RAFAŁ GAWIN – List figowy. Przeciw pożyciu literackiemu

a

Miałem napisać tekst na temat Siksy. Jestem niewierzący, praktykuję gdzie indziej, więc postanowiłem nie pokutować. Za jakie grzechy? Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Siksa to taki antymiś na miarę naszego braku możliwości. A raczej antymisiowa. Królik z kapelusza, który oznacza koniec czarów i początek mar. Koszmarów, czyli mar z kosza. Na brudną bieliznę. Którą statystycznie nosimy często, ale wydaje nam się, że jej zmieniających się kolorów nie widać, bo nasze stroje nie prześwitują. To my jesteśmy przezroczyści. Nie mamy nic do ukrycia, to ukrycie ma coś do nas – że tak łatwo dajemy się pogrążać w ostatecznej diagnozie.

Ale liczą się twarde fakty.

Wczoraj dostałem list od papieżycy. Pisze, że nie jestem niezły. Ba, nie wierzy we mnie nawet bogini, którą wymyśliłem na przeczekanie.

Papieżycy nic nie wisi, nie jest obojętne. Wie, na czym siedzi, i chce, bym się przysiadł i popatrzył z jej perspektywy na lud nieboży.

List nie był zaadresowany, ale dotarł do mnie bezbłędnie. Skąd wiem, że od papieżycy? Bo dotyczy mitów, których sama jest częścią. Bo opowiada bajki, pomiędzy które można ją, za przeproszeniem, włożyć.

Wczoraj dostałem list od papieżycy. Rozmnożyła się niczym chleb-kamień i zdechła ryba-piła. I przemówiła nieludzkim głosem, a słowa cięły niczym tępe pragnienia niezrealizowanej walki wewnętrznej. My, legion – pierwsza brygada, czwarta dywizja, czyli dialektyczna ekstraklasa, liga ochrony środowiska nienaturalnego.

Poniżej przytaczam treść. Proszę nie wyjmować ości, nie gryźć, tylko połykać w całości – jak mawiał wyautowany prorok. Tylko głębokie gardło i terapia szokowa, wstrząsowa i mieszająca. Tylko bezpośredni przekaz. Na kolanach.

Cytuję bez pamięci:

Drogie koleżanki i drodzy koledzy

– piszący i krytykujący polską poezję –

my, czytelniczki i czytelnicy literatury, wyrażamy zaniepokojenie. Waszym zachowaniem. Waszym nastawieniem. Waszymi wzajemnymi stosunkami. Waszą niesmaczną pychą. Waszą chciwością od niechcenia. Waszą płynną nieczystością. Waszą chorobliwą zazdrością. Waszym głodowym nieumiarkowaniem w jedzeniu i w piciu. Waszym pustym gniewem. Waszym wszechogarniającym lenistwem. Waszym przykazaniem miłości własnej, przestrzeganym w każdym lustrze. Waszym coraz bardziej niewyraźnym, niedopracowanym i niedopieszczonym odbiciem.

Nie, tego tak nie można zostawić. Koniec przebieranek, wypinamy się!

Tanie koleżanki i tani koledzy

– obracający się i obracani podczas działań, które nazywacie poetyckimi –

my, czytelniczki i czytelnicy literatury, mamy dość. Wkurwiacie nas niemiłosiernie, bezgranicznie i bezdennie, horrendalnie i hiperbolicznie, przesadnie i ponadczasowo. Nie akceptujemy waszego BHP! Waszego CHWDP, JPIIGMD, ZSRR, ŁKS i SPP!

I dzieje się tak nie od dziś. Ale w końcu miarka się przebrała, doigraliście się. Nie, nie wydarzyło się nic szczególnie skandalicznego i żenującego. Coś takiego wydarza się bezustannie. Tu i teraz, przed ekranem monitora – mamy oczy, uszy i nosy wszędzie. Po prostu kiedyś musieliśmy zareagować i nadszedł ten czas. Bo tak! Nie musimy się z niczego tłumaczyć! Idziemy po was! Dorżniemy waszą watahę!

Cytując klasyczkę myśli rewolucyjnej na miarę waszych możliwości: to nie koniec. To dopiero, kurwa, początek.

