Tam, gdzie kończy się droga. Z JOLĄ JARECKĄ o książce „Hylaty” rozmawia Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska

a

Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska: Jola Jarecka, bieszczadzka Jola… doskonale znana w lokalnym środowisku między innymi z różnego rodzaju projektów społecznych i artystycznych, właścicielka „Pracowni na dwie ręce”, współpomysłodawczyni kinokawiarni „Końkret”, niestrudzona obrończyni historii i tradycji pogranicza, a także pedagog, animatorka teatralna i oczywiście pisarka. Bez wątpienia Bieszczady motywują cię do działania, a co poza nimi?

Jola Jarecka: Co jeszcze oprócz Bieszczad inspiruje mnie do działania? Wszystko – ludzie, muzyka, przyroda, miejsca, w których przebywam, ulotność chwili… Mam takie szczęście w życiu, że trafiam na wspaniałych ludzi o wielkich duszach. To oni w dużym stopniu motywują, inspirują i przede wszystkim wspierają. Poza tym to moje miejsce zamieszkania – pogranicze wszystkiego. Specyficzne, z trudną historią i bajecznymi krajobrazami.

Hylaty to twoja najnowsza powieść. Zanim do niej przejdziemy, proszę: wyjaśnij czytelnikom znaczenie tego tajemniczego tytułu.

Hylaty to nazwa potoku w Zatwarnicy, na którym znajduje się jeden z piękniejszych wodospadów w Bieszczadach. Wodospad Szepit. Dokładnie nie wiem, co znaczy samo słowo. Kojarzy mi się z niestałością, rozchybotaniem, surowością i niepokojem. Taki jest dużej mierze klimat powieści. Akcja częściowo toczy się w Zatwarnicy (nazwa miejscowości powstała od słowa tworzenie, czyli tworzenie). Hylaty, Zatwarnica, Szepit, Dwernik, Trohaniec – wszystkie te przepiękne starorusińskie nazwy noszą w sobie jakąś magię, a zarazem całą masę historii. Może więc Hylaty pochodzi od słowa chylać, pochylać się i stąd tytuł, ponieważ moja książka jest właśnie takim pochyleniem się nad losem jej bohaterów. Myślę, że inny tytuł by nie pasował.

Nie ukrywajmy: książka jest o Bieszczadach, tak jak wszystkie twoje poprzednie publikacje, np. Historie wysiedlone czy Zawieszenie. Jest szansa, że kiedykolwiek powstanie coś, gdzie nie pojawi się choćby ślad Podkarpacia?

Nie, myślę, że nie. Bieszczady i tę część pogranicza mam we krwi, w sobie i to jest coś, od czego nie mogę się uwolnić. Ale też nie chcę się od tego uwalniać. To jest naturalna cząstka mnie. Pewnie dlatego nie mam na razie ochoty pisać o innych miejscach. No, ale kto wie, może na przykład znajdzie się sponsor na wyjazd do Hiszpanii? W grę wchodzą jeszcze Karaiby bieszczadzkie [śmiech]… a tak poważnie – nie potrafię pisać o czymś innym. Myślę, że powinno się pisać o tym, co się czuje najlepiej, co człowiek w sobie nosi, a ja właśnie noszę Bieszczady – genetycznie, mentalnie i jakkolwiek inaczej.

Twoją książkę czyta się trochę jak film. Z jednej strony wiele się dzieje, z drugiej ma się nieodparte wrażenie, że obrazy miejsc i bohaterów pojawiają się same, bez zbytniego wysiłku i wytężania wyobraźni. Masz na to specjalny sposób? Czy akurat Hylaty z jakiegoś powodu jest szczególny?

Prawdopodobnie dlatego, że książka powstała na bazie scenariusza, który pisałam podczas studiów w Studium Literacko-Artystycznym pod okiem Jerzego Ridana. Następnie scenariusz poprawiłam, rozpisałam i na początku 2014 roku wysłałam na konkurs Script-Pro do Szkoły Wajdy. Tam jednak nikt go nie zauważył. Za to jakieś osiem, dziewięć miesięcy później powstał serial Wataha. Oglądając go, towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że zostały w nim umieszczone sceny z mojego scenariusza. Być może to zwykły zbieg okoliczności. Być może fakt, że producentka serialu Wataha była jednocześnie jurorką konkursu Script-Pro, nie ma większego znaczenia. Samo jednak nasuwa się pytanie: czy to zbieg okoliczności, plagiat czy inspiracja?

