówić, ponieważ to politycznie niepoprawne. Jeżeli ja na przykład stwierdzę, że Aborygeni wyjątkowo dużo palą papierosów, nadużywają alkoholu, biją i mordują swoje dzieci i żony oraz demolują domy, które dostają od państwa, to na pewno ktoś powie, że ja jestem rasistą. Ja uważam, że wszyscy ludzie mogliby się doskonalić – nie ma przeszkody. Nawiasem mówiąc, największym rakiem toczącym literaturę, sztukę, politykę, dziennikarstwo jest polityczna poprawność, która jest dużo gorsza od tradycyjnej komunistycznej cenzury, bo przedtem pisarz wiedział, że coś mu tam urwą czy odejmą, a obecnie twórca kurczy się ze strachu w samym swoim wnętrzu.

Rozdzielmy literaturę od życia i sądy krytycznoliterackie od Pana krytyki społecznej, tudzież opinii krytyki socjalnej, bo to nie jest to samo. Skoro jednak poruszył Pan temat, idźmy za ciosem, gdyż zabrzmiał Pan, jakby mówił w imieniu Australijczyków. Czuje się Pan do tego upoważniony? Moim zdaniem, Australijczycy nie są zdeprymowani tzw. problemami aborygeńskimi („Aboriginal issues”), może podzieleni. W mediach i literaturze społecznej mówiło się raczej o australijskim narodowym poczuciu winy („national guilt”, co jest porównywalne do „German collective guilt” lub „German burden”), ale to od wielu lat także nie jest już dominantą w dyskursie aborygeńsko-australijskim. Australijczycy (ich większość) empatują z tubylcami: wprowadzili już wiele zmian do narodowego programu edukacji, starają się zrekompensować tubylcom ich przeszłą martyrologię i obecną post-traumę, co ciągle jeszcze reprezentują w swojej twórczości pisarze aborygeńscy. Temat ziemi jest fundamentalny w ich twórczości, ponieważ to sprawa trudna nie tylko ze względów politycznych. Ziemia to w kulturze tubylców sprawa ich systemu społecznego, wiary i religii. Musi Pan wiedzieć, że w kulturach tubylczych nie ma zachodniego pojęcia własności ani ziemi, dziecko nie jest „własnością” rodziców, a całego pokolenia, a pokrewieństwo czy powinowactwo jest tylko jedną twarzą czy stroną wspólnotowości.

Nie jestem upoważniony, ale czytam gazety i oglądam TV. Każda martyrologia musi kiedyś zrodzić nowe. Uważam, że tubylcy powinni iść tą drogą. Natomiast w literaturze szukam zawsze oryginalności, klasyfikacja „kto jest wielkim poetą czy pisarzem” mnie nie interesuje. Dla mnie poezja jest tym lepsza, im mniej w niej poezji. Proza też nie może być przegadana. Lubię w literaturze kontrowersyjne tematy i kontrowersyjne pytania, fascynuje mnie dlatego swobodny „gadany” przekaz Charlesa Bukowskiego, wyzbyty całkowicie patosu, emocji, metafor i innych poetyckich ozdobników.

I nie znalazł Pan tego ani u Fogarty’ego, ani u Białoszewskiego?

Aborygeńskie proste bajki i legendy mają więcej poezji niż Bungo Bungo Fogarty’ego. To taki modernizujący, wyjątkowo ciemny wiersz. Poeta używa w nim pomieszanego, prymitywnego języka angielskiego, a także pojęć ze świata zachodniego, które bełta i deformuje. Gdyby pisał z punktu widzenia Aborygena, pomijając kulturę zachodnią całkowicie, efekt byłby bardziej naturalny. To właściwie jest wiersz-manifest, wiersz-apel o pieniądze – Give us money, a o ile wiem, ten kraj wydaje olbrzymie pieniądze na Aborygenów, choć stanowią oni tylko 3% społeczeństwa, które ma i tak wyższe zasiłki niż reszta. Myślę, że autorowi chodzi o sławę i związane z nią pieniądze. Jest dziwna rzecz z Aborygenami. Na ulicy w Midland (Perth) wyciągają ręce po dwa dolary, specjalizują się w okradaniu starszych ludzi w sklepach czy na ulicach, szczególnie niebezpieczne są wyrostki aborygeńskie i młode kobiety, które wrzeszczą jak opętane, mając na celu zastraszenie przechodniów. Na korytarzach większych sklepów, na niektórych stacjach kolejowych, w pociągach przeważnie są specjalni guardzi pilnujący porządku. Autobusom odjeżdżającym ze stacji Midland do dzielnic takich jak Stratton lub Swan View towarzyszą samochody z napisem Trans-Perth Security. Przepraszam za tę obszerną dygresję, która akurat nasunęła mi się w związku z tematem… Moja charakterystyka na pewno nie spodoba się Pani, ale mówię o tym, co widzę dookoła i chcę być szczery, a nie dwulicowy. Szczerze mówiąc, aborygeńskiej literatury nie znam, kieruję się w swoich ocenach ogólnym wrażeniem.

Skoro nie możemy w tej rozmowie uwolnić się od problematyki krytyki społecznej, to proszę wobec tego powiedzieć, jaki, według Pana, jest ten aborygeński punkt widzenia, którego Pan się domaga, mówiąc o wierszu? Jaki ten tubylec jest w Pana rozumieniu, kto to jest albo ma być? Ma sobie siedzieć we własnym kraju i nie domagać się niczego, pozwolić na eksploatowanie ziemi, na ciągłe sprowadzanie emigrantów? Ma zrezygnować ze sprawiedliwego udziału i podziału w dochodzie narodowym, odpuścić odkłamanie historii, być chrześcijaninem, pozwalać, by w szkołach australijskich wykorzeniano jego dzieci? Nie zapominajmy, że wielu tubylców ciągle bojkotuje „białe” rządy i udział tubylców w głosowaniu uważają za kolaborację z opresorem post-kolonialnym. Komuniści w Polsce nie zdołali wytrzebić wiary katolickiej, wcześniej zaborcy – języka. To jest porównywalne, oczywiście w zakresie tak zwanej różnicy, więc, używając takiej analogii, można zauważyć, że na własnej ziemi tubylcom działa się i dzieje krzywda podobna tej, której – w okolicznościach nieco innych wszakże, ale jednak – zaznawali kiedyś Polacy. Na gruncie osobistym, nie zgadzając się z tym, co się działo w Polsce Ludowej, stawialiśmy solidarnościowy opór, emigrowaliśmy z biletem w jedną stronę, wielu z nas żyje w nostalgii, za daleko zaszło ich życie tu, aby wracać, bo mają tu już swoje wnuki, prawnuki. Bandy złodziei, o których Pan mówi, to zjawisko nie tylko australijskie, ale światowe. Procentowo tubylcy mniej piją alkoholu niż biali. Psychologia i socjologia dawno odpowiedziały na pytanie, kto i dlaczego kradnie, bije, staje się członkiem zorganizowanych grup przestępczych. Na marginesie, polscy pisarze piszą przecież także o różnych grupach społecznych, wspomnijmy Hłaskę, Konwickiego, Skowrońskiego, Nowakowskiego, wymieniając tylko kilku. Literatura światowa pełna jest takich tematów.

