RAFAŁ GAWIN – Konkursy. Przewodnik użytkownika dla zbyt mało opornych

a

Polska jest krajem konkursów poetyckich. Rocznie organizuje się ich grubo ponad setkę. Od tych zaadresowanych do debiutantów i tak zwanych niezrzeszonych w związkach twórczych – czasem z uwzględnieniem górnej granicy wieku (25, 30, 35 lat) tudzież liczby wydanych książek (najczęściej 1 lub 2), czasem z podziałem na kategorie wiekowe, wagowe, płciowe i bezpłciowe oraz inne, jakie przyjdą do głowy pomysłodawcom – po te przeznaczone dla wszystkich niezależnie od wszystkiego (pozdrawiam Krzysztofa Sz. z Krakowa). Nagrody są przeważnie pieniężne, czasem rzeczowe (i wtedy raczej mniej cenne, choć zdarzały się na przykład otwieracze do piwa i laptopy), czasem to uścisk dłoni członków jury (przynajmniej tych obecnych na rozstrzygnięciu) lub publikacja w mniej lub bardziej nieprestiżowym miejscu papierowym albo elektronicznym. Niektórzy piszący po prostu korzystają z konkursów, zgodnie ze swoim na nie zapotrzebowaniem. Niektórzy borykają się z odwiecznymi dylematami: kiedy jeszcze mogę, a kiedy już nie? Co mi wypada? Jak to wygląda w oczach innych, mających wpływ na poezję? Tych drugich zapraszam do czytania, tych pierwszych dyplomatycznie ostrzegam: uważajcie, bo możecie się znaleźć w tym tekście.

Wszystko jest dla ludzi. Tak, można powtarzać ten slogan w nieskończoność, tylko co to zmieni? Dla ludzi inteligentnych i świadomych jest jednak więcej lub mniej. Pojawia się pojęcie wolności do, ale i od. Ten drugi przypadek musi dotyczyć konkursów. Spróbuję to wytłumaczyć na przykładzie.

Na scenie literackiej pojawia się młoda poetka. Młoda poetycko. Nie zaglądamy jej w metrykę, interesuje nas moment jej potencjalnego debiutu poetyckiego. I proszę mi tutaj nie doszukiwać się aluzji: przykład ma charakter eksperymentalny, niewymienione w nim czynniki, a zwłaszcza molestowanie i gwałt, nie występują. Taki constans. Młoda poetka odkryła już portale warsztatowe (zakładamy, że zachowały się jeszcze jakieś sensowne, choć to myślenie życzeniowe), radzi sobie na nich nieźle: wkleja i komentuje, zaczyna nawet rozumieć pewne mechanizmy, jakie tam rządzą: a to mody na pewne poetyki, a to mody na pewne autorytety w kwestii „obowiązujących” i „słusznych” poetyk, „zakazanych” słów, metafor i form oraz innych absurdalnych reguł, jakie dana społeczność, w ramach kreowania wspólnoty, wytwarza niejako w związku z zamieszczanymi wierszami. Młoda poetka uczy się na swoich i cudzych błędach. I chce więcej. Co może zrobić? Zna już wiele elektronicznych pism literackich, które bezustannie bombardują Facebook reklamami własnych tekstów, suto inkrustowanych ilustracjami; dostrzega w nich działy z wierszami, gdzie czyta sporo liryków autorstwa koleżanek i kolegów z portalu. W Empiku przegląda pisma papierowe, gdzie znowu pojawiają się znajome nazwiska. Wysyła wiersze na wskazane adresy mejlowe (drogę listowną, choć jeszcze śladowo obecną, dla skrócenia przykładu odpuszczamy), ale najczęściej spotyka się nie tyle z odmową (to domena pism młodszych, głównie internetowych), ile z brakiem jakiejkolwiek reakcji. Jeszcze nie wie, że w przypadku pewnych redakcji trzeba działać do skutku, inne sugerują się wieloma pozaliterackimi parametrami, głównie zamieszczając tylko wiersze koleżanek i kolegów, ale niekoniecznie z jej portalu, a jeszcze inne albo same zapraszają autorki i autorów (i tu również – towarzysko i środowiskowo), albo w ogóle nie czytają tekstów nadesłanych przez anonimowe dla nich osoby. Lubimy te piosenki, które znamy – tak zresztą działa przeważająca większość krytyków, bo po co ryzykować, kiedy nawet w tak nierynkowej niszy jak poezja można otrzymać gotowca. Koniec dygresji. Wiersze naszej młodej poetki zamieszczają dwa internetowe tytuły, które – jak sama zainteresowana dostrzega – publikują prawdopodobnie wszystko, co do nich dojdzie (i teraz, mili państwo, zgadujcie, o które tytuły chodzi – a wśród autorów najbardziej prawdopodobnych odpowiedzi rozlosuję roczną prenumeratę tych pism). Co dalej albo bliżej?

