JERZY BENIAMIN ZIMNY – Rytuałów nie będzie. Barbara Janas-Dudek, „Za wcześnie na rytuały”

3a

Są w kraju poetki, o których poezji niewiele mogę napisać, bo niewiele wiem, mimo zaczytywania się co jakiś czas ich tomikami. Powroty do poezji trudnej w przekazie są jak wędrówki donikąd, chociaż cel, jaki mi przyświeca, jest bardzo ambitny, żeby nie powiedzieć – ambiwalentny. W jakim stopniu akceptuję lub odrzucam twórczość na rzecz osoby autora i na odwrót – przeciw niemu? Tutaj też jestem kropce i nie znajduję dla siebie jakiegokolwiek usprawiedliwienia, stając prędzej czy później przed faktem bezpośredniego kontaktu z osobą autora. Zatem muszę jakoś pogodzić znaczenie misterium z ideą obrządku – jak już niektórzy mogli się zorientować, że chodzi tutaj o twórczość Beaty Patrycji Klary i Barbary Janas-Dudek. I nie tylko. Wcześniej w czasach bardzo odległych musiałem odpuścić znanej poetce Urszuli Małgorzacie Bence, za cholerny „dandyzm”. Taki już mój los feministy, jakby za karę, nigdy z wdziękiem odczuwalnym podchodzę, raczej się czaję, przed poetycki cokół, aby coś konkretnego skrobnąć i przy tym zachować własną głowę na karku. Czytam wiersz po wierszu i znajduje poetkę w stanach odmiennych, w całej rozciągłości huśtawki nastrojów, ale trzeźwą i uważającą na to, co mówi. A mówi wbrew sobie, że niewiele mówi, raczej każe słuchać swojego milczenia, bo podobno w milczeniu potrafi powiedzieć najwięcej: „dzisiaj jestem sobą, więc słuchaj, czego nie powiem, czytaj między grymasem, przygryzioną wargą a tym, co wypływa mi z ust”. Czyżby mowa ciała, które najlepiej i najskuteczniej potrafi wyrazić ból spowodowany nie tylko fizycznym działaniem? Adwersarz jest jednocześnie winowajcą i cierpliwym słuchaczem „milczenia” poetki, która ubolewa: „muzyka, która rodzi się między nami jest rzewna, nie pójdziemy razem, przede mną nie ma świata. za mną nie ma ciebie”. O kim mowa i do kogo te słowa są adresowane? Demiurg, Zbawiciel, Salvador, Mąż? Każdy z wymienionych pasuje poetce do nadania rangi słowom, które tutaj wypowiedziała lub przemilczała. Jeśli mam dokonać wyboru, stawiam na Boga, ale nie jestem do końca zwolennikiem takiego spotkania w chwili tragicznej śmierci. Ów piorun (wyładowanie) niekoniecznie musi być jedynym rozwiązaniem, a może chodzi tu o wyładowanie napięć wynikających z miłosnych uniesień, z wyczekiwania na supernową lub grom z jasnego, domowego nieba? Poetka prowokuje czytelnika (w mojej osobie) jakby sądziła, że jestem aż tak łatwowiernym? Niezbadana natura kobieca jest deklaracją na wyrost, kamuflaż, skóra, w jaką przywdziewa się tutaj podmiot liryczny, jest przeźroczysta, o czym poetka z Chorzowa nie wie, albo jej się to udało bezwiednie w trakcie miękkiego wchodzenia w metaforyczny temat. To z mojej strony tylko podejrzenie, myślę, że to „zlepianie się w środku” zapoczątkowane w dzieciństwie jeszcze trwa, czego dowodem jest przesłanie dominujące w omawianej książce. Klary w podobny sposób buduje napięcia w swoich wierszach, ale nigdy nie zdejmuje maski, poetka z Chorzowa nie musi zdejmować swoich masek, bo jak już wyznała – jej ciało niczego nie potrafi ukryć. Stąd, jak mniemam, musi kiedyś w końcu dojść do rytuału. Wieńczącego długi okres mistyfikacji z udziałem najbliższych poetce osób, Bogu ducha winnych. Przerażam samego siebie i chciałbym pomóc poetce w porządkowaniu słów, co według niej jest niemożliwe, zanim dojdą do logicznego składu zgniją, a ten, na którego liczy, „nigdy nie zaprosi jej do wiersza”.