Może po prostu zadziałała magia Bieszczad? Nie możesz tego jednoznacznie wykluczyć.

Wszystko jest możliwe. Prace na konkurs zgłasza się pod godłem, więc podejrzewam, że jurorka nawet nie wiedziała, z kogo czerpała. Jest to trudny temat i chyba mało prawdopodobne, by udało się go kiedykolwiek wyjaśnić.

Czy ta „zbieżność” scen rzeczywiście jest aż tak rażąca? Może Twoje przypuszczenia to zwykła nadinterpretacja? Nie da się ukryć, że artyści bywają przesadnie czuli na punkcie swojej twórczości.

Kompletnie nie miałam problemu ze „zbieżnością”, jak to nazywasz, kiedy pojawił się serial Wataha. Wtedy wydawało mi się, że może to moja subiektywna ocena, wynikająca z wyczuwania w obrazach swojej wrażliwości. Kiedy po publikacji Hylatego wciąż spotykałam się z zarzutami, że to ja czerpałam z serialu Wataha, że on był dla mnie inspiracją, że wcale nic nowego nie powstało, to moje pierwotne podejrzenia nabrały realnych kształtów. Z tym że kolejność była zupełnie odwrotna. Najpierw powstał scenariusz filmu fabularnego, który został wysłany na konkurs, a potem powstał serial. Istotne jest jednak to, że, pisząc scenariusz i powieść, miałam zupełnie inne założenia niż twórcy serialu. Przede wszystkim chodziło o pokazanie czegoś innego o Bieszczadach. Nie taniej sensacji, blichtru, stereotypu w postaci nieogolonego mężczyzny z siekierą, gdyż w rzeczywistości mieszkańcy Bieszczad są bardzo sympatycznymi ludźmi. Są otwarci, szczerzy, bardzo naturalni, niekryjący się pod różnymi maskami. Nie liczy się dla nich to, kto jaki wykonuje zawód albo czy w ogóle ma jakikolwiek zawód – i to są dla mnie prawdziwi ludzie. Natomiast serial jest zupełnie o czymś innym, zupełnie w inny sposób ktoś patrzył na Bieszczady, inaczej je przedstawił, przez co opowiedział o nich coś, co aby w nikłej części pokrywa się z prawdą.

Mamy trzech głównych bohaterów i ich złożone historie oraz kilkunastu drugo- i trzecioplanowych. Co chciałaś osiągnąć, wprowadzając aż tak wiele postaci? I od razu drugie pytanie – wielu bohaterów, więc wiele wątków, wiele problemów, wiele zagadnień – nie za wiele jak na jedną powieść?

Nie można zrozumieć Bieszczad, nie znając ich historii. Ten teren ma ciekawsze opowieści niż te pokazywane w TV. To nie kraina wódką i wolnością płynąca. Historia Bieszczad była przez wiele lat fałszowana. Życie tutaj nie zaczęło się po Akcji Wisła, raczej tętniło do 1947 roku. Nie mogłam tego pominąć w Hylatym. Poza tym niektórzy bohaterowie są pozbawieni ciągłości pokoleniowej. Coś zostało im odebrane, niedopowiedziane i ich tożsamość kuleje. Nie zdają sobie sprawy z tego, że noszą jakieś traumy, które przechodzą z pokolenia na pokolenie i ta nieświadomość wciąga ich w głęboki dół. Ta mnogość bohaterów była konieczna, aby stworzyć drugie tło. Świat, na którym się opierają, potrzebował kolejnych osób, by się uwiarygodnić. Czy za dużo? Poza tym historie przeważnie tak mają, że się mnożą i przez cały czas piętrzą. Tak jest właśnie w przypadku Hanki, Stefana, Jurka i Pawła. A żeby postacie pierwszoplanowe żyły tak naprawdę, muszą mieć swój świat, zaplecze, rodziny, problemy – to naturalne.

Zdradzisz nam, na ile Hylaty to fikcja literacka, wytwór twojej wyobraźni, a na ile historie z życia wzięte?