Zawsze jesteście ponad. Najwybitniejsi, najwięksi, najwyżsi, najgrubsi i najchudsi. Najbardziej zajebiści. Najbardziej zaangażowani i najbardziej nichujaideowi. Totalni i totalitarni niczym totalizator niesportowy. Jesteście narcyzami, motylami Emmanuelami, bufonami, buforami niebezpieczeństwa. Zawsze ja i tylko ja. I jeszcze ja. Ja, ja, jaja, ja wohl, schneller, noc z tobą będzie zawsze wielka! Dlaczego nie znowu ja? Jesteście męskimi prostytutkami i burdel-mamami. Ale jednocześnie macie wszystko w owłosionych tyłkach, rozoranych przez dążenie do splendorów za wszelką cenę. Bo czym macie się przejmować, jeśli i tak was nie czytamy? Jeśli nie czytają was nawet koledzy i koleżanki, po fachu i po łóżku, nie wspominając o rodzinach, których i tak nie macie, bo je rozbiliście, wystraszyliście lub olaliście poalkoholowym moczem?

Nie chcemy dawać wam szansy. Nie zasłużyliście. Zresztą i tak nas nie potrzebujecie. Po co wam kolejni świadkowie waszego upadku? I mówimy tu o upadku poetyckim, z życiowych i tak jesteście dumni, ślinicie się na myśl o kolejnych (i nawet nie wiecie, że już tego nie kontrolujecie). Piszecie przecież z braku, cierpicie za miliony (w praktyce: pożyczone i wyżebrane piątaki od podwórkowych cwaniaków), potrzebujecie kryzysów jako śmiercionośnego źródła, które was ostentacyjnie niszczy, by uboczne produkty waszej wątpliwej jakości materii w postaci wierszy zaśmiecały wasze ogródki, gwałciły wasze gąski tudzież gąsiorów, których tolerujecie, dopóki są pełni goryczy i frustracji, dopóki są dla was lustrami, w których się przeglądacie, na które szczytujecie i które obijacie, by pękały zgodnie z waszym brakiem siły i gustu.

Dupa-cycki, dupa-cycki (przerywnik, byście potrafili utrzymać uwagę).

A jeśli macie trochę ambicji, zamykacie się na uniwersytetach, w tajnych organizacjach i lożach sadomasońskich, gdzie w imię idei humanistycznych rżniecie te wasze studentki, tych studencików i oni czują, że droga do poezji stoi przed nimi otworem tudzież marszczy się sflaczałym drogowskazem, tylko muszą trochę posprzątać, to jest pociągnąć jak odkurzacze, podciągnąć się na drążkach, pocierpieć z wami i dla was, bo przecież bólu istnienia trzeba się nauczyć, zdobyć wykształcenie kierunkowe, bazę, by w niej burzyć nadbudowę. By słowo stało się ciałem.

Krzyczycie i się zataczacie, chlejecie i ćpacie, defekujecie i zwracacie pod siebie i na siebie, a gdy nikt nie patrzy, zasypiacie, nie powiemy w czym i w jakich pozycjach, nie chcemy się w tym babrać i sprawiać wrażenie, jakbyśmy ogrzewali się w waszych dogasających ogniskach niczym kartofle, które dały się nabrać, nabić na wasze połamane kije. Żwirek i muchomorek – to wasza platońska uczta.

Ale najbardziej lubicie uprawiać zbiorowy samogwałt. Powszechnie i seryjnie – na oczach garstki młodych niezdolnych, którzy jeszcze nie dostąpili tego zaszczytu – ale w taki sposób, by was zobaczyli, usłyszeli i poczuli, by wasz splendor na nich chociaż skapywał. Zachowujcie sobie pełne patosu kamienne twarze. Nawet gołębie z rozwolnieniem omijają wasze smutne fontanny.

I wy to nazywacie życiem literackim?

Owszem, my również posiadamy psy, koty i inne zwierzęta, które od czasu do czasu liżą się po tyłkach. Taki mamy klimat. Natura kontra kultura, wiadomy konflikt i kryzys. Ale czy wiecznie musicie je nieudolnie naśladować i jeszcze o tym opowiadać?

Myślicie, że coś światu – ludzi i zwierząt – zrekompensujecie, wpierdalając tylko rzeżuchę, ciecierzycę i inne marchewki, kradzione podobnym do was, tyle że uczciwie topniejącym ze wstydu bałwanom? Myślicie, że jeśli przywiążecie się do drzew albo będziecie głośno krzyczeć o waszych wątpliwej jakości narządach płciowych, to zbawicie wasz ćwierćświatek, ba, świat cały, eko w imię róży, że niby kakofonia waszych ego nie będzie dźwięczeć nam w uszach? Napierdalajcie w inne organy!