Wieszczba, wróżebność, sięganie po rekwizyty mistyczne, przywróci kilku tysiącom wiarę („urodzi Chrystusa”), a potem wyjdzie przez „szczelinę i pozostawi jedynie zapach i cień”. To bardzo dużo i zarazem bardzo mało, jeśli brać pod uwagę cały ten niedostatek fizycznego ciała, które może więcej dać aniżeli wziąć. To jest, moim zdaniem, zaczyn źródłowy tego tomu, zaczyn, który powstaje w trakcie codziennych domowych „rytuałów”, a puentą – dopiero zasygnalizowaną – będzie w przyszłości RYTUAŁ, ten dokonujący uwieńczenie ostateczne, w niewiadomym miejscu i w wyrazie, słowie trudnym jeszcze do określenia. Poetka zwykle kłamie, więc można jej wierzyć nawet między akapitami, między kropką a jej brakiem i między wierszami. Przynajmniej ja dostrzegam „wysoki cień” słodkiego miłosnego Igrzyska, chociaż poetka bezpośrednio o tym nie mówi?

Coś, wobec czego nie można przejść bez komentarza. Zastępczy samochód jak zastępcze ciało albo nowe mieszkanie bez oświetlenia. Cud, że żyję, wychodząc z nie swojego ciała, moje dramaty nie będą dramatami innych, bo któż wsiądzie do „rozbitego samochodu”? W poezji można przyspieszać, można hamować, ale nie można nie wsiadać, zawsze jest jakaś cena i jest jakaś ofiara w ostatecznym rozrachunku, z pewnością nie nadaremna. Choćby wnioski, których trzeba najpierw doświadczyć: „stanęliśmy na głowie zapominając o nasionach”. Takich mądrości w tomie Barbary Janas-Dudek jest bez liku. Drugiego czerwca nie może już nigdy się powtórzyć. Data, którą należy wymazać z pamięci, wiersz ma jednak wieczną pamięć.

„Słowo może unieść wszystko”, mówi poetka, wcielając się w pozycję larwy, która kiedyś odleci motylem. Ze snu mężczyzny, któremu pozwala na osobność? O ten moment chodzi, może nie w połowie czegoś, aktu, związku dorastania do dojrzałości, niezadowolenia, a może przesytu. Na wyrost kroi swój łach pokutny, obarcza siebie winą, która bardziej przypomina ofiarę złożoną w domu, w każdym miejscu lirycznego odosobnienia. Rozumiesz mnie albo tolerujesz, mimo to „zgarniam pokarm z twoich ust i otwieram się na więcej”. I tutaj mam wątpliwość, kto to mówi, poetka czy żona, na pewno matka, ale relacji emocjonalnych jak na lekarstwo, jedynie nadopiekuńczość i instynkt samozachowawczy w chwilach zagrożenia. Może coś więcej między wierszami, może podtekst, drugie dno związku, a może kreacja osadzona na realiach, jednak bardzo wytłuszczona, w zbiorze przyziemnych spraw, bliskich obcowania.

Nieodparcie wkraczają do mojego myślenia dwa inne tomy wierszy, zbliżone stanem powagi poetyckiej, jeden po utracie bliskiej osoby, drugi porządkujący jakby domowy nieład. Scalające coś, co wymaga jedności. Zabawa w chowanego i Układ scalony. Ten drugi jest dziełem debiutanckim, nomen omen, poety chorzowskiego, Piotra Barona. Wszystkie mają wspólną płaszczyznę zmagania się podmiotu z trudną do opanowania materią. W przypadku Barbary Janas-Dudek są to zdarzenia, które ją zainspirowały do natychmiastowego odreagowania piórem, chociaż obok twardej postawy dostrzegam dozę bezradności, a niekiedy rezygnację wobec faktu przemijania, faktu ułomności ludzkiego ciała, optymizm niesie liryka, zakamuflowany w niej radosny zwiastun totalnego wyzwolenia.