W książce pojawiają się wątki inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Na przykład historia leśniczego. Jego ojciec został skazany podczas Akcji Wisła na karę więzienia piętnastu lat za konspirację z UPA. Zajmował się handlem bydłem. Pewnego razu kupił krowę, a następnie odsprzedał ją innemu gospodarzowi. Podczas Akcji Wisła na punkcie zbornym ktoś z prowadzonych ludzi krzyknął, że to krowa, którą zabrało mu UPA. Czy faktycznie handlarz kupił krowę zabraną przez UPA? Czy ktoś chciał się zwyczajnie wzbogacić, wyjeżdżając w nieznane gdzieś na północ? Zostawił czwórkę dzieci i żonę, wrócił po piętnastu latach – napiętnowany, bez perspektyw, zawodu, z ciągłymi trudnościami. I to jest historia prawdziwa, wpleciona w tę książkę, dlatego że Bieszczady to nie jest fragment, który nagle się narodził, fragment historii, a ciągłość z fragmentu historii bardzo mocno tuszowanej, zmienianej, niedopowiedzianej. Często to historia wysiedleń. Bardzo niejednoznaczna.

Przejdźmy do powieści. Inspiracją była tragedia Kamisy, Czeczenki uciekającej przed widmem śmierci w kraju ogarniętym wojną. Co bardziej Tobą wstrząsnęło, zapadło w pamięci, nie dało się zapomnieć na tyle, że musiałaś znaleźć ujście dla tej historii – śmierć dziewczynek, los uchodźcy, matczyny dramat, a może zupełnie coś innego?

Myślę, że wszystko razem. Tragedia Kamisy była głośną sprawą, chyba każdy o niej słyszał. W Bieszczady przyjechała nawet Maria Kaczyńska. Cały świat o tym pisał, a potem nagle o wszystkim zapomnieliśmy. I ledwie po paru latach stajemy się narodem, który nienawidzi uchodźców, mocno się przed nimi broni, gdzie góruje brak tolerancji dla inności i innych poglądów. A powinniśmy patrzeć przez pryzmat indywidualnych tragedii, że to nie są tylko i wyłącznie decyzje spowodowane chęcią zaznania lepszego życia, lecz często chęcią uratowania najbliżej rodziny, swoich dzieci. I los Kamisy miał jakby przybliżyć to, co ciągle się dzieje w świecie. Moja bohaterka ucieka przez zieloną granicę, żeby zapewnić dzieciom lepszy świat. To jedyny cel. Hylaty to też moja reakcja na to, co się dzieje obecnie, z czym do czynienia miał w szkole mój syn. Nie możemy generalizować, szufladkować, zamykać się na krzywdy innych.

Powieść tworzą trzy wątki, trzy różne, zupełnie niepowiązane ze sobą historie. Który z wątków jest tym, z którym czujesz się najbardziej związana? I dlaczego?

Kiedyś Edgar Keret napisał, że jeżeli się kogoś stwarza, musi się go lubić. Ja lubię wszystkich moich bohaterów. Stefan jest człowiekiem, który nie radzi sobie w życiu, ani jako ojciec, ani mąż. Ale ma też swoje powody. Jego ojciec był alkoholikiem, nie miał więc kto go motywować w młodości. Przeszłość mocno na niego oddziałuje. Podobnie jest z Hanką, jego żoną. Babcia Hanki, Paraska, została wysiedlona. W ogóle wszyscy ci bohaterowie nie potrafią się rozliczyć ze swoimi traumami, nie chcą zrozumieć swojej przeszłości, A związku z tym, że nie szukają tego swojego korzenia, tego źródła całej swojej rodziny, nie potrafią zrozumieć, co nimi kieruje i w jaki sposób nimi kieruje. I to wszystko jakby pcha ich do coraz większego dołu. Staja się bardziej bierni, poddają się temu ,co dzieje się dokoła, brną w zupełne bagno. Nie należy ich usprawiedliwiać, niemniej powinno próbować się ich zrozumieć. To są ludzie, osoby z krwi i kości, mają więc dobre i złe strony, jak każdy człowiek.

Który z bohaterów jest najbardziej prawdziwy? Wyciągnięty z Ciebie, z Twojego otoczenia, z życia?

Żaden.

Żaden? Jak to możliwe?