Nie myślicie, jesteście myślani, wymyślani przez wasze chore wyobrażenia, obrazy i urazy, zwłaszcza głowy. Wiemy, że bawi was ten stan, ten upadek z niskości, ponieważ przypomina, że kiedyś byliście wyżej, że jednak można inaczej niż czołgać się w stronę światła w lodówce – jakiej lodówce? – na czubku loda. Wdychacie opary absurdu i wydaje się wam, że to jakaś nowa awangarda, że sami unosicie się nad klepiskiem tego fałszywego grajdoła, że ta prawda was wyzwoli – prawda bezczasu, ekranu porno i bolącej dłoni: lewicy, prawicy, jeden ce ha, centrum ce ha stosowanej.

Mamy wam to przeliterować?

Nobel, Nike, wahadło-imadło (przerywnik, byście potrafili utrzymać uwagę).

Znajdzie się otwarta rana dla każdego grafomana! I niech się tam zasklepia. Tylko dlaczego tak jątrzycie, próbując skracać cień, w którym pozostaniecie po śmierci wszystkich światów istniejących i nieistniejących, zagnieżdżonych w głowach i kosmicznej materii, na prerii snu i w wielkim lesie z małym co nieco, echem pustego brzucha?

Spieprzajcie, dziady i małpy w czerwonym! Brunatne niedźwiedzie wyliniałe i niewydepilowane Krysie!

Rozpoczynamy nasz żarłoczny protest!

Protestujemy przeciwko waszemu hiperzblazowaniu. – Nie chce mi się, olewam, sram, pierdzę i nie sprzątam. – Leżę jak zwierzę i pachnę tygodniami. – Po co mam to czytać? Piszę. – Hej, mała, mam wolne miejsce na penisie, ale to ty musisz się postarać, sam nie drgnie. – Hej, duży, korzystaj, póki nie znajdzie mnie większy, grubszy i bardziej śliski. Takie tango w budce suflera.

Protestujemy przeciwko waszej hiperaktywności. Waszym profilom na Fejsbuku, tłitom, insta-srinsta, całej tej orgii samojebek: waszym problemom z prostatą, okresem, dekoltem i brzuchem, waszym kolczykom w sutkach, ssij, ssij! – A teraz wchodzę ja, cały na biało! – Zobacz, mam nową pralkę! – Do twarzy mi z nagrobkiem znanego birbanta i masturbanta! – Patrz, patrz, jem falafela i popijam sokiem z kaktusa! – Widzisz, jak kopuluję z Dworkiem Sierakowskich, Poleskim Ośrodkiem Sztuki, Instytutem Mikołowskim, Domem Literatury w Łodzi, Urzędem Stanu Cywilnego w Gołodupcu! – A tutaj śpię z pedobearem w motelu pod Paryżem, na worku podróżnym kieliszek po nieszampanie. – Wiesław Stanisław Żelisław Kocik, koci kutas bez u, te, a i es. – Jan Jezus Maria Rokita, mały neoliberalny szatan bez klasy.

Protestujemy przeciwko temu, jak niechlujnie i obleśnie wydajecie czasopisma literackie. Bez selekcji tekstów. Bez selekcji myśli. Ba, bez selekcji bezmyślności. Bez redakcji, korekty, składu i ładu. Porządku i obrządku. Z szatą graficzną rodem z dawno przebrzmiałego lumpeksu, jakby to było jakieś przaśne rodeo, jarmark wzorów do prześladowania, sponsorowany przez MS Paint.

Protestujemy przeciwko temu, jak niechlujnie i obleśnie wydajecie książki. Bez selekcji tekstów. Bez selekcji myśli. Ba, bez selekcji bezmyślności. Bez redakcji, korekty, składu i ładu. Porządku i obrządku. Z szatą graficzną rodem z dawno przebrzmiałego lumpeksu, jakby to było jakieś przaśne rodeo, jarmark wzorów do prześladowania, sponsorowany przez MS Paint. I tylko te blurby, przy czytaniu których słychać jeszcze echo klapsów i ssania – bierz mnie, bierz mnie!