Poetka z Chorzowa zaskoczyła mnie szczerością, chociaż wykonała tytaniczną pracę kamuflażu, w metaforycznym uniesieniu przechodziła w ten sam sposób do parteru, tylko po to, aby uniknąć patosu, banału, z którego przecież składa się nasze życie, zwłaszcza domowe. Czytając jej lirykę z omawianego tomu, lawiruję miedzy słowem a przemyśleniem, nie jest ważne to, co wyrażają słowa, za słowami kryje się przemilczane, bo intymne i własne przyklepane wiarą, przyrzeczeniem, więzami krwi. Ale zawsze, co jakiś czas, przebija się w tekstach retoryczne pytanie: po co to wszystko? Jak „przekątna graniastosłupa”, skoro mam czterdzieści lat i z każdym dniem jestem coraz mniejsza i „stwarzam pozory młodszej”? Nie, to jeszcze nie jest „rozdroże”, tutaj mogę poetkę z Chorzowa pocieszyć, ponieważ w przeszłości w dużo młodszym wieku w pewnej poetce „wykluwała się staruszka”. I to w sposób taki, że do dnia dzisiejszego nadal jest osobą młodą jak jej poezja. Albo druga poetka, która „wstąpiła w jesień” – taką deklarując postawę w kwiecie wieku. Margines, jak sądzę, uzasadniony z tą wstawką. Cóż można powiedzieć wobec takiego stanowiska: „wczoraj odmówiłam mu obcowania z moim starym ciałem”, wczoraj – prostuję – moje młode ciało stało się obiektem pożądania. Takim pragnie być postrzegane, nasycone poetycką duszą. Wykrzyknik.

Jeśli poezja – to na pewno prawda. Już w Zakładzie pracy chronionej poetka zasygnalizowała coś zupełnie nowego w poezji naszego czasu. Omawiany tom składa się z rozdziałów, na początek bez tytułu z wierszami wprowadzającymi w filozoficzny program poetki, uświadamiający czytelnikowi, że nie będzie to łatwa lektura. Korzenie, raczej drobiny białka, od których poetka zaczyna budować swoją postać liryczną: „wszyscy wyszliśmy z wody, więc cztery lata deszczu nie powinny wyrządzić nam krzywdy”. Kataklizm, przestroga potopu, zagłady, ale wszystko można jeszcze naprawić, albo to już miało miejsce, biblijne, i wszystko zaczęło się od nowa. Od komórki do narządu, potem do komórek umysłu. Dalej obraz z martwymi przedmiotami, nikogo nie ma, nikt się nie tuła po korytarzach, nawet „sny są niczyje, nikogo już nie będzie, zapomni się o nikim”. W „drugim obiegu” wszystko dzieje się na pustelni, podmiot czyta z kałuż, nie prowadzi tutaj żadna droga, nic nie jest uporządkowane, żywe istoty jedzą z martwych rąk. Zastanawiam się, o co tutaj poetce chodzi, pejzaż po hekatombie nie jest pejzażem rozbitej materii, może po głębokiej analizie poetka doszła do wniosku, że są w człowieku niezbadane rewiry, które wymagają określeń, dopominają się o nowy język? A może tylko o język chodzi, poetycki, z bełkotu powstałeś, aby obrócić się w artystyczny ład. Może poetce chodzi o wykreowanie własnego języka poprzez szczególną metaforykę zdarzeń, nie wyrazów, i nie obrazów, i to na płaszczyźnie bytu w czasie? Byt, w odwrotności do czasu, sens bytu w odniesieniu do czynności i procesów fizjologicznych; jak w tym wszystkim, w tych uwarunkowaniach ma się odnaleźć poeta, pozbawiony empirycznych doświadczeń?