Myślę, że obserwowanie ludzi i słuchanie ich ujawnia się potem w budowaniu postaci literackich. Po prostu pewni ludzie pojawiają się na mojej drodze. Muszę jednak przyznać, że często spotykam się z reakcją mieszkańców Bieszczad, że oni wiedzą, kto jest kim, że kogoś rozpoznają. A ja akurat nie przenosiłam nikogo jeden do jednego, lecz pewnie są zbliżone historie, cechy charakteru, wzorce. Jednak chodzi też o to, żeby pokazać, że Bieszczady to nie jest taka kraina wiecznych wakacji, że tu się nic nie robi, wszyscy piją i wszyscy mają mnóstwo czasu i przestrzeni, tylko jest to taki kawałek ziemi, gdzie niekiedy trudno jest przeżyć, lecz trzeba sobie z tym po prostu poradzić, czy to z brakiem pracy czy organizacją czasu. Bieszczady są trochę jak życiowy tor przeszkód. I Stefan jest przykładem współczesnego problemu Bieszczad, że nie każdemu się udaje, że nie wszyscy sobie z tym radzą. Z jednej strony dzika przyroda pomaga, krajobraz oddziałuje na duszę człowieka, a z drugiej staje się utrudnieniem.

Zaliczam tę lekturę do gatunku „ciężkich”, pomimo iż jest napisana stylem lekkim, przez kolejne rozdziały dosłownie się przepływa, to jednocześnie po jej przeczytaniu fabuła nie chce się od ciebie odkleić. Nie obawiasz się, że ciężar tej powieści może zniechęcić niektórych czytelników? Że bardziej praktycznie byłoby napisać bieszczadzki romans, kryminał lub poradnik typu: gdzie najlepiej na grzyby, a gdzie na ryby?

Pisanie to taka część ekshibicjonizmu człowieka, więc jeżeli chcesz kogoś rozbawić, piszesz romans czy satyrę, chcesz przestraszyć, piszesz kryminał. Ja w Hylatym pokazałam tę część siebie, swojej wrażliwości, przez którą chciałam powiedzieć coś ważnego ludziom. Mam nawet wrażenie, że pisałam to, nie mając w pełni świadomości, że chcę akurat to powiedzieć, bardziej chodziło mi o jakieś uwrażliwienie, pokazanie prawdziwego człowieka i prawdziwej historii. Często jest tak, że byty egzystujące daleko od siebie, niemające ze sobą nic wspólnego, nagle się ze sobą zaplatają. I tak jest właśnie w tym przypadku. Może więc mamy ze sobą więcej wspólnego niż nam się wydaje? Albo też będziemy mieli więcej wspólnego niż nam się marzy? Podobnie jak w książce, gdzie zaplatają się historie Jurka, strażnika granicznego, który został przerzucony z zachodniej granicy w Bieszczady, historia małżeństwa mieszkającego w Zatwarnicy, na wsi, gdzie kończy się droga, które sobie kompletnie nie radzi oraz historia Czeczenki uciekającej z czwórką dzieci. Każda z tych historii jest osobną opowieścią, przy czym wszystkie mają wspólny tragiczny finał. Czasami tak właśnie się składa, że w pewnym momencie zupełnie różne ścieżki łączą się. To, co piszesz, to kawałek ciebie, twojej wrażliwości i świata, jaki cię otacza. Nie robiłam niczego w życiu komercyjnie. Dobra książka, spektakl, muzyka zostaje w nas, jeśli czegoś nas uczy, porusza, wstrząsa… Mam nadzieję, że Hylaty w kimś zostanie.

„Przegląda album dokładnie, jakby musiał się nauczyć i zapamiętać historie swoich bliskich. Może zaraz po śmierci duchy zapytają go skąd jest i kogo szuka. Ludzie są podobni do siebie, więc musi każdego dokładnie opisać, żeby nie pomylić” – tak widzi śmierć Nowicki, ojciec Pawła umierający na raka, którego wciąż prześladuje widmo wojny. Czy ta koncepcja osobiście jest Ci bliska, czy to raczej efekt rozmów ze starszymi osobami z okolicy?

