„Teraz już wiem, że takich książek się nie pisze”. Z MARCINEM MOKRYM rozmawiają Jakub Pszoniak i Aleksander Trojanowski

a

Jakub Pszoniak: Napisałeś książkę, która bez wątpienia jest tomem poetyckim. Nie jestem jednak pewien, czy możemy mówić o tomie z wierszami. Gdzie, Twoim zdaniem, przebiega granica wiersza? Czym jest poezja?

Marcin Mokry: Chcesz mi grzecznie powiedzieć, że moja książka jest dziwaczna? Rzeczywiście nauczono nas czego innego spodziewać się po książce poetyckiej. Ale czy poezja nie jest właśnie czymś niespodziewanym? Przeznaczeniem doświadczenia estetycznego jest utrwalenie stanu nieswojości i wyobcowania, a nie uczucia zażyłości. I tego rodzaju doświadczenie może przynosić poezja. Czym ona jest? Nie wiem. Mimo błyskotliwych wskazówek w rodzaju tego, że jest gdzieś poszarpana, poezja nie musi być konkretnie jakaś, nie ogranicza jej ani żadna określona metoda, ani proces technologiczny. Oczywiście, ze względów koniunkturalnych, społecznych, kulturowych poeta się ogranicza, cenzuruje, doucza i, jak to się mówi, szlifuje warsztat. W latach 90. Barańczak – nie byle kto i w dodatku nie żaden szalony awangardysta – został zapytany o to, jaka powinna być nowa polska poezja. Odpowiedział, że nie taka, jaką się obecnie w Polsce pisze. Miał pewnie na myśli częściowo siebie i kolegów, ale przede wszystkim wskazywał na Różewicza. Tylko dlaczego? Jego zdaniem poezja musi oddawać najważniejsze doświadczenie danego czasu, a tym centralnym doświadczeniem było wówczas, może dzisiaj także, uwikłanie człowieka w niezliczone porządki, układy, konteksty, których ilość przekracza możliwości świadomego ujęcia, a które współistnieją na zasadzie konfliktu. W ramach mojej egzystencji wiele sił rozgrywa swoje interesy. Poezja powinna znaleźć formę i styl, który odda właśnie to doświadczenie. Najgorszym rozwiązaniem jest redukcjonizm i dezintegracja formy, za co nie cierpiał Różewicza. Najlepszym – model polifoniczny, wielogłosowy, wielostylowy, oparty nie na uproszczeniach, ale, uwaga, na komplikacjach i wielopłaszczyznowej grze napięć. Z tej perspektywy, moja książka została przygotowana według najlepszej receptury przedstawiciela Polskiej Szkoły Poezji. Nie jest dziwaczna, jest współczesna.

Aleksander Trojanowski: Twoja książka składa się z szumów, bezpośrednich cytatów z rzeczywistości, ready-made’ów. Jednocześnie, czytając ją, nie miałem wątpliwości, że masz coś konkretnego do powiedzenia. Ciekawi mnie, czy zostawiasz czytelnikom zupełną dowolność interpretacji swoich wierszy, czy jest jednak jakiś autorski klucz, którym należy się posłużyć podczas lektury?