Z tych powodów właśnie całkiem inaczej odebrałem wiersz Mad Souls, który mi się bardziej podoba niż inne. Po pierwsze, angielski jest w nim skrótowy, a bardzo nośny pojęciowo. Fogarty przedstawia świat ze swojego punktu widzenia, nie bawiąc się w uprzejmości, a nawet obawy posądzenia go o odwrócony, czarny rasizm. Wiersz robi wrażenie swą prostotą, komunikatywnością i szczerością, jest autentyczny. Inny wiersz, Boundless Guides, ma przekaz – motto – zawarty w wersie „We miss our way of living” (zgubiliśmy naszą własną drogę). Według mnie dzisiejszy tubylec jest zagubiony, za bardzo tradycyjny, sentymentalny, ale pewnie dlatego, że taki jest, Aborygeni spełniają korzystną dla Australii rolę, chroniąc środowisko naturalne przed zakusami entrepreneurów i międzynarodowych korporacji, które by całkowicie zjadły Australię zarówno od zewnątrz, jak i w głębi ziemi. Poza tym taki tradycyjny tubylec to dobry prototyp literackiego bohatera.

Proszę powiedzieć: których twórców aborygeńskich Pan ceni i za co? Jak wpłynęli na Pana twórczość i opinie? Co z kultury czy sztuki aborygeńskiej jest dla Pana inspiracją? Może poleciłby Pan coś czytelnikowi polskiemu?

Literatury aborygeńskiej, poza bajkami, legendami i opowieściami z angielskojęzycznych książeczek dla dzieci, nie znam wcale. Bajki i legendy aborygeńskie są piękne, bo oszczędne w treści i klarowne. Kocham języki tubylcze, których nie znam, mają dla mnie wartości dźwiękowo-muzyczne. Kocham powtórzenia, np. Jorga-Jorga. O poezji aborygeńskiej dowiedziałem się z artykułu Pani. Muszę zdecydowanie powiedzieć, że bardziej do mnie przemawia aborygeński „art” i tak reaguje większość ludzi. Z artystów cenię minimalistę Rovera Thomasa, bardzo oszczędnego w stosowaniu środków wyrazu. A także najlepszego, moim zdaniem, muzyka didgeridoo, Wiliama Burtona oraz aktora i autora Ernie’go Dingo. Słucham muzyki tubylczej w australijskiej TV i radiu. Mam też CD z nagraniami didgeridoo. Naukowych opracowań kultur tubylczych nie znam; musiałbym odbywać specjalne studia, a ja tu odbyłem tylko elementarny kurs języka angielskiego w hostelu. Co poleciłbym polskiemu czytelnikowi? Jest Bangarra Dance Theatre, który mnie się najbardziej podoba. Bez schlebiania – czytać prace dr Teresy Podemskiej-Abt. Z uwagą czytałem jej rozprawy o literaturze aborygeńskiej i polskich poetach emigracyjnych, w tym także o mojej osobie. Pisane są klarownie, przemawiająco i bez tzw. hermetycznego języka, więc znajdują zwykłego czytelnika.

Domyślam się, że ta fascynacja literaturą dziecięcą i tubylczą reprezentacją ziemi miała wpływ na powstanie Forest Impressions autorstwa Pana oraz Anny i Andrew Fialów. To piękny album kolaży przedstawiających naturę, drzewa w szczególności. Rozumiem też, że inspirował się Pan opowieściami, legendami i bajkami dla dzieci w opisach ilustracji. Opowieści, mity i legendy tradycji ustnej i współczesnej literatury aborygeńskiej: powieści, dramatu i poezji, odwołują się do antropomorfizmu, naturalizmu, tradycjonalizmu i metafizyki „Dreamingu” i „Dreamtime’u”, dlatego w „tubylczej story” Natura i jej zjawiska są personifikowane. Innymi słowy, Ziemia z wszelkim na niej i w niej życiem oraz otaczające Ziemię (Wszech-)światy rozumiane są przez tubylców w zgodzie z filozofią naturalnej równowagi środowiskowej. Drzewa w Forest Impressions to żywe istoty, mówiące ludzkim językiem, myślące, obserwujące świat wkoło siebie, odpowiadające nań. A co z formą tych Pana miniopowieści, skąd ich „ustny” zapis? Czerpie Pan tu z tradycji zachodnich, w tym polskiej gawędy, legendy (najczęściej już tylko w stylizacjach, piśmiennych)? Czy z tubylczej „story”? Jak to u Pana z tą hybrydyzacją kultur jest?

Jak już wspomniałem, stosuję zbitki kultur, aborygeńskiej, pogańskiej i polskiej w jej ujęciu legendarnym, ustnym, a nawet kabalistycznym. Gawędziarstwo lubię i od niego nie stronię. Ale w gruncie rzeczy wiele dyktuje mi podświadomość i tak zwane podłączenie się do zbiorowej kultury. Rzeczy nie traktuję na koturnach. Natura sama dyktuje, podpowiada słowo i konstrukcję zdania. Dużą rolę odgrywają uczucia. Inną to, że czerpię z wiedzy, którą gromadzę całe życie. Ta wiedza się przecież, jak to Pani mówi, „hybrydyzuje”, staje się moja, niepodzielna, składająca się ze strzępów wszystkiego, czego zaznałem do tej pory. Poza tym Aborygeni także mnie bawią. Oni się dużo śmieją, żartują. I robią wszystko w swoim rytmie. Jak przyroda. Zainteresowali mnie na przykład Noongarzy, żyjący do dziś na terenie Zachodniej Australii. Widzę ich olbrzymi wkład w zachowaniu naturalnego środowiska, dzięki czemu potrafili przeżyć tysiące lat. Gdyby nie oni, jak już powiedziałem, deweloperzy zamieniliby ich kraj w stalowo-szklaną dżunglę, a tak mamy tu fantastyczne wybrzeża, podziemne jeziora, oszałamiające lasy najwyższych i najtwardszych bodajże drzew świata, a są to karri i jarrah. Dzisiaj akurat byłem nad Swan River, gdzie rzeczone plemię ma swój szlak. Teraz na tym wybrzeżu są ciekawe znaki i informacje o starych dziejach. Lubię czytywać wszelkie tablice, toteż znalazłem tam skrótową wersję mitu Rainbow Serpent, który jest kreatorem lądu i wody.