W jakimś dziale informacyjnym czy na innym forum portalu, lub portali – nasza poetka nie stoi w miejscu: bada, szuka, zakłada konta, wymienia doświadczenia elektronicznie, a może nawet trafiła na realne warsztaty, prowadzone przez bardziej lub najbardziej niespełnionego kolegę po klawiaturze – widzi ogłoszenia na temat konkursów poetyckich. Mają dziwne nazwy – jakieś kosmiczne koperki, milowe słupy, jacyś posłowie prawdy i więźniowie nienawiści, ale to jej nie zraża. Na każdy z nich trzeba wysłać zwykle od trzech do pięciu wierszy, rzadko kiedy w jakiś sposób sprofilowanych tematycznie, ale: niepublikowanych i nienagradzanych w innych konkursach, wysłać listem zwykłym, ewentualnie priorytetowym, z jakimś magicznym dopiskiem na kopercie, z drugą kopertą z danymi osobowymi w środku, opatrzoną godłem. Co to, kurwa, jest godło? – pyta młoda poetka, ale w mig odnajduje odpowiedź w tym samym dziale tego samego forum, gdzie publikowane są wyniki tego rodzaju poetyckich rywalizacji, gdzie przy – znowu – często znajomych nazwiskach widzi kwoty: 100, 200, 500, 1000, a czasem i nawet więcej złotych polskich.

Młoda poetka zaczyna wysyłać zestawy wierszy. Jeszcze nie bolą jej ograniczenia związane z wierszami już publikowanymi lub nagradzanymi: wysyła zestawy unikalne, wycofuje interesujące ją teksty z portali warsztatowych, by ponad wszelką wątpliwość pozostać czysta jak łza konkursowego przegrywa. Pewnego dnia ktoś dzwoni z zastrzeżonego numeru. Tak! Gratuluję! Została pani laureatką jednego z wyróżnień w Przysusze. 200 złotych polskich! Tylko musi pani osobiście odebrać nagrodę. Tak, w środę. Tak, nie zwracamy kosztów podróży. Ale ma pani nocleg w malowniczo położonej, pośród niczego, bursie, wraz z pozostałą siódemką laureatów. Tak, przyjadą wszyscy, a organizator – bo dostał grant! – postawi wszystkim po dwa piwa. Zapraszamy!

I młoda poetka wyrusza dzień wcześniej, biorąc wolne w pracy tudzież olewając kolejne wykłady zaliczane na obecność, i dociera na miejsce i bawi się, bawi, bo to jej pierwszy namacalny sukces w dziedzinie, którą odkryła stosunkowo niedawno. Pomijam szczegóły, mniej lub bardziej pikantne, ale fakt jest jak najbardziej autentyczny: poznaje kilku kolegów z portali twarzą w twarz, a także zamienia pięć słów z jedynym jurorem, który przyjechał: niezmordowanym Konradem Gołowąsem, towarzyszącym wszystkim młodym, niezależnie od ich talentu. I jest jeszcze jedna wartość dodana (gdy 200 złotych zdążyła wydać na bilety i głupoty, zanim je otrzymała w kopercie): jeden z wyróżnionych wierszy zostanie opublikowany w czasopiśmie papierowym, które wcześniej zignorowało jej teksty, i to z tym, który teraz wydrukuje, na czele.

Wraca do domu, a tam dociera do niej mejl: trzecia nagroda w Elblągu, gdy pierwszej nie przyznano! Młoda poetka traci resztę urlopu na żądanie lub oblewa ważny egzamin – jedzie z czterema przesiadkami i odbiera zasłużoną nagrodę. Tym razem publikują cały zestaw w jakimś almanachu, gdzie znajduje się miejsce dla wierszy jurorów i wszystkich uczestników konkursu. Mniejsza. Poetka poznaje nestora konkursów, Wiesława, który daje jej dobre rady: wysyłaj tu, tu i tu, a tam raczej nie. Szukaj konkursów, o których nikt nie słyszał. Większa szansa na nagrodę. Sprawdzaj kasę i warunki, uważaj na wyróżnienia drukiem. Kombinuj: jeden wiersz, jeden zestaw może zarobić więcej jednocześnie. Rzadko kiedy to wychodzi, nie da się nad tym zapanować.