Przyznam, obcuję z poezją już pół wieku i jak dotąd (poza nielicznymi przypadkami) tak głęboko osadzonego podmiotu w mojej niewiedzy nie spotkałem. W drugim rozdziale – na palcach żeby nie spłoszyć – poetka umieściła cztery wiersze, bardzo enigmatyczne, obsesyjność podmiotu reagującego na bliżej niezidentyfikowane obiekty (symptomy śmierci?). Tylko spokój gwarantuje „ich” nieobecność, choć na chwilę, „kolorowych na zewnątrz, szarych w środku”. Nie są to „białe mrówki”, odkąd podmiot milczy, nic się nie dzieje z dłońmi, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wreszcie odejdą, wraz z dojrzewaniem świadomości, znikną z twarzy podmiotu, przyjdzie czas „dogasania malowania ścian na dojrzałe kolory”. Odejdą na zawsze. Język, największe udręczenie poetki, ktoś nim steruje, wprowadza w obce obszary, w których poetka określa siebie i nie znajduje właściwego imienia. Czas dojrzewania nie tylko osobowości, także własnego języka lirycznego, który jest udręczeniem w obszarze egzystencjalnym, banalnym i oczywistym dla każdego. I dalej „dziura” nic do rozpoznania, więc przeskok do „paliatywu”, ale znów w połączeniu materii i ducha. Ani jedno, ani drugie nie należy do sfery zadowolenia podmiotu, zbyt mało jest wartości współegzystujących ze sobą, skoro „osiada na nas pył przeszłości, tryb naszego życia toczy się w przeciwnym kierunku. Jesteśmy coraz bliżej wejścia! Tynk zakryty nowym słońcem?”.

Barbara Janas-Dudek popełniła książkę do gruntownych przemyśleń nad złożonością psychiki, od której zależy jakość dzieła artystycznego, przy jednoczesnym zmaganiu się z obowiązkami przyziemnymi. Jest tutaj doza jakiejś nierównowagi w chwilach, które o czymś decydują, powaga i znaczenie śmierci, choroby. Stosunek kobiety do mężczyzny, matki do dziecka, poetki zaniepokojonej skutkami przemijania, jednocześnie tęskniącej za „początkiem” w wodzie, w powietrzu lub w ziemi. Ciekawe, z czym poetka chorzowska pojawi się następnym razem. Z dzieckiem czy ze staruszką? A może tak lubianym przez siebie „niczym”? Bo brak słów, zamknięte usta, cisza – są najbardziej wymowne w omawianym tomie.

Czytać Za wcześnie na rytuały i o nic nie pytać. Bo warto. Języka sobie nie połamiecie, ale umysł jak najbardziej. Powodzenia.

Barbara Janas-Dudek, Za wcześnie na rytuały, Anagram, Warszawa 2017.


Jerzy Beniamin Zimny

Zamieszkały w Poznaniu. Autor siedmiu tomów poezji, ostatni, Księga Wyjść, ukazał się w roku 2017 nakładem Wydawnictwa Miejskiego Posnania. Jest autorem szkiców literackich pt. Dzieci Norwida, powieści Gromnica, w przyszłym roku ukaże się jego kolejna powieść pt. Róże z Montreux. Debiutował w 1970 w piśmie studenckim „Merkury”. Były członek KKMP w Zielonej Górze. W latach 1976-2009 nie był związany z żadnym związkiem twórczym. W latach 1976-1989 publikował recenzje w pismach literackich: „Nadodrze”, „Nurt”, „Literatura”. Po roku 1990 związał się zawodowo z biznesem, pełniąc eksponowane funkcje w zarządach spółek kapitałowych. Od 2009 roku członek Związku Literatów Polskich oddział w Zielonej Górze. W 2013 przeniósł się do oddziału poznańskiego, jest członkiem Komisji Kwalifikacyjnej przy Zarządzie Głównym ZLP. Od dwóch lat pełni funkcję członka Kapituły Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny. Juror wielu konkursów literackich. Promotor młodej poezji polskiej.

Reklamy