Mitologiczne imię tego kreatora w języku Noongar to Waakal, zwany też przez Noongarów The Giant Serpent, Wielki Przodek. Wyżłobił on swym ciałem koryta wodne i doliny, gdy zmierzał do ujścia Derbal Yerrigan, czyli Swan River. Obserwując swoje dzieło, lubił wylegiwać się w Boorloo, czyli w Perth. Ciekawi mnie, jak Pan rozumie mit i ile według Pana jest prawdy w micie tubylców australijskich?

Mit jest dla mnie rodzajem zbiorowej podświadomości, która się ujawnia przez przekaz ustny, ale nigdy pisemny, co dokładnie ma miejsce w wypadku australijskich Aborygenów. Zapisy tych mitów są literackie, więc nie są mitami oryginalnymi, bo nie wynikają z podświadomości, a z myślenia i świadomego aktu kreacji. Ile w micie jest prawdy? To ja się zapytam o mit, który jest uważany za realność przez dużą liczbę ludzi. Chodzi mi o mit stworzenia świata i kierowania tym światem przez istotę nazywaną przez wiele religii Bogiem. Muszę przyznać, że mit aborygeński jest mi bliższy, ponieważ to jest tak jakby natura tworzyła naturę, więc stworzenie odnosi się do istot i dziejów ziemskich. Mit tubylców bez wyróżniania spośród innych istot sytuuje człowieka na Ziemi i poza nią. Chodzi w nim o współdziałanie ze środowiskiem naturalnym. Wszystko i wszyscy są w relacji. W drugim wypadku, upersonifikowany Bóg tworzył w Genesis wszystko i z niczego. Na dodatek mowa jest tu o hierarchizacji istnienia i życia. Mity aborygeńskie wiążą się z dreamtime’m, czasem, w którym występują istoty, które można sobie wyobrazić, jak Rainbow Serpent i Wangina. W micie naszej kultury jest przedstawiony Bóg w postaci człowieka i to do mnie zdecydowanie mniej przemawia. To oczywiście osobista opinia. Nie przekonuję do niej nikogo i nie wypowiadam, aby obrażać kogokolwiek. Ja tak myślę i uważam, że mam prawo do własnych poglądów.

Gdy mówił Pan o Rainbow Serpent, pomyślałam o ikoniczności i międzykulturowym wymiarze tego pojęcia, bo przecież w różnych kulturach i językach tubylczych mamy różnych kreatorów, a zatem dobrze będzie tu przytoczyć pojęcie aborygenalizmu, które zaproponował dawno temu Mudrooroo, a które miało pod wieloma względami połączyć australijskie społeczeństwa tubylcze. Otóż aborygenalizm to ideologia i praktyka scalania różnych kultur tubylczych, ich systemów metafizycznych takich jak Alcheringa (bo Dreamtime to koncept i słowo angielskie na określenie epoki przedhistorycznej lub systemu religijnego) i egzystencjalnych (np. kinship). Bez wątpienia aborygenalizm rozumiany jest także politycznie, jako wzmocnienie pozycji tubylców w Australii w walce o różne kwestie społeczno-polityczne i prawa. Jak Pan postrzega aborygenalizm w sztuce, muzyce, literaturze? Jak Pan go widzi ze swojej perspektywy, perspektywy imigranta, imigranta-pisarza, imigranta-malarza? Czy aborygenalizm jest porównywalny według Pana do „etniczności”, „polskości”, separatystycznej idei?

Aborygenalizm to dla mnie jakby wzmocniony etnicyzm. Ma większą siłę przebicia niż polskość. Porównajmy Kukułeczkę polskiego zespołu tańca w Perth z obrzędami i muzyką Aborygenów, albo z takim Yothu Yindi, który bardzo mi się muzycznie i scenicznie podoba. Naturalnie, tubylcy są tu dłużej niż ktokolwiek. Poza tym trzeba pamiętać o tzw. poczuciu winy najeźdźcy, wcześniej nazywanego kolonizatorem. Polski Aborygen, za którego się uważam, bo łączę te dwie kultury w różny sposób, ma w Australii praktycznie szansę zerową. Separatyzm i Aborygenów, i Polaków, i Greków czy Chińczyków jest raczej widoczny, mamy tu przecież multum gett, co dzielnica to inne.

Jak według Pana tubylcy mieliby się mieć w wielokulturowości australijskiej, o której generalnie, jak wynika z naszej korespondencji, nie ma Pan najlepszego zdania, a przez tubylców jest ona, w postaci jaką tu znamy, odrzucana ze względu na jej wydźwięk społeczno-polityczny, innymi słowy, mamy tu kulturę głównego nurtu, gdzie „wielokulturowi” i tubylcy wpisani są w ten nurt. W wierszu Jeszcze raz o Multi Multi Multi pisze Pan, że „społeczeństwo australijskie jest / piękne na obrazku jak rodzina w albumie / na Facebooku”. Co więcej, podmiot poetycki „czasami myśli”, iż „przydałaby się jedna / uniwersalna jak rodzinna / kultura / bowiem wygląda to tak / że jakby nawzajem / musimy się wszyscy kochać / […] / wychodzi że nawet lekkie / odchylenie od pionu / to rasizm godny potępienia”.

Multikulti, jak nazywam wiele kultów różnych kultur, to koncepcja opracowana bodajże przez Polaka, profesora Zubrzyckiego, przy biurku, a więc nieco sztuczna. Myślę, że Aborygeni od początku woleli być jedynymi mieszkańcami Australii, więc czują się trochę zazdrośni. Tubylcy są dość dobrze zorganizowani politycznie, ale mają za mało specjalistów. Ale będą mieli, bo mają już prawników wygrywających sprawy odszkodowań różnego typu. Myślę, że filozofowie od wielokulturowości, aktywiści aborygeńscy i „greeny” żyją w Australii jak w Lalalandzie. Rzeczywistość tylko od czasu do czasu ich budzi, po czym znowu wpadają w mrzonki, czemu sprzyja klimat i przyroda. A słyszała Pani, że tubylcy potrafią hibernować? Ja myślę, że hibernują tu głównie politycy.