Młoda poetka nie słucha – chce działać po swojemu, nazywa to uczciwością. W skrzynce pocztowej po powrocie znajduje list ze złotymi zgłoskami na ozdobnej kopercie: zapraszamy na finał konkursu „O Berło Księcia Bożydara”. Wielka Gala odbędzie się w przyszłą sobotę. Odbiór nagród możliwy jest tylko osobiście. No, cieszy się poetka, zaczyna się kręcić. A jeszcze do tego nie muszę brać urlopu. Wstaje w sobotę skoro świt i wsiada w trzęsącego się busa, by następnie rzutem na taśmę wskoczyć do PKS-u, a ostatnie kilometry pokonać promem. Dociera godzinę przed czasem. Rozstrzygnięcie odbywa się na świeżym powietrzu: jest grill, wata cukrowa, a każdy uczestnik imprezy – nawet widz! – otrzymuje biało-czerwony wiatraczek gratis. I zaczyna się! Przemawia burmistrz, a po nim wiceminister kultury, pod rękę z szefową koła gospodyń miejskich. Mniejsza. Wychodzi dyrektor miejscowego muzeum ziemi, tej ziemi, i wyczytuje laureatów. Jezus Maria, na bogato, to jakieś 30 osób! Młoda poetka nawet się nie dziwi, że wychodzi na środek wraz z może szóstką obecnych. Burmistrz osobiście wręcza nagrody: wielkie papierowe torby. Młoda poetka nie posiada się z dumy. Czyta dwa wiersze i schodzi ze sceny, na której zaraz zagra jakiś miejscowy Dawid Podsiadło, tyle że bardziej kręci mu się wąs. Zajmuje honorowe miejsce w honorowym pierwszym rzędzie. Bada zawartość torby: dyplom z „Nominacją do Nagrody Głównej”, album: Ptaki Wyżyny Łódzkiej, antologia pokonkursowa, w której ucięli jej połowę pierwszego wiersza, a drugi figuruje już pod innym nazwiskiem, wreszcie zbiór liryków burmistrza czy skarbniczki miasta o dolach i niedolach księgowego. Miejscowy Podsiadło zagłusza jej myśli, tańcząc kower Sławomira. Tylko gdzie, do chuja, jest koperta? Młoda poetka próbuje trzymać fason, ale długo nie wytrzymuje. Przekrzykując refren o Zakopanem (które, jak się niedługo dowie, ma odwiedzić za miesiąc, jako laureatka Wielkiego Oscypka), zwraca się do najbliższego towarzysza niedoli w honorowym rzędzie, jak się okazuje – nestora konkursowej braci, Włodzimierza: o co chodzi? Jak to – o co? Przecież tu nigdy nie dają kasy nikomu oprócz laureata nagrody głównej. Przyjechałem tylko dlatego, że to moje dziesiąte wyróżnienie. Jutro mam spotkanie autorskie za 600 złotych w największym pubie w mieście – „Niebieskich Sandałach”. Pewnie nikt nie przyjdzie, ale pieniądz musi się zgadzać.

Młoda poetka wychodzi w trakcie koncertu. Szuka kogoś z obsługi, by zapytać o nocleg. Pani droga, przecież w zaproszeniu nic nie pisaliśmy o noclegach. Ale proszę się nie martwić, o 1:30 jest pośpieszny PKS do Warszawy. A stamtąd już pani dotrze, gdzie tylko chce. Do zobaczenia za rok! Poetka spogląda na zegarek: 20:34. Pierdoli, wraca stopem.

W domu jest o 12:54. Ludzie właśnie wychodzą z kościoła, który sąsiaduje z jej blokiem, a ona już wie: nigdy więcej nikomu nie uwierzy. Ale musi się odkuć, więc idzie za ciosem i wysyła kolejne zestawy. Ale, ale – kończą jej się wiersze: niektóre wróciły już z czwartego konkursu, bez wymiernego skutku. Młoda poetka przypomina sobie rady Wiesława, czy innego Czesława, w głowie zapala jej się żarówka niczym w wyrachowanej kreskówce z kanału MiniMini+: chcieliście mnie wydymać, to teraz ja wydymam was. Cała na biało!

