„Szkoła czytania sztuki”. Z dr KRYSTYNĄ CZERNI rozmawia Agnieszka Kostuch

a

Agnieszka Kostuch: Dlaczego wybrała Pani studia z historii sztuki? Kto zaszczepił w Pani zainteresowanie sztuką?

Krystyna Czerni: Jak wszystkie dzieci, bardzo lubiłam rysować, uwielbiałam w ogóle wszystkie zabawy plastyczne… Mama zapisała mnie do kółka plastycznego w Młodzieżowym Domu Kultury przy ul. Krowoderskiej w Krakowie. Chodziłam na zajęcia do pana Zwolińskiego – słynnego „Druszka” – ukochanego przez wiele pokoleń dzieci. Po latach odnalazłam jego wychowanków wśród absolwentów ASP. Na tych zajęciach poznawaliśmy techniki malowania, również na szkle, drzeworyty, gipsoryty, kolaże. W przerwach – bo przecież małe dzieci nie wysiedzą długo – rozkładał przed nami reprodukcje i bawiliśmy się np. w dopasowywanie barokowego kościoła do barokowego obrazu, gotyckiego do gotyckiego. To było pasjonujące. Po latach chodzenia na to kółko miałam na tyle wyrobione oko, żeby wiedzieć, że na ASP się nie dostanę, bo nie mam wystarczającego talentu [śmiech]. Trochę haftuję, spełniam się w szyciu ubrań czy patchworków. To mi wystarcza. W liceum miałam etap ogromnej fascynacji teatrem. To były lata siedemdziesiąte, chyba najlepszy okres w historii powojennego, krakowskiego teatru: Swinarski, Jarocki, Wajda. Jeździłam na premiery Hanuszkiewicza do Warszawy. Napisałam pracę maturalną o teatrze, myślałam o PWST, ale kiedy poszłam na konsultacje przed egzaminem, pani Polony powiedziała mi, że owszem, mam niezły głos, ale fatalną dykcję i czeka mnie bardzo dużo pracy… To mnie na tyle zniechęciło, że zarzuciłam ten pomysł. Wróciła do niego dopiero moja najmłodsza córka, właśnie skończyła szkołę aktorską. Ta pasja teatralna zawsze istniała w naszym domu. A historia sztuki wcale nie była oczywista. Miałam dość buntowniczą młodość, po maturze poszłam od razu do pracy, żeby się usamodzielnić, ale po roku doszłam jednak do wniosku, że warto się jeszcze trochę pouczyć… No i wybrałam historię sztuki, na którą wtedy bardzo trudno było się dostać. To był elitarny kierunek, o jedno miejsce ubiegało się chyba z 8 osób. Początkowo wyglądało zresztą na to, że będę mediewistką…

Nazywana jest Pani wybitną uczennicą profesora Mieczysława Porębskiego. Pierwsza Pani książka jest zbiorem rozmów właśnie z nim. Czy był dla Pani najważniejszym przewodnikiem po świecie sztuki?