No tak, mówi się, że Australia to kołyska świata. Co do hibernacji, to istotnie czytałam w jakimś piśmie naukowym, że tubylcy w Centralnej Australii mają dużą odporność na bardzo niskie nocne temperatury pustynne i że dreszcze wskutek zimna mają dużo później niż inni, co znaczy, że ich system regulacji termicznej ciała jest lepszy niż nasz. W Australii Południowej różnice temperatur z dnia na dzień sięgają czasami 25 stopni, a takie zmiany w ciągu tego samego dnia także są tu znane. Zdecydowanie wolę pustynię w jej wiosennym lub jesiennym wydaniu, gdy odsłania połacie ukwieconej we wrześniu ziemi. Pan powiedział mi kiedyś, że naturalne wiosenne, pustynne ogrody Western Australii działają na Pana jak balsam. Mam też w pamięci piękne strofy Pana wiersza – Warmun: „Marzenia i sny / przybierają swój konkret / w naturalnym pigmencie / tłuczonym ciemną ręką / czerwony pustynny pył / poranne gwiazdy o świcie / śpiew cieni kolorami ochry / śpiew nieba kolorami tęczy / chmury tańczące w rytm didgeridoo / wąż wychodzący z rzeki / eukaliptusy niby duchy / wypełniające pejzaż bielą”. W Warmun mamy do czynienia z bardzo plastycznym obrazowaniem, można by też na jego podstawie stworzyć etiudę sceniczną. Rozumiem ten zachwyt, bo sama jestem naturą australijską i tubylczą filozofią oraz literaturą zachwycona. Nie ma w Australii miesiąca, który nie zmieniałby koloru tutejszych wód, pól, gór, roślin: same tylko eukaliptusy mienią się dziesiątkami barw i setkami odcieni. WA jest w tym względzie niezwykle bogata. Gdy tam przez jakiś czas mieszkaliśmy, zauroczona byłam skarpami i lasami pełnymi blackboys, które szczególnie na zboczach wyglądają jak armia wojowników idąca na wojnę. Korony tych drzew sprawiają wrażenie szerokich kapeluszy lub czap wojów, ponad którymi pewnie i bojowo wychylają się ogromne maczugi. Zawsze, gdy to widzę, mam wrażenie, że blackboys to uzbrojeni w dzidy i maczugi tubylcy, którzy idą na krwawą bitwę z brytyjskim najeźdźcą. Myślę też, że gdyby tubylcy byli w stanie ochronić swoje faliste, wielobarwne, morenowe pola, swój „land”, nie byłoby dzisiejszych post-kolonialnych rozrachunków, a może i nas tutaj. Inna rzecz, że znając i wykorzystując busz, chaszcze i klimat, tubylcy przetrwali „biały” napór i trwają. Jeszcze inna, że uwarunkowania terenowe i klimatyczne chroniły tubylców i australijską naturę, dlatego też Australia może dziś być taka, jaka jest: z jednej strony – pełna protestów przeciwko kopalniom, z drugiej – fascynująca ludzkimi zmianami linii brzegu oceanu. Ale wróćmy do Pana wierszy. Australijska natura wywołuje w Pana podmiotach asocjacje polskie, w zarysowanych scenach pojawia się natura polska, polskie krajobrazy, Bałtyk, plaże, bursztyn. Można byłoby powiedzieć, że Pana bohaterom przeszkadza pamięć. Tęsknią? Nie wrastają? Co w krajobrazie australijskim jest najważniejsze, najbliższe Pana duszy? Przytoczony tu wiersz to nie tylko zapis piękna przyrody, ale dialog z nią i kulturą australijską, a także zaakcentowanie obecności tubylców.

Przyrodę odbieram spontanicznie i żywiołowo, ale ponieważ pół życia spędziłem w Polsce, siłą rzeczy nasuwają mi się porównania. Nie wiem, co mi z wiersza wyjdzie, czasami mam w głowie tylko jedną lub dwie linijki, a resztę dopowiada wyobraźnia i podświadomość. Bardzo mi się natomiast spodobało Pani porównanie blackboy’ów do czap wojowników. Jest ono absolutnie świeże. Ilustratorzy z Anglii przedstawiali blackboys bardzo malowniczo i sentymentalnie, z bardzo długimi, cienkimi pniami i długimi „ogonami” (kwiatami tych drzew), ale ja ich tak nie widzę. Widzę pełno krępych, ba, groźnych, jak Pani mówi, wojowników, ukrywających grozę pod tymi rozwichrzonymi czapami. A ich ogony nie są proste, ale pokręcone. No i właśnie, znów ma Pani rację, gdyby dokonać analogii, to tubylcy australijscy nie są jednolici, a imigranci nie są masą.

Jeden z Pana podmiotów poetyckich mówi: „Święte krowy tego lądu / a raczej wody w Oceanach / to rekiny / […] / są / źródłem psychicznej i fizycznej tortury ludzi / są pod ścisłą ochroną prawdopodobnie / zgodnie z ekologią / […] / ludzie chętnie skosztowaliby rekina z chipsami / jak było dawniej / w czasach Złotego lata”. Pomijam tu kontekst polityczny wiersza, bo interesują mnie teraz te rekiny, a raczej strach przed nimi. Tak normalnie i fizycznie rzecz biorąc, Pan codziennie pływa w oceanie. Boi się Pan rekinów? Nie boi parzących meduz? Pływając w tej czystej i groźnej jednocześnie wodzie, można przecież na przykład nie zauważyć codziennej wędrówki słońca i raptownego przypływu i wtedy nieborak pływak znajdzie się parę kilometrów od brzegu. Ktoś nad Panem wtedy czuwa? Może św. Antoni? Referuję oczywiście do bohatera Pana Prywatnej Australii.