I śle zestawy, w których wiersze się powtarzają. I śle takie, w których znajdują się wiersze publikowane i nagradzane. I śle identyczne na siedem konkursów, których rozstrzygnięcia przypadają na podobny czas, a personalia jurorów się nie powtarzają. W których nagrody są pieniężne, co najmniej 800 złotych za pierwsze miejsce, i nikt nie marnotrawi wierszy wyróżnieniami w postaci publikacji, a jeżeli już – to tylko w drukach bardzo ulotnych, przepadających wraz z pamięcią o finale w ciągu kilku tygodni, gdy plakat zostaje w biurku sołtysa tudzież na plebanii w świetlicy integracyjnej.

I teraz to dopiero się zaczyna, nie ma srania po gałęziach! Telefon nie przestaje dzwonić, skrzynka mejlowa coraz częściej się zapycha. Regulaminy niektórych konkursów młoda poetka dostaje już bezpośrednio, organizatorzy innych wręcz dzwonią, by nie zapomniała o kolejnej edycji. Jest kimś, ktoś w końcu ma ją gdzieś konkretnie. Przestaje się przejmować terminami, składem jury, nawet identycznymi godłami – nie ma czasu na dyrdymały, jest w centrum wydarzeń.

W Inowłodzu jedna z jurorek bierze ją na stronę: trzeci raz cię nagradzam. Żeby mi to, kurwa, było ostatni raz. Młoda poetka odchodzi, udając skruszenie. Przed wyjazdem odebrała wiadomość, w której organizator Głogowskiej Jesieni Średniowiecza grzmiał grzecznie, aczkolwiek stanowczo: wysłała pani do nas ten sam zestaw, co w zeszłym roku, proszę więcej tak nie postępować, o, kur zapiał, w ogóle proszę już więcej niczego do nas nie wysyłać, i tak panią zdyskwalifikujemy, pozdrawiam! Nie traci jednak fasonu, oj, nie, oj, dana dana; wie, co ma robić: bierze wiersze nagradzane najczęściej, zmienia im tytuły i pierwsze wersy, przestawia strofy. Konkurs jest w Gałkówku – wstawia lokalne nazwy strumieni i polan, konkurs rozstrzyga się w Ełku – już ma stare wiersze pełne wody z jezior. Na tutejsze Sahary zwozi piasek, a do lasów pozarównikowych drewno. Jedziemy dalej, bez trzymanki, nikt już nie woła: oszust, ka! Oszust, ka! Tak trzeba żyć.

Tymczasem nazbierała już sporo publikacji, na portalach warsztatowych, i to również tych, na których się nie udziela, jest boginią. Usuń ostatni wers, wywal metaforę dopełniaczową z szampanem tuż przed i papierosem tuż po, zmień tytuł i pierwsze zdanie, naśladuj z klasą, oddaj się wyobraźni – radzi, rządząc i dzieląc, gdy jednocześnie kradnie, pożycza i przerabia: raz tak zrobiła i wygrała Złotą Uszczelkę, która teraz zajmuje honorowe miejsce w jej łazience.

Ale, ale, młodej poetce nie wystarcza taka festynowo-wirtualna sława: widziała, że wiersze publikują wielkie gazety codzienne i mniejsze, ale przecież ukazujące się od ponad 150 lat miesięczniki i kwartalniki literackie. Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo! Bierze więc wiersze, które zarobiły najwięcej (ma tabelki w Excelu, przygotowana na każdą ewentualność), łączy i puszcza serię mejli. Cisza. Puszcza jeszcze raz, i jeszcze; o, jest, jest, z samej „Wytwórczości”: Dziękujemy za wiersze. Na ich publikację, niestety, nie zdecydowaliśmy się. Z poważaniem, Janusz Polski. Aha, to takie buty, z których słoma wystaje! Więcej odpowiedzi brak. Młoda poetka – jebut! – zamyka laptopa z hukiem i kładzie się spać wcześniej – w końcu następnego dnia skoro świt wyrusza do Czarnolasu, gdzie odbierze tytuł Mistrzyni Polski w Poezji.