Na pewno. On mnie nawet przyjmował na studia – był w komisji egzaminacyjnej, choć oczywiście wtedy się nie znaliśmy. Co ciekawe, mój pierwszy osobisty kontakt z nim był natury politycznej. Byłam zaangażowana w opozycję, tzn. byłam członkiem Studenckiego Komitetu Solidarności, współpracującego z KOR-em, i chyba w 1978 roku policja zgarnęła mnie z ulicy podczas inauguracji roku akademickiego. Profesor był wtedy dyrektorem Instytutu Historii Sztuki i musiał mnie wyciągać z tego aresztu. Zrobili tam razem z dziekanem straszną awanturę [śmiech]. A potem zaprosił mnie do domu, żeby porozmawiać właśnie o polityce. Przypuszczam, że kazano mu przeprowadzić tzw. „rozmowę ostrzegawczą”, ale to była bardzo ciekawa i żarliwa dyskusja… Profesor był – co powszechnie wiadomo – członkiem PZPR, ale to było takie członkostwo „strategiczne”, pełniące rolę parasola ochronnego dla Instytutu – długo by o tym mówić… Mocno się wtedy spieraliśmy, ale jednocześnie chyba bardzo się polubiliśmy. A że był zawsze człowiekiem bardzo grzecznym, odtąd – mijając mnie – kłaniał się nisko, uchylając szarmancko kapelusza, czym wzbudzałam zazdrość moich koleżanek z roku. Bo one jeszcze go nie znały, a ja już tak. Na pewno mogę go nazwać swoim Mistrzem. Jego sposób opowiadania o sztuce tak mnie zafascynował, że zaraz na początku zwróciłam się do niego z pytaniem, czy mogę chodzić na wszystkie jego zajęcia, także te dla starszych roczników, np. na seminarium magisterskie. Po prostu żal mi było każdej godziny, kiedy on mówił coś o sztuce, a ja tego nie słyszałam. Oczywiście wyraził zgodę, a ja zostałam chyba jedyną osobą, która sama sobie dodała zajęć na studiach. Pamiętam, że dopiero na jego seminariach poczułam się na tych studiach jak u siebie. Biegało się też wtedy na wykłady Tischnera, Stróżewskiego, ale to wszystko było gdzieś poza Instytutem. Taki Uniwersytet z dużej litery. A właśnie od zajęć z Porębskim poczułam, że ten Uniwersytet jest też u nas. On miał w sobie coś takiego, że był właściwie mało profesorski. Był wciąż praktykującym krytykiem sztuki, znał artystów od strony pracowni, warsztatu, cały czas pisał recenzje. I nie rozdzielał tego pisania tak sztywno, że z jednej strony jest dyscyplina naukowa, gdzie piszemy w sposób naukowy z przypisami, bibliografią, a z drugiej jest krytyka, gdzie pozwalamy sobie na dużo więcej. On pozwalał sobie na więcej zawsze, we wszystkich tekstach. Także o sztuce dawnej, o artystach z paleolitu, średniowiecza, pisał tak, jak się pisze krytykę artystyczną, angażując swoje emocje, wyobraźnię. Uważał, że indywidualne spojrzenie jest ważne. Być może wielu kolegów po cichu uważało, że to jest mało naukowe, ale ponieważ dużo publikował, był nagradzany, uznany za wybitnego – nikt tego głośno nie powiedział. Profesor uczył tego, że najważniejszy jest kontakt z żywym człowiekiem, z artystą. To było przykazanie główne: nie wolno pisać książek o sztuce z książek, bez wychodzenia z biblioteki. Musi się dotknąć dzieła, iść do pracowni artysty, zapytać, powąchać farby, obrócić obraz na drugą stronę, poznać od podszewki. Dopiero wtedy możesz coś napisać. Nie wolno tworzyć kompilacji, „składanek” z cudzych tekstów. Ja na co dzień pracuję w Bibliotece Instytutu Historii Sztuki UJ, więc napatrzyłam się na takie prace i artykuły, które są pisane tylko z książek. I nadal wydaje mi się to niedopuszczalne. Człowiek nie jest w stanie wiele zrozumieć ze sztuki w ten sposób. Trzeba patrzeć swoimi oczyma. I brać osobistą odpowiedzialność za to patrzenie. To przekonanie zawdzięczam również Porębskiemu.

Pani teksty o sztuce od początku były czytelne i intrygujące również dla osób spoza środowiska ludzi zajmujących się zawodowo sztuką, środowiska akademickiego. Pani publikacje nazywane są „szkołą czytania sztuki”, a Pani określana jest jako „bezcenny przewodnik w głąb sztuki” właśnie ze względu nie tylko na bogatą wiedzę, ale i język, jakim ją Pani przekazuje. Czy od początku przyświecało Pani założenie, by pisać zrozumiale dla laików?

Chyba także po profesorze Porębskim odziedziczyłam uczulenie na taki eklektyczny slang dotyczący sztuki współczesnej – nieznośne, hermetyczne „narzecze”, używane w niektórych katalogach czy artykułach, łączące pseudonaukowość z arogancją wobec tych, co się nie znają. Profesor mówił o tym ze zgrozą jako o „zaśmiecaniu polszczyzny”, uważał, że to powinno być zabronione… Mnie się wydaje, że – generalnie – zajmowanie się kulturą, sztuką, krytyką, to jakieś narzędzie międzyludzkiej komunikacji. Naprawdę chodzi nam o to, by się porozumieć, przekazać jakieś prawdy, wartości, emocje. Mnie przynajmniej właśnie o to chodzi. Inaczej to nie ma sensu. Ks. Tischner miał takie powiedzenie, że jeśli jakaś filozofia czy prawda nie da się przełożyć na góralski, to to jest g***o prawda. Więc mnie się wydaje, że krytykę, pisanie o sztuce powinno móc się przełożyć na góralski. To znaczy, że o tych najważniejszych rzeczach da się mówić prostym językiem. Nie prostackim. Ja się bardzo staram, naprawdę. Ważną dla mnie książką jest słownik synonimów. Jak widzę, że jakieś słowo się powtarza, to mnie to drażni, szukam zamiennika. Zależy mi na pewnej melodyjności, rytmie zdań. Często czytam je na głos. Każdemu początkującemu krytykowi, studentowi czy pisarzowi radzę: przeczytaj swój tekst na głos, zobaczysz, jak brzmi. Wtedy wychodzą różne zgrzyty, zbyt długie zdania, powtórzenia. Reasumując – postulat „pisania zrozumiale” to nie jest jakieś odgórne „założenie”. To po prostu jest dla mnie oczywiste.