Dlaczego miałoby to się wykluczać? Czytelnika nic nie może zastąpić – zwłaszcza autor. Nie mogę odciążać czytelnika, dawać mu sugestywnie coś do zrozumienia, gdyż przez to tylko utwierdzę go w fałszywym przekonaniu co do jego sytuacji. Lektura wydarza się w obszarze całkowitej względności, pośród niezliczonych perspektyw. Czytelnik musi wszystko obserwować, dokonywać własnych rozstrzygnięć, oceniać motywy swych interpretacji i zaakceptować je, lub odrzucić. Jeśli nie zasłaniasz się innymi ludźmi, to czytanie będzie bolesne, ale dlatego właśnie budujące. W lekturę powinno być wliczone ryzyko błędu. Odpowiedzialnością autora jest umacnianie doświadczenia wolności, a nie pozbywanie się go. Oznacza to jednak równocześnie stawianie czytelnikowi swoim pismem jakiejś granicy. Łączy się też, oczywiście, z tym, że autor pisze o czymś, ktoś może się więc do tego dokopać. Mnie się to wszystko jakoś układa i czasem spotkam kogoś, komu się to ułoży podobnie, ale są tacy, którzy nie są zbytnio zainteresowani dowiedzeniem się, co autor miał na myśli, nie uważają za właściwe rekonstruowania znaczenia zamierzonego przez autora. I jeśli dla takich osób ta książka jest również ciekawa i intrygująca, to bardzo dobrze! Osłabianie odautorskiego głosu, czynienie tego pisma słabszym, czymś, co zanika, pojawia się w formie szczątkowej, czemu można zarzucić nieciągłość, fragmentaryczność, albo hermetyczność – mam takie przekonanie, że ta strategia jest właściwa. Z drugiej strony, ktoś mi napisał, że jest to przystępna książka. Bo rzeczywiście wiele tych tekstów jest nieprzyzwoicie prostych. Być może uważa, że dotarł do myśli autora, że były mu z łatwością dane, a ktoś inny uzna, że wie o czym są pojedyncze teksty, ale wcale nie ma pewności, czym jest całość. Ideałem byłoby pozostawić czytelnika z samym pragnieniem siebie, jako drugiego.

J.P.: Twoja wiersze wpisywane są – jakkolwiek paradoksalnie to brzmi – w tradycję awangardy. Usytuowanie cię w tym kontekście chyba nie jest więc nadużyciem – książce patronuje „Ośrodek badań nad awangardą”, redaktorem tomu był Jakub Kornhauser.

Rzeczywiście, literacka awangarda ma w Polsce długą tradycję, a moja książka, dziwnym zrządzeniem losu, wydana została w setną rocznicę obecności awangardy w Polsce. Czasem ktoś kiwa głową niedowierzając, że ktoś jeszcze usiłuje pisać w ten sposób. Jakby wszystko już na zawsze się domknęło. Czy jednak wiersz intermedialny Tytusa Czyżewskiego nie jest wciąż wydajnym narzędziem? W tej rupieciarni jest pełno pomysłów, które tylko raz czy dwa usiłowano uskutecznić.

J.P.: Pierwsza awangarda przekraczała język jako coś krępującego postęp. Tej optymistycznej wiary w jutro trudno u Ciebie szukać – w Twoich wierszach czuć lęk, rozczarowanie, mam wrażenie, że przekraczasz język, by pokazać degenerację. Bliższy jest Ci chyba więc duch drugiej awangardy?

Niestety, nie potrafię dzielić optymizmu pierwszej awangardy wobec maszyn. Nie tylko dlatego, że urządzenia przestają ułatwiać pracę, zabierając ją ludziom. Myślę jeszcze o czymś innym. Kiedy obcuję z mediami, mam również styczność z maszynami, tylko społecznymi. Urządzeniami, jakby to powiedział Agamben, które wykonują na mnie subtelnie formującą pracę. Jestem naiwny, sądząc, że mogę temu dać odpór, wykonać jakikolwiek ruch oporu, jednak to właśnie czyni tę książkę poetycką. Równocześnie rzeczywiście czuję strach. Coś jak „czerwony udój” Czechowicza.

J.P.: Czytanie. Pisma to spójna całość. Mam wrażenie, że koncepcja książki wraz z jej graficzną warstwą jest równie istotna, co tekst składających się na nią wierszy. To koncepcja poprzedzała pisanie poszczególnych utworów, czy wiersze krystalizowały ostateczny kształt książki?