Pływam ostatnio w North Beach Mettams Pool, gdzie jest duża rafa koralowa, ale nie wypływam poza nią, bo nie jestem ryzykantem. Ale „surfiści” to robią i żaden święty im nie pomaga. Niepotrzebnie giną. Jako wędkarz uważam, że należałoby zmniejszyć liczbę rekinów, bo one zjadają też mnóstwo ryb. Ochrona rekinów jest przykładem tak zwanego poprawnego politycznie myślenia u ekologów. Rekinów jest za dużo, ale każdy boi się powiedzieć, że można by wrócić do zjadania ich, oczywiście w granicach rozsądku. Naukowcy kluczą i mówią, że nie znają ich dokładnej liczby. Po co to wszystko? Może nie jestem poprawny, ale cieszę się, że w niektórych afrykańskich krajach wraca handel kością słoniową i futrami zwierząt. Są pomysły paranoiczne, z jednej strony na przykład mamy zakaz wyścigów chartów, chociaż są to psy używane od zawsze do pogoni, z drugiej – rozpowszechniamy wyścigi konne, w których koń poddany jest niehumanitarnemu dźwiganiu jeźdźca. Wracając do pływania, to paradoksalnie w polskim Bałtyku, który zmienia kolory w związku ze zmianami pogody, których tutaj w Perth akurat nie ma, znajdowałem „polskie rekiny”, czyli deski ze statków ze sterczącymi gwoźdźmi bujającymi się na fali. Trzeba było się ich bardzo wystrzegać, prawie tak jak tutejszych rekinów. Bałtyk rzeczywiście zmieniał barwy. Tam ciągle dużo chmur. Kiedyś o mało się nie utopiłem, bo woda wciągała mnie w kierunku Szwecji. Ale mocnym grzbietowym, byłem już wtedy niezłym pływakiem, wyzwoliłem się. Przy mnie utopił się mężczyzna. Mimo że nie jestem religijny, wierzę w czuwanie, bo z wielu wypadków wychodziłem bez szwanku, a nawet gdy fala mnie oddalała od brzegu, zdołałem się uratować. Kiedyś pracowałem w pobliżu Teresina jako radca. Odwiedzałem Niepokalanów. Być może czuwa nade mną nie św. Antoni, ale ojciec Maksymilian Kolbe. Nie wiem, czy to jest anegdotyczne, ale od lat noszę przy sobie wszyty w portfelu medalik Matki Boskiej z Niepokalanowa. Meduzy są ponoć tu bardzo nieprzyjemne, ale moim zdaniem najważniejsze jest utrzymanie złotego środka. Na wszystko.

Mówiliśmy kiedyś, że ziemię australijską prześwietla słońce, zmieniając przestrzeń i roślinny w suchawe jakby, a ciągle niezwykle kolorowe, szaro-niebiesko-zielonawe i żółtawo-koralowo-czerwone lawiny nieokiełznanej niczym natury. We mnie budzi to przeogromny podziw i pobudza całkowite utożsamienie z przyrodą, zatem z naturą, niebem, wodą, kosmosem. Doznaję tego wrażenia zawsze, gdy podróżuję. Ostatnio uczucie to ogarnęło mnie w północno-wschodnim Queensland. W momentach takiego utożsamienia człowiek czuje się jednym z mrówką i z paprocią, z kamieniem i ziarenkiem piasku. Od południa do głębokiego popołudnia wszystko, co na ziemi australijskiej się znajduje, na pustyniach czy nad oceanem, także w przepastnych przestrzeniach Zachodniej Australii, którą Pan zna, obejmuje fatamorgana, w której można się poczuć przestraszonym ogromem złudzenia i wielkością niewiadomego, a także znamienną o tej porze sennością krajobrazu. To fatamorganiczne migotanie w słońcu z jednej strony otula, pieści cały krajobraz i ląd, z drugiej – nakazuje człowiekowi respekt przed Naturą i jej siłami. Mnie moment odczucia tego strachu szybko mija i niepojęte nie raz pozwoliło mi w siebie wejść i poczuć jego tajemnicę. Ta tajemnica, tajemnica ziemi, przestrzeni, oceanu i nieba Australii manifestuje się z wielką mocą. Nieprzeniknienie Natury i piękno przyrody oraz najczystsze ich doznanie leży u podstaw tubylczego (ale nie tylko tubylczego, jeśli się zastanowić i nie ulegać „australijskiej euforii”) holizmu i naturalizmu, idei całkowitego podporządkowania siebie i życia mocom od człowieka niezależnym, dzięki którym „land” – ziemia – staje się nie tylko ostoją człowieka, ale praźródłem istnienia i bytu, a także ludzkiej i nie-ludzkiej duchowości, zakorzenionych i kontynuowanych do dziś w stale trwającym dreamingu. W tymże, na pustyni czy nad oceanem, możliwe jest wszystko, co najpiękniejszego spotkać może człowieka: w języku ciała i brzmienia można nocą pogadać z foką radośnie siedzącą na łagodnej fali, posłuchać eukaliptusa wskazującego drogę do źródła wody, ugiąć się przed groźnie mruczącą skałą. W takich miejscach możliwe jest uduchowienie absolutne i „czyste”, „przezroczyste” (?), rozumienie (siebie i otaczającego świata). Słowa takie jak „stworzenie”, „kreacja”, „kreator”, „stwórca”, a także „istnienie”, „byt”, „śmierć”, „życie” nabierają głębi, ich znaczenie staje się jasne, klarowne, czyste, mocne, absolutne; niemożliwe do odczytania, objęcia, zrozumienia z tą samą siłą pośród zgiełku miast: „na betonie kwiaty nie rosną”. To jest tylko możliwe w czasie spotkań z wielkimi dostojnymi białymi eukaliptusami szepczącymi cicho do zachodu słońca, z drzewami karri sięgającymi do nieba, z mruczącymi coś na pół-groźnie, na pół-sennie i mitycznie podziemnymi grotami i jeziorami. Na długich dziesiątki kilometrów wybrzeżach, gdzie skały, białe wydmy, masy groźnej lub lazurowej wody mówiły i śpiewały, grzmiały lub zawodziły pod spadającym na głowę niebem; doznawałam z mężem wiele razy tego, co nazywa się w naszym języku rajem. Na ten australijski raj spoglądaliśmy często z wysoka, z gór i wtedy, patrząc na ukształtowanie ziemi, zrozumiałam, jak mi się wydaje, mit Tęczowego Węża, Kreatora – Biamie. Czy przeżywa Pan takie objawienia? Jak Pan odczuwa przyrodę w tańcu z kulturą? Gdzie jest granica (albo co ją stanowi) oddzielająca Pana od tubylczej idei własności i pojęcia ziemi, od aborygeńskiej filozofii, muzyki, malarstwa, mitu?

