RAFAŁ GAWIN – Życie literackie dzikich

a

Nie umiem pisać tekstów na zadany temat. A tym bardziej cyklicznie. Dlatego szukam wymówek. Boli mnie głowa, boli mnie dupa, boli mnie sens życia, jeżeli istnieje, jak bóg, który nagle odkrył, że ma dla kogo umierać. Ale życie jest tylko jedno; czego tu się bać, nad czym płakać? Ból to naturalna kolej rzeczy, o ile jesteś w stanie wybić się z jego progu, oddawać za każdym razem dwa względnie poprawne skoki. W przyszłość, w bok, do sklepu monopolowego. W stronę kobiet, z którymi sypiam przed snem, pustym jak noc w wierszu Jerzego Jarniewicza?

Ale żeby uciekać w wiersze? Tylko do czego to zmierza? Ktoś w ogóle musi to wiedzieć? Planować? Często, gdy na przykład taki Janusz Rudnicki – ten sam, który oszukał system uciskającego patriarchatu i poważnie zmniejszył kilka fal feminizmu, że podmywają prymat męskości co najwyżej niczym średniej klasy bidet – coś pisze, to zna tylko punkt wyjścia, który zresztą rodzi się spontanicznie, nagle, tu i teraz. Fabuła mu się kompromituje, ponieważ, jak historia, zdążyła się skończyć i zrehabilitować jedynie fragmentarycznie, przyczynkowo. Jeżeli w ogóle, rodzi się na naszych oczach, jeżeli potrafimy dostrzec jej subtelne szczegóły, skutki.

Klasyk z Żyrardowa podkreślał, że mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. Problem w tym, gdy skończyć nie można, bo tak się zatracasz w działaniu i zaniechaniu, że gubisz wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Jesteś nowoczesnym pisarzem miłości z magicznym długopisem, ba, prawie wiecznym piórem, skoro elektronicznym i skoro puszysz się jak paw w trakcie sutej imprezy. Nie potrafisz pozbyć się płci jak kajdan instynktów, choć najsłabiej działa ten samozachowawczy. Tylko jak inaczej skutecznie zachować się, jeśli nie w tekście, ponadczasowym savoir vivre’u, branym cyklicznie na warsztat?

Katarynka gra i wyklucza nie tylko grające na niej romskie dziecko. Seksizm, wszędzie seksizm! Powinienem napisać na siebie donos do Brukseli, zrekonstruować swój nierząd, zafundować nowy, tańszy emocjonalnie serial w sztywnym kostiumie. Nie tylko wtedy, gdy zasiadam na tronie, by być lżejszy i szybszy w myśleniu. Wiele rzeczy powinienem, kiedy wszystkie huragany, orkany i tsunami połączyły się w najgłośniejszą i najbardziej bezwzględną trąbę powietrzną i jerychońską – #metoo. Słuszność samej inicjatywy nie ma prawa budzić wątpliwości, wspieram i popieram, nawet jeśli nie mogę. Ale oskarżenia rzucane na wszystkie strony, każące wszystkim heteroseksualnym mężczyznom szukać równoległych, lepszych światów w szafach? Promujące kulturę samogwałtu, bo przecież to jedyna bezpieczna forma kontaktu seksualnego, by nie skrzywdzić nikogo, kto by sobie tego nie życzył? Czy to koniec nadziei na normalny, zdrowy kontakt, choćby wzrokowy? Spotkanie poza tekstem? Inną, względnie dotykalną (ale – trzymaj łapy przy sobie!) fikcję?

Towarzyszki, jak mamy was podrywać, by was nie molestować? – pytają członkowie partii Razem na zamkniętych forach. Wstydzą się otworzyć? Pokazać, że absurdy dotyczą każdej, nawet najmniej wykluczającej i najbardziej sprawiedliwej, przynajmniej na papierze, polityki? Gdy nie ma forów pozycji władzy i płci, nie będzie towarzystwa wzajemnej adoracji nagich prawd Marksa. Tylko równość, równanie z ziemią, pustka sprawiedliwego nieba w gębie i pupie. Można czerpać z tego przyjemność poza satysfakcją, że się o tym pisze zdecydowanie z dystansu?

Szwedzcy zwolennicy uczciwych relacji posuwają się do zaproponowania umów, również w małżeństwach: chcesz uprawiać seks z żoną/partnerką, powinieneś mieć zgodę na piśmie. Nie ma srania po gałęziach, włóczenia się po krzakach i toaletach. Przecież obowiązuje nowa polityka historyczna: po pięciu latach każda kobieta zawsze może cofnąć ci przyzwolenie w czasie i z czułego i intensywnego kochanka zamieniasz się w zwyrodniałego gwałciciela. I będziesz za to kiblował sam, bo żadna redakcja nie pozwoli ci sobie zadośćuczynić choćby w krótkim tekście, pełnym winy sprostowaniu. Co z tego, że razem mieszkaliście i spaliście prawie zawsze w jednym łóżku?