Na niedawno przeprowadzonej obronie Pani pracy doktorskiej poruszyła mnie Pani odwagą mówienia o odpowiedzialności środowiska historyków sztuki (i nie tylko) za ochronę spuścizny po profesorze Jerzym Nowosielskim. Nazwała Pani „porażką” tegoż środowiska fakt zamknięcia greckokatolickiej kaplicy na Kanoniczej w Krakowie zaprojektowanej przez profesora (mimo „pospolitego ruszenia” miłośników Jego sztuki). Przytoczyła Pani jednocześnie pozytywne przykłady uratowania dzieł Nowosielskiego. Jak w praktyce może się przejawiać ta odpowiedzialność historyków sztuki? W jaki sposób ludzie spoza tego środowiska mogą dołożyć swoją cegiełkę do ochrony zagrożonych dzieł?

Tamto „pospolite ruszenie” – akcja zbierania podpisów pod petycją proszącą o uratowanie kaplicy – było szeroko nagłośnione. Poszły także obywatelskie delegacje do ks. kanclerza Fidelusa i do ks. kardynała Dziwisza. Delegacje wiernych Kościoła krakowskiego, niezależne od środowiska historyków sztuki. Na pewno należało wykonać to wszystko, czyli:  nagłaśniać sprawę, udzielać wywiadów, interweniować, gdzie się da. Napisałam list otwarty do pani Minister Kultury Małgorzaty Omilanowskiej. Udzieliłam kilku wywiadów dla telewizji. Koledzy byli u hierarchów kościelnych. To wszystko okazało się nieskuteczne, wobec wszechmocy Kapituły Katedralnej, wewnętrznych układów i niechęci – tak trzeba to nazwać – do środowiska ukraińskiego, uosabianego w tym konflikcie przez Fundację Św. Włodzimierza. Kiedy człowiek okazuje się tak bezradny w starciu z instytucjonalną machiną, trzeba przynajmniej maksymalnie udokumentować te zagrożone dzieła, obfotografować przed ich unicestwieniem, zachować w pamięci. Michaił Bułhakow pisał: „rękopisy nie płoną”, mając na myśli to, że raz napisany wiersz gdzieś przecież jest i przetrwa. Ja podobnie myślę też o obrazach i zniszczonych polichromiach Nowosielskiego. One po prostu gdzieś tam są… w naszej pamięci, w naszym wspomnieniu, na fotografiach. Dalej nas jakoś karmią, zachwycają… Przy wielkim żalu, że nie ma ich już fizycznie, materialnie. Obowiązkiem historyka sztuki jest dokumentowanie wszystkich zagrożonych dzieł i to właśnie staram się robić. Doświadczyłam też tego, że to działa, bo budzi zainteresowanie ludzi „spoza branży”. Jeśli jakieś dzieło zaistnieje w literaturze fachowej, ludzie zaczynają o nie pytać, chcą je oglądać. To mobilizuje właścicieli dzieł sztuki do lepszej opieki nad nim, nawet jeśli oni sami nie mają większego przekonania co do jego wartości. Więc na pewno możemy podejmować takie działania, które skutkują zwiększoną opieką i odpowiedzialnością, a także świadomością kontroli przez środowisko.

Czy będziemy mieli szansę znaleźć Pani pracę doktorską poświęconą koncepcji sztuki sakralnej Jerzego Nowosielskiego w księgarniach?