Jeżeli chodzi o wrażenia i przeżycia, o których Pani mówi, to szczególnie mocno je odczuwałem w pierwszych latach mojego pobytu na tej Ziemi i obok tej Wody. Później stawałem się jakby elementem natury, małą drobiną zharmonizowaną w całość i dziś już nie patrzę na naturę z boku, z góry czy z dołu. Traktuję ją jak coś w rodzaju mojej własnej ręki, własnego oka i własnego słuchu. I to, myślę, jest to, co już nie jest granicą, a utożsamieniem z tubylcami. W sensie kultury oddzielają mnie od Australii zasady i przepisy cywilizacyjne. Krótko mówiąc, tu z jednej strony jest Matka Natura i jej prawa i zwyczaje, a z drugiej – Królowa z całym garniturem zarządzeń i sposobów zachowań, a nawet myślenia. Dzisiaj w telewizji Polsat usłyszałem ciekawą rzecz. Kościół wprawdzie toleruje kremację, ale potępia rozsypywanie prochów np. do oceanu, bo to jest rodzaj gloryfikacji Matki Natury, a nie Boga. Według Kościoła tak rozsypane prochy nie mają szansy na powstanie i Sąd Ostateczny. W filozofii i twórczości tubylców natura i kultura idą razem, widać to szczególnie dobrze w malarstwie. W społeczeństwach tubylczych panuje na przykład reguła naturalnej adopcji, to także bardziej naturalne niż w kulturze zachodniej. A z oddawaniem tubylcom ziemi to trudna sprawa, ale robi się tu, co na dzisiejsze warunki jest możliwe. Pani pisała nawet w „Przeglądzie Australijskim”, że tubylec Bill Neidjie odzyskał swoją ziemię w Kakadu, a później oddał jako Park Narodowy społeczeństwu australijskiemu. To daje człowiekowi Zachodu do myślenia, bo taki akt jest działaniem wspólnotowym, dobrym i dla człowieka, i dla Natury. Tubylcy na początku przyjmowali „białych” na zasadach wspólnotowych, ale – że nic oprócz zagłady i opresji nie otrzymywali – zaczęli walczyć. W Perth znana jest historia Yaghan’a, wojownika, który stanął w obronie Noongarów. Nie tak dawno postawiono mu pomnik. Była też kobieta, Fanny Balbuk Yooreel, która zapisała się w historii Perth jako ta, która stale odwiedzała zasiedlane przez kolonizatorów i osadników miejsca Perth i powtarzała, że należą do jej plemienia, przy czym opowiadała historię tych miejsc, znaną jej z własnych doświadczeń i opowieści plemiennych, nazywając te miejsca w swoim języku.

Znam te historie. Fanny dbała o tradycje. To jej wędrowanie po Perth to taki walkabout. Ginibi, Ruby Langford, pisarka aborygeńska, opowiadała mi o swoich walkabouts, które uprawiała do końca swoich dni na tej ziemi. Fascynujące jest to, że walkabouts to stałe odnawianie wspólnych i jednostkowych historii ludzi i miejsc. W ten sposób miejsca, ziemia, przyroda, ludzie, historia żyją w pamięci i świadomości zbiorowej. Dziś Perth ma niepowtarzalną atmosferę ze względu na silne artystycznie społeczeństwo tubylcze. Mieszka tam Kim Scott, pisarz tubylczy, nagradzany wieloma ważnymi literackimi nagrodami. Mieszkaliśmy w North Perth przez jakiś czas. Ułożeniem ulic jest podobne Adelajdzie, ale oczywiście Perth jest znacznie bogatsze; imponuje szybkimi arteriami samochodowymi, ekskluzywnymi sklepami, kawiarnianą atmosferą, a także śliczną architekturą kolonialną. Zachwycały mnie tam wschody i zachody słońca, zrywy ptaków, ich tokowanie, i wielce przyjazne delfiny, z którymi „pogadywałam” nie raz. Dziś ciągle widzę rozpływające się w słońcu krajobrazy, sylwetki, trawy, eukaliptusy. Z zachwytu zatrzymywałam samochód, żeby się napatrzeć na drgający krajobraz słonecznego popołudnia. Wiosną zachwycałam się kwitnącymi polami, naturalnymi ogrodami Zachodniej Australii. Jesienią – dzikimi parkami, białymi eukaliptusami, ciekawymi okolicami Perth: lasami, piaskami, sadami oliwnymi, zwierzakami wynurzającymi się z zacisza. Jestem w Perth zakochana. Dla mnie to najpiękniejsze miasto Australii, a jego oddalenie od pozostałych miast, ten niesamowity dystans do każdego innego stanu, pustynie i ocean wkoło, czyni je wyjątkowo otwartym na nowych przybyszy. Pomówmy chwilę o Pana walkabouts i codzienności w Perth.

Moja rzeczywistość perthska to dla mnie życie i tworzenie w Australii, a Perth to moja codzienność podzielona na dwa sezony. W lecie tryb życia jest inny niż w zimie. Jak obliczam, lato jest tu bardzo długie, około 6-ciu miesięcy prawie codziennych wyjazdów na plażę, rowerem. Mieszkam relatywnie blisko oceanu. Jestem dziwnym człowiekiem morza, nie pływałem nawet na żaglówce. Oczywiście trochę pływam, zwłaszcza stylem grzbietowym. Lubię leżeć na piasku i tajnie obserwować przez lornetkę ludzi. Nie chodzi mi o sprawy damsko-męskie. Obserwuję reakcje ludzi. Gustaw Flaubert, którego uważam za najlepszego pisarza w sensie warsztatowym, godzinami obserwował ze swojego pokoju przez lornetkę życie na rzece, wypędzając swoją kochankę, która mu w tym przeszkadzała. Zbieżność charakterów lub nie, ale i sam prowadzę gospodarstwo domowe i lubię gotować. Moje życie jest proste. Ja uwielbiam codzienność. Uprawiam prymitywną gimnastykę, od lat trenuję mięśnie brzucha prostymi ćwiczeniami. Jestem nietypowym Australijczykiem, a może i Polakiem, bo mało interesuje mnie sport, zwłaszcza piłka, ale zauważyłem ciekawą rzecz, gdy przypadkowo włączyłem niedawno telewizyjne sprawozdanie z Mistrzostw Paraolimpijskich. Zachwyciłem się pływakiem bez rąk, który był szybszy w stylu grzbietowym, moim ulubionym, niż zawodnicy posługującymi się rękami. Moją powszednią australijską rutyną jest poranne pisanie, malowanie, granie i słucham dużo muzyki klasycznej, z rozrywkowej – wyżej cenię jazz niż rock. Często jestem na plaży, a gdy wracam, trochę czytam. Dużo oglądam telewizji, głównie dokumenty. W zimie, która trwa jakieś cztery miesiące, czytam i piszę więcej. Jestem człowiekiem o skromnych wymaganiach. Jedyny mój luksus to dwa rowery i kilka aparatów fotograficznych. Gdy jadę komunikacją miejską, widzę jak ludzie spoglądają na swoje elektroniczne ekraniki. Ja wolę patrzeć przez okno. Nie mam nawet komórkowego telefonu. Lubię nieskomplikowany sposób bycia i nie mam zbytnich wymagań. Paradoksalnie, jak już wspomniałem, wiek emerytalny tutaj jest sposobem na życie. Wymogiem otrzymania australijskiej emerytury nie było na szczęście zbieranie okresów pracy, ale dziesięcioletni pobyt. Obecnie dzięki porozumieniu polsko-australijskiemu mam dwie emerytury: australijską i niewielką polską. Dobrą stroną tego układu są moje finanse, bowiem polskiej emerytury nie odliczają mi od australijskiej, więc ten dochód mi wystarcza. Gdyby ludzie byli niezawistni, umiarkowani w potrzebach, nienawidzący wojen, z natury pacyfiści, jak ja, nikomu niczego nie zazdrościli – świat byłby zupełnie inny. Nie wiem, dlaczego każdy chce być lepszy od drugiego, mnie wystarcza, że jestem i mogę być gdzieś w środku, bez chorego celu i zbyt wysokich aspiracji. Dlatego Perth jest idealnym dla mnie miejscem moich wędrówek.