Z racji uprawiania różnych zawodów musiałem kiedyś nauczyć się projektowania graficznego. Wydaje mi się dzisiaj oczywistym, że rozmiar kartki, wielkość i rodzaj czcionki, jak również jej położenie względem krawędzi, to wszystko ma znaczenie, tylko że niewymowne. Nawet jeśli poezja konkretna w postaci czystej zazwyczaj wydaje mi się nieprzekonująca, to jednak zwraca uwagę na coś bardzo ważnego. Czytając, pracujemy okiem, a oko może się zagubić, oko można prowadzić. Dlatego opracowanie graficzne wydaje mi się istotną częścią wiersza, ale żeby napisać taką książkę, przede wszystkim potrzeba czasu. Nic tak dobrze nie działa na książkę jak czas. Coś się zachowało z pierwszych planów, ale każdego roku, wraz z kolejnymi lekturami i pisanymi wierszami książka się zmieniała. Od samego początku chciałem, żeby ta książka była odważna, napisana z wyobraźnią, bez kalkulacji, a teraz już wiem, że takich książek się nie pisze.

A.T.: Czy tak mocno awangardowa poetyka może być osobista? Czy punktem wyjścia Twoich wierszy jest Twoje osobiste doświadczenie?

Oczywiście, że tak. Co niby miałoby stać na przeszkodzie? Czy awangardowe musi oznaczać hermetyczne, a poetyka osobista zawsze prowadzi do wierszy Rupi Kaur? Oczywiście, że za tą książką stoi osobiste doświadczenie. Mogłem kiedyś doświadczyć, jak życie moich znajomych, a zwłaszcza ich nieszczęśliwa śmierć, zostały ujęte w nagłówek, poddane dziennikarskiej narracji i powielane tak długo, aż nie przyszła śmierć druga, znudzenie zostawiające te ciała w spokoju. To się zbiegło w czasie z tym, jak rozczytywałem się w Imagizmie, uczyłem się od Ezry, że nic powyżej 12 wersów nie może być dobre, a obraz w wierszu nie jest ilustracją. I tak zacząłem pracę nad wierszami, które teraz otwierają książkę. Chodzi o rozdział zatytułowany Ciała. Jestem tam chyba nawet czuły.

A.T.: Mottem Głosów – drugiej części książki, w której montujesz ze sobą frazy przejęte z języka mediów, jest fragment Podróży Baudelaire’a. Bohaterowie tego wiersza przemierzają nieznany, coraz bardziej koszmarny świat. Czy podróż przez ten często absurdalny, a czasem groteskowy świat rzeczywistości medialnej jest dla Ciebie równie koszmarny?

Język mediów dał początek książce. Wszystko zaczęło się ponad 7 lat temu, kiedy trafiłem na Vice’a. I mi dech zaparło. To było doświadczenie obrzydliwe i pociągające zarazem. Wtedy wreszcie wyraźnie zdałem sobie sprawę, jaką pracę może wykonywać język. Chciałem ten język jakoś uchwycić, przyłapać. Myślałem długo i wbrew pozorom to nie Eugen Gomringer mnie olśnił, a Tadeusz Komendant interpretujący drobniutki fragment Króla-Ducha Juliusza Słowackiego. Ten dziwaczny fragment, w którym kropki zżerają tekst, nazwał on „autografem płomienia”. Potem przyszła praca nad adaptacją magazynu, ale nie zdziwię się, gdy komuś to będzie przypominać bardziej blackout poetry niż Króla-Ducha.

A.T.: Skupiasz się w wierszach na tym, co potworne – morderstwach, gwałtach, nienawiści. Podróżnik Baudelaire’a też dowiaduje się u kresu drogi, że rzeczywistość to „oaza zgrozy na pustyni nudy”. A jednak nie sposób nie zauważyć u niego jakiejś fascynacji złem, które okazuje się jedynym lekarstwem na wszechogarniającą nudę („Ten świat nas nudzi” i dalej: „My chcemy – tak nam płonie mózg od ognia twego, / iść w otchłań – Piekła? Nieba? To nam wszystko jedno, / Byle tam, w Niewiadomej, znaleźć coś nowego!”). Jak to wygląda z Twojej perspektywy? Czy zło, które osacza nas codziennie w relacjach medialnych i które wpuściłeś do swojej książki, w jakiś sposób również cię fascynuje?