Protestujemy przeciwko temu, jak niechlujne i obleśne organizujecie spotkania – panele, promocje, dyskusje i odczyty, na które nikt nie przychodzi, na których wzajemnie wałkujecie swoje ciasta-zakalce, uprawiając po ciemku monotonny dyskurs o tekstach – podtekstach i pretekstach, żeby się sponiewierać na ubogo jak dzikie świnie-nieskarbonki.

Protestujemy przeciwko temu, że razem chlejecie, a potem dopisujecie do tego wiersze, prozy, dramaty, wstępy, posłowia, blurby, recenzje, eseje, felietony, magisterki, doktoraty, habilitacje i inne biblie ubogich ciałem, duchem i umysłem. To nie jest racjonalizacja szaleństwa, tylko zwykłe zalewanie miękkich pał: my też to lubimy, ale nie afiszujemy się w miejscach przeznaczonych do innego spożywania i obcowania.

Protestujemy przeciwko temu, że uprawiacie razem seks, a potem dopisujecie do tego wiersze, prozy, dramaty, wstępy, posłowia, blurby, recenzje, eseje, felietony, magisterki, doktoraty, habilitacje i inne biblie ubogich ciałem, duchem i umysłem. To nie jest racjonalizacja szaleństwa, tylko zwykłe branie z dupy do buzi: my też to lubimy, ale nie afiszujemy się w miejscach przeznaczonych do innego spożywania i obcowania.

Protestujemy przeciwko temu, że razem chlejecie i uprawiacie seks, by potem wzajemnie się nagradzać, wręczać sobie medale, dyplomy, nagrody i stypendia, za które będziecie razem chlali i uprawiali seks do następnej okazji, konkursu recytatorskiego w zapyziałym ośrodku kultury albo czytania wierszy na Święcie Pieroga, Dniach Sołtysowej czy Herstorii Żółtej Ciżemki.

Protestujemy przeciwko temu, jak mamicie młodych i niezdolnych na warsztatach literackich, praktykach, festiwalach, żeby ich zdybać na gorącym uczynku, podłączyć się do nich, póki jeszcze pachną świeżością, nie debiutowali ze wszystkimi i nie przegrali wszystkich konkursów brzydoty. Póki jeszcze czują, że ich życie to nie życie literackie, to nie wasze życie erotyczne i alkoholowe, zwyrolskie fantazje i metafory.

Protestujemy przeciwko temu, że nas olewacie, bo nie jesteśmy wam do niczego potrzebni, kiedy macie siebie, dopóki macie swoje organy, cele uświęcające środki artystyczne, gdy wiersz wychodzi z domu i każdą noc spędza w innym hostelu i motelu, z innym wierszem, w innymi rytmie i interpretacyjnym sponiewieraniu, kiedy zjada własny ogon i jednocześnie dławi się cudzym, zapchany i zapychający, wypełniony i wypełniający po brzegi, poniżej poziomu krytyki, jakby w głośnikach dudniła Siksa i jej piskliwy głosik wyparcia.

Połączcie te punkty, by połączyć się z absolutem: Wielkim Wozem? Wodzem? Nie! Gigantycznym karnym kutasem, który wam się należy za chujowe parkowanie myśli, mów, uczynków i zaniedbań. [Ostatnie zdanie na następnej stronie, opatrzone stosownym szkicem krytycznym – dopisek odbiorcy].

Jesteśmy wszędzie, kiedy wy jesteście nigdzie. Nie zapominajcie o tym. To nie my jesteśmy inni, to wy jesteście tacy sami.

Z bardzo brzydkimi wyrazami braku szacunku

Niewasze czytelniczki i niewasi czytelnicy.

***

Koniec cytatu. Koniec końca. Koniec końców żyję i nic mi się nie stało. Ale to pewnie dlatego, że alkohol i seks stępiły moje uczucia wyższe, a nawet średnie i niższe. Że mój wiersz jest krótki i gruby, moja recenzja długa i cienka, natomiast mój felieton nie może stanąć – toteż ciągle się porusza, byście nie zaobserwowali, jak bardzo jest bezużyteczny, jak bezwstydnie się tapla w hipokryzji niczym hipopotam w niewyraźnym i niedoskonałym ogrodzie dekoncentracyjnym.


Rafał Gawin

Poeta, recenzent, krytyk, konferansjer, reanimator kultury, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, instruktor w dziale imprez Domu Literatury w Łodzi. Autor zbiorów poetyckich, ostatnio – Zachód słońca w Kurwidołach.

Reklamy