Co Pan teraz pisze?

Systematycznie piszę coś w rodzaju dziennika, ale to dziennik szczególny, o czym z góry informuje jego tytuł, Aforyzmy, czyli dziennik bez dat. Nie są to klasyczne maksymy o dobrze i pięknie, wprost przeciwnie – o prostym, zwyczajnym życiu. Materiałów dostarcza telewizja Polsat swoimi porannymi Wydarzeniami. Jak obserwuję Polskę z mojego dystansu, czyli z TV, Internetu, Facebooka, to stała się ona brutalniejsza, zarówno pod względem życia, jak i klimatu. Czasami jest tam tak gorąco jak w Australii, z tym, że w Perth po upale nie ma burzy.

Czego nie wolno Panu przerywać? Pewnie snu, ale chętnie weszłabym do niego, żeby zaspokoić swoją ciekawość. O czym Pan ostatnio śni? O bohaterze nowego tekstu, pisarzu na księżycu, który chciałby tam wyhodować róże? Był Pan w snach na księżycu, Adamie?

Nie lubię, jak mi się przerywa cokolwiek, czym jestem zajęty, ale jestem dość towarzyski z zasady, więc nawet w niespodziewanych sytuacjach mam dobry humor. Mam mocny sen. Najkoszmarniejszym jest dla mnie sen, gdy się czołgam w bardzo wąskim tunelu i do tyłu już się nie mogę cofnąć, a wyjście jest bardzo niepewne, na przykład zamknięte kratą w malejącym, jak na nie spoglądam z dala, okienku. Róż jest pełno w ogrodach australijskich, więc nie śnię o księżycowej róży, ale ciepło, ciepło, ciepło, bo śnię nie o księżycu, ale o planecie Mars. W tym śnie dwie rzeczy mnie fascynują. Jest to wprawdzie czerwona planeta, ale zarówno wschody, jak i zachody słońca są w kolorze zimno-niebieskim. Poza tym fascynuje mnie jeden jasny punkt, który oglądam z tej planety. Jest nim Ziemia. Słońce jest małe w porównaniu z Ziemią i odczuwa się głęboką tęsknotę i nostalgię. Przyśniło mi się, że znalazłem się na Marsie z biletem w jedną stronę, jak zresztą planują bogaci ludzie, którzy chcą skolonizować tę planetę. Jest to sen pełen lęków i obaw, więc wielką radość sprawia obudzenie i światło słońca, które teraz wcześnie wstaje. O tym pisaniu jeszcze. Na zimę planuję rzecz o tzw. świetlistym tunelu, który ponoć widzą ludzie w czasie śmierci klinicznej. Gdy się budzą, z niechęcią powracają na ziemię. Ten tunel jest podobno bardzo optymistyczny i jasny. Czekają tam zmarli krewni, aniołowie, a nawet czasami pojawia się sam Chrystus. Ja chcę napisać, co się dzieje po przejściu tego tunelu. Będzie to moja fantazja.

Tak przypuszczałam, Pana sny są niesamowitą inspiracją, życzę wielu. Schodzimy jednak z Marsa na Ziemię, gdzie jest Pan zasiedziałym perthczaninem, idealnym beach bumem, jak Aussies kocha powietrze i słońce i jak prawdziwy imigrant „przeżył Pan Australię”, „opanował Pan sztukę przetrwania w Australii” i po latach wie, „jak być w Australii normalnym”. Referuję tymi określeniami do tytułów i mocno satyrycznych opowiadanek Roberta Treborlanga, którymi nie tylko szkoliłam angielski w latach osiemdziesiątych, ale były one potwierdzeniem, że moje sądy o Australii podzielał także ktoś inny. W tamtym czasie, podobnie jak pamflet Anity Heiss czy Lionela Fogarty’ego, satyra Treborlanga była dla mnie swego rodzaju apteczką (czy zestawem pierwszej pomocy), w której było antidotum na szok kulturowy. Polecam, jeśli Pan nie zna.

Dziękuję za kolejny tytuł, postaram się podążyć za Pani sugestią.

Będziemy powolutku kończyć; porozmawiajmy chwilę o Pana twórczości graficznej i malarskiej. Mówił Pan, że rysuje i maluje od dziecka i nie oddziela literatury od innych sztuk. To trochę jak tubylcy australijscy, z którymi współpracuję. Wspomniany już Lionel Fogarty zmierza na przykład do wypracowania nietradycyjnego zapisu wiersza, w którym dałoby się połączyć pismo, rysunek, nuty, znak i ich manifestacje: gest, taniec, światło, żywy obraz, mowę, muzykę, śpiew, głos i dźwięk różnego typu. Najprościej mówiąc, chodzi mu o wiersz w zapisie multimedialnym, przekazie oralno-wizualnym. Oczywiście dziś sztukę zapisu i przekazu koncepcji artystycznych wspomaga film, teatr, komputer, laser, różnorakie publikatory. Tubylcy są pod tym względem niesłychani. Po niesamowitej ilości i różnorodności Pana grafik, malunków, nagrań, prozy, wierszy, które od Pana otrzymywałam, Pana twórczość jawi mi się mozaiką, kolażem, tworem artystycznym, w którym każde medium ma te same prawa. To dla mnie taki „multigłos”. Jednocześnie widoczna jest, wybaczy Pan, niespotykana oszczędność materiału słownego i fizycznego, bo maluje Pan i pisze na kartkach, karteluszkach, skrawkach papieru. Na nich – dorysowuje, domalowuje, wszystko aż kipi szczegółami. Pana żona, Anna Fiala, napisała mi kiedyś, że w Pana domu „brakuje szaf na różne artefakty”. Zaobserwowałam też coś innego – kreskę, położenie farby pędzlem, skróty mentalne. Odczuwam to wszystko jako pośpiech i zatłoczenie, jakby Pan nie potrafi z niczego zrezygnować. W efekcie zamazuje to klarowność treści obrazu i utworu. Co Panem kieruje? Jaki jest w tym działaniu sens i cel? Szuka Pan idealnej formy wypowiedzi artystycznej? Dba o lasy i środowisko? A może skrawek papieru czy kalka uzupełnia Pana wizję artystyczne??Może to dopełnienie słowa? Czy bardzo się pomylę, jeśli powiem, że tworzy Pan swoje własne pogranicze między realnym a nierealnym, prawdą a nieprawdą, rzeczywistością a snem?