Niesłusznie oskarżeni o zbiorowy gwałt członkowie deathmetalowego Decapitated cudem uciekli spod gilotyny, i to w bezwzględnym, wciąż karzącym śmiercią USA. Uważajcie na nazwy i imiona, jakie nadajecie, bo – jak dobro w starej, ale równie niedobrej MTV – mogą do was wrócić. Na początku jest słowo i ono ma moc niczym magiczny miecz na wasze wątpliwej jakości jaja. Zarzuty wycofano, śledztwo umorzono, ale niesmak pozostał. W tej rzeczywistości już dawno nie liczą się fakty, ba, nawet i mity, tylko to, o czym się mówi głośno. A mówić będziemy o wszystkim, bo to wygodne. Pisać również, czego tutaj nie muszę przywoływać, oskarżając się o jakiekolwiek intencje. Nie rzucę kamieniem, choć właśnie zaczął się rok Herberta.

Reasumując, jeżeli da się wysupłać z tego wywodu ciąg przyczynowo-skutkowy, choćby à rebours: właśnie dlatego związki powinny się otwierać – to jest ten potencjalnie podstawowy poziom gościnności we wspólnym pokoju, który koi nadwerężone codziennymi rozczarowaniami i kombinacjami receptory, właśnie gdy jest jedynie przechodni. Przyjmujmy uchodźców ciała i ducha, podróżujmy do siebie bez zobowiązań i niepotrzebnych nerwów, ile rzeczy – rzekomo – powinniśmy robić sobie w ukryciu. Niech nam ziemia lekką będzie, niech nasze ciężary nadają nam ulubione rytmy. Bądźmy na tak, trzy i więcej razy, znając i szanując swoje granice, nie tylko w imię asertywności. Choćby to był jednorazowy kicz, fundujmy sobie takie przerwy, przekazujmy znam pokoju, dzieląc się sobą. To najwyższa samoświadomość, fizyczna, psychiczna i intelektualna dojrzałość wobec braków, którymi na naszych oczach żongluje wciąż wyimaginowana rzeczywistość.

Pojechałem, nie? Jakbym po latach odzyskał Paszport Polsatu, skradziony przez sprytnego listonosza. Doręczyciel-dręczyciel – niech drąży echo, niech milkną głosy „daj się ukrzyżować!”.

Z wieloma pisarzami i politykami łączy mnie ten sam brak poglądów. Powiedziałem koledze, który został dyrektorem: zbyt duża zdolność koalicyjna jest tak samo niebezpieczna, jak zbyt mała. To, co się robi osobno, lepiej robić razem, byle poprawność polityczna i świadomość klasowa nie sprowadziła aktów odwagi do jednego niewspólnego mianownika albo wielu wspólnych bierników. Przypadek goni przypadek, taka niedobra odmiana.

Więc może jednak lepiej skupić się na jakiejś prawdzie, albo chociaż półprawdzie tudzież post-prawdzie? Sprawa indywidualnie może się bardzo skomplikować. Gdy się zwierzam, piszę jak pizda. Gdy się nie zwierzam, piszę jak chuj. Czy tym się charakteryzuje heteroseksualna fraza, która od jakiegoś czasu zmierzcha? Czy na tym mam opierać swój stosunek do świata, krótki i przerywany? Jak w takich warunkach pisać o literaturze? Albo chociaż o życiu literackim? Czy sam się wykluczę, zanim zostanę osądzony, bez procesu w konstrukcji, za moją opadającą awangardę?

Ten felieton miał pięć podejść, niczym wielotysięcznik zimą. Niczym narastający brak choćby zbyt późnego wytrysku. Wielokrotnie zastanawiałem się, co pominąć, co przemilczeć, o czym nie powiedzieć wprost. I tu nie chodzi nawet o paniczną ucieczkę przed szablonem, schematem, owczym pędem za realizacją kolejnego celu czy inną formę seksualnego niezaspokojenia. Pisanie to odwieczna gra uników, kompleksowa terapia tak rozłożona w czasie, że niemożliwa jest jej całkowita realizacja. Taki popęd, który nie stanowi napędu na cztery łapy, bo możesz bezustannie spadać, nie widząc dna, dziurawej trampoliny.

Ten felieton powstał rzutem na taśmę, mimo kilku dedlajnów, mimo komfortowych warunków pracy jak na młodego ojca niedyrektora, który zmaga się z marnością własnego losu w zaciszu drugiego pokoju, gdzie z dziecka zostaje tylko mata, biało-czarna niczym szachownica, na której rządzi królowa i bardzo małoletni król, a ty okazujesz się gońcem albo co najwyżej skoczkiem, jeśli jeszcze chcesz i potrafić się wyszaleć w jakichś przerwach. Zanim cię nie zamkną za zbyt postępowe i zarazem zbyt niepostępowe podejście do rodziny, ba, luźnych relacji władzy i przyjemności.

A teraz – spinaj poślady i baw się w spin doktora. Niech ten tekst okaże się skokiem na główkę (nie mylić z głową) i niech cię uzdrowi, gdy zamiast chodzić po wodzie, odbijesz się od jej powierzchni. Czysty jak łza czeskiego psa. Taki mikrofilm.


Rafał Gawin

Poeta, recenzent, krytyk, konferansjer, reanimator kultury, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, instruktor w dziale imprez Domu Literatury w Łodzi. Autor zbiorów poetyckich, ostatnio – Zachód słońca w Kurwidołach i Wiersze dla kolegów.

Reklamy