Impreza to niesłychana, zabijająca dla pani i dla pana! Program w skrócie: wyżera i ochlejnia! No i oczywiście wielka kasa na wielkim podium! Trzy tysiące plus VAT, wóz i przewóz. Trzeba tylko uważać na miejscowych 70-letnich zwyroli, ale oni nie biegają, tylko ciągną się jak przeterminowane prezerwatywy, a wózki inwalidzkie niektórych na pewno nie wjadą do okolicznych lasów państwowych. Można sobie odbić! Młodej poetki nie zraża upał, zasrany kibel w PKP, w którym musi podróżować 10 godzin, gdy – nomen omen – również cały pociąg jest zapchany. Dociera spocona i lepiąca się jak lizak, po trzech dniach wyciągnięty spod szafy. Ale jest szczęśliwa: po drodze esemesa wysłała jej Stanisława Maj: tak, puści jej wiersze w najnowszym numerze codziennika „Wkurwia”, parytet musi być. Tylko żeby następnym razem więcej pisała o rewolucji, komunizmie i okresie – sam kolor czerwony w zorzy i tulipanach nie wystarczy. Młoda poetka wygląda przez niedomykające się, zamalowane na biało okno toaletowe: na peronie macha jej komitet powitalny – sporo znajomych twarzy, kilku dziarskich dziadków i komendant ochotniczej straży pożarnej. Pociąg miał trzy godziny opóźnienia – trzeba więc bezzwłocznie gasić!

I młoda poetka od razu wpada w wir zabawy – biesiada trwa już w najlepsze, dekorację przesunięto ze względu na nią, największą rozgwiazdę w tej rafie. I w końcu jest: otrzymuje koronę, berło i jabłko Adama od poprzedniego mistrza, grubego grafomana spod Radomia, który sprawia wrażenie, jakby zaraz po urodzeniu wpadł do kotła z depresją. Zdjęcia robi im jego wiejski kolega (chłopak?), zapięty na ostatni guzik drągal ze sznurowadłem pod szyją i wypindrzoną facjatą niedoszłego księdza. Jeszcze tylko konfetti, oklaski okolicznych sępów, którzy nie przepuszczą żadnej darmowej okazji, fanfary – We Are the Champions, Nas nie dogoniat i Wróć do mnie – i tak, oficjalnie zostaje Poetką-Laureatką. Słyszała, że takie rzeczy, to jeszcze tylko w Stanach, i widział to tylko Miłosz. Ale na jakichś uczelniach, czyli sztywno i o suchym pysku dla przerażonych studentów i doktorantów. Na co to komu? Poezja jest przecież dla ludzi, a ludzie są tam, gdzie kolorowe jarmarki! Młoda poetka jest wniebowzięta.

Między wódką a zakąską podchodzi do niej poprzedni mistrz. Jakiś taki osowiały – zazdrości czy co? A może chce pomolestować? I zaczyna rozmowę, niby grzecznie, ale zdradza go ton: będzie moralizował. Wiesz, młoda, nie daj się nabrać na te splendory. W poezji rodzimy się nikim i nikim umieramy. A jeszcze te konkursy. Nikt cię potem nie traktuje poważnie. Spójrz na mnie: 60 lat, 11 książek. Debiut prawie nominowany do Nike, jury wahało się do ostatniej chwili, druga książka szósta w Gdyni i ósma w Silesiusie, a jeszcze rok później dzwonił poeta Kutass, że wszyscy zachwyceni (o, kułwa, jakie to pienkne!), ale zauważyli dopiero teraz (zwłoki mojego zbioru wierszy podpierały sekretarzyk z literaturą wdupowłaszczą) i Orfeusza zgarnie Wiesław Winda (skądinąd koniunkturalny dyrektorek jakiegoś domu pracy odtwórczej w środkowej i bardzo przeciętnej Polsce). No to chciałem sobie odbić i wysyłałem do tych wszystkich Paradyżów, Koluszek i Sopotów. Kasa się zgadzała, psychika również, ale coś za coś – od czwartego tomiku cisza na morzu i nie ma wody na pustyni. Nie zainteresuje się nawet krytyk z jedną krótszą nogą, nie wspominając o poczytnej i ponętnej blogerce książkowej. No bo jak? Poeta z takim dorobkiem, po tylu literackich przejściach wybiera kiełbasę poetycką na święcie pieroga? I te śmiechy za plecami. Wiesz, początkowo myślałem, że to dlatego, że jestem gruby (Wiesław, którego spotkałaś już wiele razy, a który jest rudy, miał podobnie). A nagrody też się zaczęły kończyć. Bo chcieli nowych i młodszych. Nawet niektórzy jurorzy przed werdyktem otwierali koperty, żeby mnie zdyskwalifikować za staż czy inną potwarz, jak jakiegoś Macieja Rzymskiego czy innego Jana Wędrownika. I co ja teraz mogę? Dziś sam jestem poetyckim leśnym dziadkiem. Poetą, tfu tfu, konkursowym. Żona z trofeami nie pozwala mi wyjść do dużego pokoju, więc się gnieżdżę w kuchni i korzystam z każdej okazji, by się gdzieś wyrwać. Mnie już nic nie grozi, ale ty? Dziewczyno, nie idź tą drogą. Będziesz nie w Czarnolesie, tylko w czarnej dupie.