Jakieś stare tłumaczenie żeś wygrzebał. U Marii Leśniewskiej to szczęśliwiej idzie. Może dlatego czytając ostatnią część Podróży nie mam wrażenia, że chodzi o fascynację złem. Bliżej temu do tego, co Giovanni Reale nazywa „drugim żeglowaniem” u Platona. Wcale ten przemierzany świat nie robi się na krańcach coraz bardziej koszmarny, jak mówisz, co by zresztą znaczyło, że bliżej centrum jest fajniej, milej i pogodnie. Podróżnicy raczej odzierają dotkliwie ze złudzeń ciekawskich, niedobodźcowanych ludzi, wskazując na to, co zawsze jest już przed ich oczami, ale czego właśnie imperatyw intensywności przeżyć i doskwierająca człowiekowi nuda nie pozwalają doświadczyć. Kiedy czytałem Vice’a, doświadczając całej przyjemności i gwałtowności tego języka, miałem właśnie wrażenie, że redakcja śmiertelnie boi się nudy. Człowiekowi być może pozostały już tylko podniety, a wszelkie wyższe uczucia przestają być dostępne.

J.P.: Co dalej? Gdzieniegdzie można znaleźć Twoje nowe wiersze – myślisz już o kolejnej książce? Planujesz już, czy będzie to tom poetycki z wierszami, czy tom poetycki bez wierszy?

Planuję.

J.P.: Zatem czekamy.


ciał.Wyciek

______________________________________________________
Oto zwierzę z najgorszych koszmarów. Ma trzy lata, waży 40 kilogramów i nie może się schylić do własnych butów. Niemcy. Słonica uciekła z cyrku i na ulicy zabiła mężczyznę. Nadzy turyści winni trzęsienia ziemi w Malezji. Hindusi połykają żywe ryby. Młody mężczyzna utonął na kąpielisku w Krakowie. Dziennikarze wybrali jedenastkę sezonu. Są odkrycia, powroty, zaskoczenia. Bezpłodna kobieta urodziła dziecko. Komputery Blattera w rękach policji. Najważniejsze jest to, co nagrano na taśmach. Do nietypowego wypadku doszło w niedzielę wieczorem pod Elblągiem. Pociąg osobowy wjechał w stado krów. Polska wśród pięciu największych wrogów Rosji. Gąsienice zaatakowały wieś i zjadły całą roślinność. Wyszła na przepustkę, udusiła matkę. W szpitalu nie widzą związku. Już 11 ofiar MERS. Komentuje mistrzyni olimpijska Otylia Jędrzejczak. Wypadek ciężarówki wiozącej dwa tysiące prosiąt. Jedna osoba ranna. Widziałem festiwal psiego mięsa w Yulin. Niektóre psy wciąż machały ogonami. Koniec z obawami o zbyt duży bagaż pod ręczny. Jest nowy standard. MSZ sprawdzi algorytmem, jak ambasadorowie pomagają robić interesy za granicą. Raport: znaleziono 597 ciał. Wyciek taśm. Premier przeprasza wyborców. Ciągnik uderzył w autokar. Zagraniczne media o dymisjach. Panika. Do Polski nadciągają upały. W wodzie znów pluskają się plażowicze. W nocy rozmawiałem z prokuratorem generalnym i zgodziliśmy się, że czynności są niezbędne. Z jeziora wyłowili pół ciała kobiety. Dzieci wróciły z wycieczki.