Pani ma wielką intuicję i wiedzę oraz dar spostrzegawczości i wrażliwości, bo od razu mnie Pani rozczytała. Od „a” do „zet”. Wszystko u mnie bierze się jakby z mojego wewnętrznego kosmosu snów, barw, pomysłów, słów. I rzeczywiście mam tego dorobku tyle, że już go nawet nie sprawdzam. Sprawia mi nawet kłopot z uwagi na ograniczoność dostępnych mi pomieszczeń, dosłownie i niedosłownie. Nieskromnie mówiąc, ja jestem bardzo multimedialny, ale paradoksalnie mam bardzo skromne możliwości i środki przekazu. Nie stać mnie na teatr, widowiska, instalacje, a obecnie nie mam nawet potencjału zrobienia przeciętnego wideo. Ale ja ten mój wielki teatr mam w sobie, on jest wewnętrzny. Jeżeli chodzi o grafikę i malarstwo, to albo inspiruję się materiałem zbieranym z gazet i pism, albo stawiam kreskę lub robię barwną plamę i patrzę, co dalej. Kocham wszelką improwizację, co jest podobno naturą każdego Polaka. Dlatego skończyłem też z mazurkami Szopena i zacząłem grać jazz, bo jazz można grać za każdym razem zupełnie inaczej. Słowem, moja metoda przypomina trochę sposób malowania Johna Pollocka, z tym że ja uważam się za pół-abstakcjonistę. Czysta abstrakcja wydaje mi się ślepym murem, jak to kiedyś stwierdził Van Gogh. Rozumiem, że pewną moją wadą jest nagromadzenie zbyt dużej liczby elementów, dlatego też przy swojej spontaniczności staram się być obecnie bardziej oszczędnym. Ma Pani rację, naprawdę pracuję bardzo szybko, ale się nie śpieszę, to jest mój naturalny rytm. Na pewno nie mam cierpliwości do tworzenia sztuki typu Vermeera. Moim ideałem jest Picasso. Nawet jego bezpretensjonalny sposób życia bardzo mi odpowiada. On też nie lubił czystej abstrakcji. Jako grafik kocham wersy. Wersy na białej kartce papieru tworzą obraz i jest dużo oddechu, ten oddech jest mi potrzebny, bo ja trochę cierpię na klaustrofobię. Do papieru mam szczególny stosunek, po prostu go kocham. Wyrzucenie kawałka czystego papieru sprawia mi prawie fizyczny ból. Mam mnóstwo używanych czystych kopert, nawet po urzędowych listach, które przechowuję i wykorzystuję. Bywało, że dawniej na skrawkach takich listów robiłem miniatury. Zbieram też foldery i reklamówki i maluję na nich swoje dziwne stwory. Nie jestem pierwszy. Picasso robił rysunki tuszem na gazetach. Jeśli chodzi o pisanie wersem, to wczoraj czytałem kryminał o śmierci Jana Pawła I i zainteresowało mnie w tym tylko kilkanaście stron, na które natychmiast zapragnąłem odpowiedzieć, więc we własnym stylu, na jakimś starym karteluszu, napisałem wiersz o trzech papieżach. Nie oszczędzam papieru z troski o lasy, bo myślę, że lasy nie są tak bardzo zagrożone, ponieważ większość papieru wykorzystuje się powtórnie. Nie wyrzucam słów zapisanych, bo stanowią całość z materiałem, na którym zostały zapisane.

Nawet, gdy to jest kicz albo gdy ryzykuje Pan opinię wtórności, powielania się, epigonizmu?

Gustów i upodobań jest tyle, ilu odbiorców.

Panie Adamie, dziękuję za rozmowę. Miejmy nadzieję, że jest ona ciekawym przyczynkiem do rzeczywistości australijskiej, aborygeńskiej i polonijnej, a w rzeczy samej – prawdziwym zapisem naszej ich wizji i recepcji oraz – nie da się tego uniknąć – nas samych.


 

Adam Fiala

W młodości podziwiałem Gustawa Flauberta. Cały dzień potrafił spędzić nad kartką papieru i z tych wszystkich skreśleń pozostawało czasami tylko jedno zdanie. Tak powstała Pani Bovary, arcydzieło. I wtedy z przekory postanowiłem unikać arcydzieł, pójść drogą spontaniczności, swobodnych skojarzeń i absurdu. Wszak żyłem w Polsce, którą nazywano Krainą Ubu. Udręczenia przynosiły zwykle rozczarowanie. Kiedy Flaubert napisał Salambo i czytał znajomym, ci doradzili mu jednym zdaniem, żeby to wszystko spalił. Ale to nie było głupie. W Polsce na pobliskich polach mego zamieszkania w Lublinie często paliłem moje maszynopisy i sprawiało mi to większą radość niż samo pisanie. Każdy pisarz i poeta w sposób naturalny sięga po ołówek. Kreślenie znaków na papierze wzmaga inwencję twórczą. Nawet Wiersze zebrane Herberta są zaopatrzone jego rysunkiem Pegaza. Że bardzo nieudolnego, to całkowicie nieważne. Pisarz też lubi coś zanucić czy postukać rytmicznie nogą. Więc rodzaj muzyki. W ten sposób zazębiły mi się trzy dziedziny: literatura, sztuka i muzyka. Systematyczne uprawianie tego na raz, a raczej na przemian, spowodowało, że z czasem zdobyłem i własny styl i pewien artystyczny poziom. Ujmując syntetycznie, jestem Romantycznym Ekspresjonistą z odcieniem satyry, w moich trzech kierunkach działań.

Reklamy