MARCIN PODLASKI – 2 opowiadania

a

Kaczki

„Wsi spokojna, wsi wesoła!”
poeta

Z chmur, jak zboże z przedziurawionych worków, sypnęło się słońce, zmieniając kałuże w lśniące portale, a popijające z nich kaczki w łabędzie. Wiosenne powietrze po deszczu pachniało nieziemsko, i prawie można było uwierzyć, że wytłoczyły je skrzydła aniołów ukrytych gdzieś w niebie.

Odwrócony plecami do tego wszystkiego Jan cisnął kurwę i klucz na betonową posadzkę garażu. Brzęknęło. Przeczesał brudnymi od sadzy palcami krótkie mysie włosy, po czym sięgnął po butelkę piwa i przyssawszy się do szyjki, od razu wypił połowę. Po ostatnim łyku opuścił ręce i długo patrzył z nienawiścią na rozebraną sześćdziesiątkę. Tyle roboty, a on się musi jebać z tym gównem.

– Chujostwo – warknął.

W radio leciała właśnie piosenka Emigrantów Na falochronie. Jan wytarł ręce w jakąś szmatę i wyszedł z garażu na świetliste podwórko. Chłód owiał odsłonięte ramiona, latem opalone tak, że zachowały brązowy kolor aż do wiosny. Lekki wiatr delikatnie przycisnął do pleców przepocony bezrękawnik.

Z szopy dobiegło przeciągłe muczenie krów. Jan poszedł za garaż, na cmentarzysko sprzętów i części w sumie niepotrzebnych, ale mogących się kiedyś przydać. Gdy znalazł się wśród tych rupieci, narastająca w nim furia jeszcze się wzmogła. Wyszczał się na zagrzybioną deskę płotu, wgapiony martwo w zardzewiałe graty. Miał silną ochotę zacząć rzucać tym wszystkim i krzyczeć, ryczeć tak, aż przyleciałby zaniepokojony sąsiad, a wtedy on dałby mu w mordę i może by się uspokoił.

Jednak zamiast tego odwrócił się i ruszył przez podwórko. Ania siedziała w domu z dzieciakiem, trzymała go w tej dziurze, obsranej jak jej chory ojciec, kiedy na zewnątrz było tak ładnie; co ten dzieciak użyje w tym domu? Zaraz go wyciągnie, a Anię zjebie aż miło, należy jej się, a nawet jak nie, to i tak ją zjebie.

Dom Skrawskich był jednym z bardziej przykrych w Morowie. Ojciec Ani zaniedbał go tak, jak przez całe swoje życie zaniedbywał wszystko, od żony i dzieci po te dwa i pół hektara, przejęte pięć lat temu przez zięcia. Jan każdego dnia modlił się o śmierć znienawidzonego teścia, który tylko skłócał go z żoną i ciągle mieszał się nie tylko do ich małżeńskich spraw, ale i do Janowego sposobu gospodarowania. Tak jakby rzeczywiście martwił się o cokolwiek z wyjątkiem własnej dupy. Zresztą o tę akurat nie musiał się martwić. Teraz, kiedy rozkładał go postępujący rak, Ania ofiarnie go podcierała. To ojciec w końcu, mówiła, a Jan myślał wtedy: tak, w końcu, jeszcze trochę i wreszcie będzie spokój.

Rozwścieczało go zwłaszcza to, że Kuba musiał patrzeć na wszystko, wdychać ten smród i od małego uczyć się umierania, jeszcze w tak paskudny sposób. I do tego Ania trzymała go pod kiecą, jak ten dzieciak ma wyrosnąć na normalnego człowieka? Wyrośnie na pizdę, jak jego ukochany dziadzia. Dlatego teraz, kiedy jest taka ładna pogoda, tatuś wyciągnie go z domu, choćby miał wyszarpać go Ani z jej gładkich rączek.

– Kubuś! – zawołał w cień sieni po otwarciu skrzypiących drzwi. – Chodź mi pomożesz!

Dobrze wiedział, co nastąpi: i tak, jak się spodziewał, już leci Ania, a raczej nie Ania, Kuba, bo na to imię reagowała lepiej, i patrzy na niego tymi oczami męczennicy, jakby naprawdę miała z nim źle, Boże święty.