 

Hannibal z Żoliborza miesiącami ćwiczył
przecinanie szkieletu na kościach
różnych zwierząt
_____________________________________________________________________________

Odciąłem twoją głowę i zapakowałem do reklamówki,
żeby wrzucić do rzeki. Wracam taksówką. Właśnie zauważyłem,
że z reklamówki cieknie. Miała dziurę.

16 lutego

Zabił i zgwałcił niemowlę.
Boją się go w Płocku
_____________________________________________________________________________

Bluzeczka tego chłopca pachnie
zupą ogórkową. Przypominam sobie,
jak karmił mnie ojciec. Łyżką. Dawał do buzi zupę.
Dzisiaj patrzę na to ze spokojem. Chociaż
wtedy była duża.

2 października

 

przypomnieć. Źródło
______________________________________________________
żywe budzą w ludziach tyle że. Te
informacje, których dostarczyli, miały znacznie więcej niż strzępy
ciała. Nie jest jasne czy ewakuacja, która rozpoczęła się wczoraj została tylko wstrzymana
informacja o zakończeniu. Przez długie tygodnie przyciągała uwagę. Jeszcze do wczoraj uciekających
operacja pokojowa. Wybuch w centrum miasta. Błony śluzowe i leżące pod nimi. Żrące
wydzielają. Duża ilość głosów. Trudno zrozumieć kogoś, kto z całej siły. Oficjalne możliwości wsparcia. Krzyczy. Zaplanować
w związku z tymi działaniami co. Szereg trudności w znalezieniu. Przekroczony limit transferu. Ciała
których dostarczyliśmy, miały znacznie więcej niż strzępy informacji. Oprócz tego
trzeba przypomnieć. Źródło cytowane przez agencję, zapewniało. Świeże informacje. Sprzyjające warunki do porozumienia,
które od kilku dni. Zaprzeczają obie strony. Zabraniał jej spotykać się. Razem z innymi. Długie poszukiwania. Po latach wojny
w gruzach. Martwą. Omawiano, starając się zniszczenia. Zagłuszyć. Zdecydowałem na opuszczenie kilku stron. Skończyć
rozpoczęte starania. Czytam. Zwycięstwa na froncie, stałe zmęczenie i jeszcze to, że ufając. Rozmowy. Zrywa się
nagle z krzesła, żeby nie przerywać. Coś rusza, przesuwa. Wymagam solidnej pracy od wszystkich. Warsztat
w jednej z bogatych dzielnic. Jechałem tramwajem w okropnym tłoku. Wtedy. Zahamowanie pod wpływem wstrząsu,
który zastąpił odgłos. Krótkotrwały, coraz wyraźniej dochodził, gdy spod słowa wydobywały jeszcze
ponawiane próby, podłoże krzyku. Odgarnąć rękami, poranione, jąkanie mojej córki, wreszcie, które. Z korytarzy
humanitarnych, do tej pory. Rozległe przyczyny. Zasadniczo, ale nie zawsze. Te zwroty
albo cząstki bez samodzielnego znaczenia. W autokar, którym. Strzępy

 

Marcin Mokry

Ur. 1980 w Gliwicach. Poeta. Ukończył studia filozoficzne w 2006 r. na Uniwersytecie Śląskim. Od 2006 uczy etyki w szkole ewangelickiej im. A. Scheitzera w Gliwicach. Od 2015 r. odpowiada za program sceny literackiej na Slot Art Festivalu, gdzie prowadził spotkania m.in. z S. Beresiem, W. Bonowiczem, Ł. Jaroszem, T. Jastrunem, S. Kopytem, J. Kornhauserem, J. Mueller, K. Nowakowską, P. Przybyłą oraz zorganizował warsztaty literackie, które prowadzili m.in. K. Czyżewski, R. Gawin, K. Pęcherz, M. Sowiński. Laureat kilku ogólnopolskich konkursów literackich. Publikował m.in. w „Ricie Baum”, „Arteriach”, „Toposie”. W 2017 r. wydał książkę poetycką czytanie. Pisma.