I upadły mistrz nawija jej trenami i epitafiami jeszcze dwie godziny. A młoda poetka jakby malała wsobnie, jakby coś się w niej zamykało, jakby na dnie oka lały jej się łzy nieczyste. No przecież, ziom! – jak nie huknie na intruza. – Pij, nie pierdol. I udaje wyluzowaną, ale coś jej nie daje przestać o tym myśleć. Czy to właśnie o to chodzi? Czy naprawdę Unia Europejska ma dwie prędkości? Rzeczywiście, na gali w Pułtusku Jadwiga Bobolewska, pisująca do tygodników braku opinii i piątkowych programów TV ambasadorka Ulicy Sezamowej w Grupie Wyszechradzkiej, w ogóle nie zwracała na nią uwagi, jakby czuła się zażenowana faktem, że musi jej wręczyć Bursztynowego Skowronka za zestaw wierszy o Wielkim Ptaku. Mówiła coś o poetach i poetkach konkursowych, że życzy nam przyszłych sukcesów i zaszczytnych miejsc na trofea na półkach. Zniknęła zaraz po ostatnim dźwięku z tuby pana Staszka, którą zatrąbił niejedno wesele. Zaraz, zaraz… No właśnie, z czym do ludzi? Dla ludzi?

I tu przerywamy. W poprzednim odcinku: młoda poetka poznaje pejoratywne określenie: poeta konkursowy. I to jest kluczowy moment w naszym serialu. W życiu i śmierci każdego uczestnika i każdej uczestniczki konkursów. Czy młoda poetka rozumie swoje położenie? Czy zdaje sobie sprawę, że w Polsce C i D nie ma trzęsień ziemi? Czy wyśle jeszcze jeden zestaw na zbliżający się Konkurs Nagiej Prawdy w Dusznikach Zdroju, by się niegodnie pożegnać? Czy pojedzie na finał Średniego Schematu i wyda konkursowy debiut w Wydawnictwie Bez Znaczenia? Czy przyśni jej się nieświęty Jacek Bierezin i powie, spod autobusu: twoje czyny już zawsze zostaną nadzieją, choć znasz ich cenę? Czy poprzedni Mistrz Poezji schudnie? Czy Wiesław Winda istniał naprawdę i zarządzał własnym strachem?

Droga młoda poetko, drogi młody poeto, na te i inne, dyplomatycznie niezadane pytania, musicie odpowiedzieć sobie sami. Nikt za was tego nie zrobi, nikt wam niczego nie zrekompensuje ani tym bardziej nie będzie sublimował. Dlatego kiedy w mieście Łodzi, nieopodal prawie magicznej Stacji Jednorożców i kościelnej Groty Solnej, będę ci wręczał nagrodę, wyróżnienie tudzież o nich informował zza winkla, a moja mowa nie będzie prosta: tak, tak, nie, nie, gratuluję i życzę dalszych sukcesów, a mój wyraz twarzy będzie mniej życzliwy, a uśmiech głupkowaty, a zez rozbieżny, to wiedz, że coś się dzieje we mnie i coś ważnego chcę ci przekazać. Zły dotyk konkursów boli przez całe życie.


Rafał Gawin

Poeta, recenzent, krytyk, konferansjer, reanimator kultury, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, instruktor w dziale imprez Domu Literatury w Łodzi. Autor zbiorów poetyckich, ostatnio – Zachód słońca w Kurwidołach.

Reklamy