– Kuba śpi – powiedziała. Miała na sobie luźną sukienkę w niebieskie kwiatki. Lata temu zakładała ją na ich długie spacery leśne, po ślubie z czasem zaczęła nosić ją na co dzień. Długie ciemne włosy spięła w kuc. Wyglądała jak szkapa. Dawno przestał jej pożądać, zresztą jeszcze dawniej to ona gasiła go, kiedy dotykami i szeptem próbował ją rozpalać. Bała się pewnie, że tatuś albo syn usłyszy. – Czekaj, ja ci pomogę, tylko skończę karmić tatę.

Odwrócił się bez słowa, trzasnął drzwiami. Tylko na tyle było go stać; gdy zobaczył ją, stojącą przed nim w ciemnej, zatęchłej sieni, obok rozrzuconych byle jak butów i starego kredensu z koronkowym obrusem, mimo że wściekłość stała wódką w gardle, zrezygnował ze zrobienia awantury. To nie było potrzebne. Zwłaszcza jej. W duchu przysięgał sobie, że jeśli teść nie zdechnie do końca tygodnia, sam go zabije, zadusi jak lisa, który wlazł im kiedyś do kacznika.

Sapał, idąc przez kałuże w stronę garażu, gdzie czekała na niego robota, robota, którą musi wykonać, żeby w ogóle móc myśleć o innych robotach, o setce innych rzeczy, z którymi został sam, bo już nawet nie dla Ani musiał robić to wszystko, jej nic nie obchodziło poza Kubą i zdychającym ojcem, nigdy jej nie kochał, bił, a teraz ona podciera mu dupę i siedzi w tej ruderze, z której on, Jan, obiecał – pamiętał tamten dzień, słońce, lato, świerszcze, ona w tej sukience, powiedział jej to głośno, pocałowała go, Jezu, co to był za pocałunek – wyrwać ją, zabrać i uciec z nią daleko od gnoju, na jakim wyrosła.

Kiedy szedł, nagle drogę spróbował przeciąć mu samotny kaczor, odeszły od stadka pławiącego się w kałużach pod rozczapierzonymi, z wolna zieleniejącymi gałęziami leszczyny.

Ani błysku myśli – po prostu wziął zamach, jak do piłki, i twardy czub filcowego gumaka zdmuchnął intruza z jego trasy; z pełnym bólu skrzekiem kaczor poleciał parę metrów przed Jana, który teraz zupełnie już stracił panowanie nad sobą i podbiegłszy do słaniającego się ptaka, kopnął go ponownie.

Kaczor nie od razu zamilkł; cichł powoli, jak chwilę wcześniej piosenka w garażowym radio. Cichło też coś w Janie; stał nad konającą ofiarą, oddychając głęboko wiosennym powietrzem, oczyszczonym po deszczu, i czuł, że w nim też coś się oczyszcza, podczas gdy w kałużach tapla się ten ptak, łabędź, którego ostatni krzyk nie był wcale piękny.

Odrętwienie przeszło, kiedy usłyszał skrzypienie otwieranych drzwi domu. Spojrzał w ich kierunku. Stał na środku podwórka ze zdychającym u stóp kaczorem i patrzył w swojego syna, w odległe oczy, migotliwe kałuże. I wystarczyła chwila, by zrozumiał, co naprawdę zrobił: pojął, że od tej pory te kałuże będą migotały słabiej, nie odbijając już nigdy wiosny, łabędzi, uśmiechniętego słońca, kwiatków kochających dotyk chłopięcej rączki; od teraz zostaną brudne kaczki z ich śmierdzącym błotem, słońce znikające, kiedy mu się podoba, zimy ścinające kwiaty i ścielące po polach białe dywany śmierci.

Zrozumiał, że właśnie podebrał synowi bardzo ważny klocek.

Stał na środku podwórza, gdzie kaczor, nierozumiejący przyczyn nagłej katastrofy, bardzo wolno zdychał. Zaraz będzie trzeba naciąć mu łeb, zlać krew i wrzucić trupa do wiadra, gdzie zaczeka na Anię i na oskubanie.

Szkoda. Ale co poradzić?