Cały czas czuję historię – historię wojny, wysiedleń, chociaż mnie nie dotknęła bezpośrednio. Myślę, że to trauma, która bardzo mocno odcisnęła się na kolejnych pokoleniach. Jest mi bliska, oczywiście, że jest mi bliska. Szczególnie historia wysiedleń, tego, że w pewnym momencie nic nie zostało, żadnych wspomnień, żadnego zdjęcia, dokumentów. Jedyne, co się uchowało, to ludzie w głowie, których musimy zapamiętać. A ponieważ wspomnienia to projekcja, co ciągle się zmienia i u każdego przebiega nieco odmiennie, trudno zapamiętać całą historię. Dlatego też uważam, że to bardzo ważne, aby zachować ją od zapomnienia. Tak jak to, żebyśmy mówili o Bieszczadach prawdziwie. To nie jest tylko teren turystyczny czy teren wymiany; to teren, na którym doszło do wielu traumatycznych zdarzeń, przesiąknięty cierpieniem po jednej i po drugiej stronie. Po stronie rusińskiej i po stronie polskiej. A także po stronie Żydów zamieszkujących Bieszczady przed wojną. Warto pamiętać, że to był teren etnicznie mocno wymieszany, wielokulturowy, dzięki czemu szalenie się rozwijał. Istniała tu linia kolejowa łącząca Budapeszt ze Lwowem, rozwijał się przemysł naftowy, przez co była to chyba najbardziej zaludniona część Polski. Przez ten nieustający ruch zazębiała się wielokulturowość, co znów wpływało na rozwój gospodarczy i kulturalny, aż w pewnym momencie wszystko zniknęło. Dzisiaj w Bieszczadach mieszka niewielu pierwotnych mieszkańców. Dosłownie jednostki, a z każdym rokiem jest ich coraz mniej. Są też tacy, którzy z różnych względów nie mówią o przeszłości. Dla przykładu moją prywatną historię odkryłam kilka lat temu. Dziadkowie brali ślub w 1928 roku w miejscowości, gdzie była cerkiew, co jest niepodważalnym dowodem na to, że byli małżeństwem mieszanym. Ojciec nigdy nie wspomniał o tym, że moja babcia była Rusinką. Czuję, że odebrano mi możliwość poznawania kultury, historii, może nawet i religii moich przodków. To takie przecięcie wstążki nożyczkami. Jest dziura, a dwóch kawałków nie można połączyć, nieważne jak bardzo by się chciało. To również rozmowy ze starszymi ludźmi, którym nie zostało ani jedno zdjęcie.

Gdyby na brzegu potoku Hylaty pojawił się bieszczadzki bies i złożył ci propozycję: dobre, łatwe życie na wysokim poziomie, w wymarzonym miejscu na świecie lub pełne cierpienia, trudu, odrzucenia, braku zrozumienia i wdzięczności życie w Zatwarnicy, co byś wybrała?

To trochę pytanie oksymoron, bo już zaprzedałam duszę Bieszczadom, czyli sprzedałam kawałek swojej duszy biesom. Życie w Zatwarnicy jest dla mnie życiem na dobrym poziomie. To oczywiście bardzo subiektywne, ale co to znaczy żyć na odpowiednim poziomie? Mi tutaj jest dobrze, tu jest mój kawałek ziemi i nie tęsknię za niczym. To znaczy czasami mi brakuje teatru czy wydarzeń artystycznych, ale to jest moje miejsce i nie chciałabym nigdzie więcej się przemieszczać, czy migrować na stałe. Tak więc… wybrałam, a raczej to miejsce wybrało nas. W Zatwarnicy pod połoniną Wetlińską mamy wszystko – Bieszczady, wiatr i szczęście. Po co więcej?

W tej sytuacji pozostaje życzyć Ci, aby ten Twój kawałek raju nigdy nie został naruszony, a czytelników odesłać do książki Hylaty, na stronach której dzielisz się swoją miłością do Bieszczad. Dziękuję serdecznie za rozmowę i czekam z niecierpliwością na kolejną książkę.

Dziękuję.


 

Jola Jarecka

Ur. 1979. Absolwentka filologii polskiej UJ w Krakowie, Studium Literacko Artystycznego UJ oraz Kolegium języka angielskiego. Ukończyła studia podyplomowe z historii, pedagogiki szkolnej i animacji teatralnej. Laureatka stypendium literackiego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Debiutowała w 2005 r. tomikiem Nagok. Wydała m.in.: Zawieszenie, Wiersze na murach, Historie wysiedlone, Hylaty. W 2011 r. współtworzyła w Drohobyczu razem z Teatrem Alter spektakl Prześwitująca rzeczywistość.

Reklamy