Jan stał między domem a garażem z rozwalonym ciągnikiem, radiem zgrzytliwie nadającym nic nieznaczące brednie i do połowy wypitym letnim piwem. W żaden sposób nie powstrzymując Kuby przed zniknięciem na powrót w domu i schowaniem zapłakanej twarzy w płatkach kwiatów maminej sukni, wyjął z kieszeni papierosy i zapalniczkę. Zapalił. Stojąc, palił tak, jak pił jeszcze chwilę temu, dla jego syna dobre dwadzieścia lat temu. Wypaliwszy, rzucił w błoto peta, a potem poszedł do piwnicy po siekierę.

listopad 2016


Odpowiedź

Kiedy lekarz strapionym głosem oznajmił mu, że mimo wszelkich starań jego synek Michaś przyszedł na świat martwy, przedwcześnie siwiejący mężczyzna pokręcił głową z łagodnym uśmiechem. Zawsze pełen zrozumienia dla nieporozumień, wyjaśnił spokojnie:

– Nie, nie, nie. Pan się myli. Pan dużo wie, tylko, niestety, wie pan nie to, co trzeba. Czytywał pan po prostu złe książki. Nie zarzucam panu niekompetencji, w życiu bym nie śmiał, jest pan bardzo dobry w swoim fachu, ale są takie zjawiska, takie pytania, na które nie znajdzie się odpowiedzi w podręcznikach. A to z podręczników pochodzi pana wykształcenie, mam rację? Więc proszę się nie wymądrzać, jest pan dobry w swoim fachu, nie śmiałbym mówić, że nie, ale, wybaczy pan, brakuje panu, jak to się nazywa, szerszego horyzontu. Widzi pan zachód słońca i myśli: dzień się kończy. A tam gdzie indziej słonko przygrzewa jakimś Murzynkom! Ale nad tym już się pan nie zastanawia, bo pan ma ograniczone, proszę się nie gniewać, horyzonty. Z tym że jest to typowe dla dzisiejszych ludzi, więc nie ma się czego wstydzić. Ja panu już wyjaśniam wszystko, proszę usiąść i posłuchać.

Michaś żyje, cały i zdrów! Po prostu nie mógł zostać tutaj, z nami. Widział go pan kiedyś na ekranie? Widział pan, jak świecił? Michaś był wybrany. To cudowne dziecko, sam widziałem, że świecił na ekranie. Już wtedy przeczuwałem los, jaki mu przeznaczono.

Zaczęło się od tego, że Orion (bo stare nawyki trudno wykorzenić), nie mogąc wytrzymać dłużej, spuścił z łańcuchów swoje Psy, po czym po raz pierwszy od długiego czasu udał się na polowanie. Zanim jednak znalazł Zająca w szeleszczących krzewach ciem nad Erydanem, rozgniewany postępowaniem Oriona Jednorożec wezwał zwierzęta do walki z ludzkimi herosami. Tak oto, kiedy Orion polował z niewysłowioną rozkoszą, jaką dać może tylko rozdrapanie skrzepłego nałogu, potężny Byk ruszył ze swego odwiecznego miejsca. Ogarnięty szałem, długo krążył po czarnej puszczy nieba: rozniósł w drzazgi karetę Woźnicy, a w końcu – zaszarżował na Bliźnięta, Kastora i Polluksa. Niestety! Polluks, biedaczysko, zginął skłuty rogami, zmiażdżony kopytami rozjuszonej bestii. Kastor, na szczęście, ratował się ucieczką. W tym czasie Orion, ostrzeżony przez byłego Woźnicę, który przybiegł do niego co sił, pojął, że agresję Byka musiał wywołać on sam i jego głupie, głupie łowy. Kiedy to sobie uświadomił, poniechał Zająca; wtedy Jednorożec zadzwonił swoim rogiem, odwołując wcześniejsze rozkazy. Byk zostawił w spokoju biednego Kastora i niespiesznie powrócił do swojej zagrody.

Ale nic już nie mogło pomóc Polluksowi, nic! Przez głupie łowy głupiego Oriona biedny Polluks zgasł! Zgasł na zawsze!

Nie było jednak czasu na rozpacz: należało myśleć o jak najszybszym wypełnieniu wakatu. A że półboscy herosi dawno powymierali, nie pozostawało nic innego, jak wybrać nowe Bliźnię z ludzkiego grona…

I tym sposobem wybór padł na Michasia, na mojego synka. Nie mogło być inaczej. Pan widział, jak on świecił?

sierpień 2016


Marcin Podlaski

24-letni magistrant językoznawstwa na UMK. Pisarz od dziecka, jednak bez większych sukcesów wydawniczych. Urodzony w Stępowie k. Rypina, do niedawna mieszkający w Toruniu, obecnie w Aleksandrowie Kujawskim.

Reklamy