Ja oczywiście bardzo bym chciała ją opublikować, jednak pewien problem stanowi liczba ilustracji – prawie 400. To niewykonalne dla żadnego wydawnictwa, musiałabym radykalnie zredukować materiał ilustracyjny. Być może wybiorę rozwiązanie połowiczne, ponieważ równocześnie pracuję nad dalszymi tomami korpusu sztuki sakralnej w takiej formie, jak album Nowosielski w Małopolsce. Sztuka sakralna (Kraków 2015). To jest wysoki standard edytorski, kolorowe zdjęcia, kompletna dokumentacja. Staram się teraz w dwóch źródłach o dofinansowanie albumów – Nowosielski na Podlasiu i Nowosielski na Śląsku. W nich chciałabym zawrzeć kompletną warstwę ilustracyjną, wtedy doktorat można by wydać nawet z czarno-białymi ilustracjami w jednym z wydawnictw naukowych, które z reguły mają mniejsze środki edytorskie. Zobaczymy, jak się sprawy potoczą. Ja jestem wytrwała, mam nadzieję, że zdrowia też mi wystarczy na dokończenie tego dzieła.

Jest Pani redaktorką korespondencji Tadeusza Różewicza z Nowosielskimi, wydanej przez Wydawnictwo Literackie. W katalogu wystawy Poeta odchodzi. Tadeusz Różewicz wydanym w tym roku przez Muzeum Literatury w Warszawie publikuje Pani obszerne fragmenty korespondencji Różewicza z profesorem Ryszardem Przybylskim. Czy to oznacza, że pracuje Pani nad redakcją korespondencji Różewicza z Przybylskim?

Owszem, ale z powodu pracy nad doktoratem trochę odsunęłam redakcję korespondencji. Mam ją spisaną w całości w komputerze, opracowane są też materiały dodatkowe: ścieżki dźwiękowe kilku filmów z udziałem obu twórców, moje wywiady z nimi, wstęp do publikacji. Pozostały przypisy – najbardziej żmudna część pracy. Książka ukaże się w Wydawnictwie „Sic!”, bo o to prosił mnie profesor Przybylski. To jest mój dług wobec Niego, muszę go spłacić. Przede mną jeszcze ogromna korespondencja Różewicz – Porębski, którą mam na regale. Listy z okresu ponad 60 lat, można sobie wyobrazić, jaka jest w nich zawarta panorama życia kulturalnego i duchowego 2 poł. XX w. w tym kraju. Fascynująca lektura. Opracowywanie korespondencji jest bardzo ciekawą pracą, ale także żmudną, wymagającą dłubaniny, biegania po bibliotekach, przeglądania różnych archaicznych gazet, ustalania faktów… A nierzadko człowiek znajdzie przy okazji jakieś artykuły, które go wciągają, czyta i zapomina o całym świecie, po co tu w ogóle przyszedł… [śmiech]. Ale to naprawdę bardzo ciekawe i już się na to cieszę. Tylko doba jest za krótka.

Jest Pani znana szerszemu gronu czytelników głównie za sprawą książki Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego wydanej przez ZNAK i nominowanej do Nagrody Literackiej NIKE w 2012 r. Czy istnieje według Pani coś takiego jak etyka biografii? Czy zadawała Pani sobie pytania o granice pisania o czyimś życiu?

Zadawałam sobie, oczywiście… i bałam się tego z różnych względów. Jednak w pewnym momencie postanowiłam zaufać swojej intuicji, oprzeć się na niej. Kiedy człowiek wejdzie w siebie, wie, kiedy zaczyna czuć dyskomfort i wolałby czegoś nie usłyszeć czy czegoś nie powiedzieć. Wiedziałam, że w książce nie może być tematów tabu, i że to nie jest biografia pisana przez kogoś, kto chce osiągnąć jakiś swój cel czy interes. To ja się tego podjęłam, a ja po prostu chciałam zrozumieć mojego bohatera. Przyznam, że najtrudniejsze rozdziały, dotyczące tzw. „danych wrażliwych”, czyli Muzy i Zatrute źródło, zostawiłam na sam koniec i siadłam do nich, jak już napisałam całą resztę. Starałam się nadać tej biografii strukturę, która byłaby połączeniem biografii chronologicznej – pisanej tak „po Bożemu”, od pradziadka do śmierci – z biografią tematyczną, tzn. wyciągać pewne wątki ponad-chronologicznie, typu: Nowosielski a uczniowie, Nowosielski a kobiety. Oczywiście czytelnik otrzymywał pewne sygnały problemów już wcześniej, ale one zostały przeanalizowane głębiej w tych osobnych, końcowych rozdziałach. Nie ukrywam, że osobiście miałam główny problem z jego sadomasochistyczną, cielesną fobią, która wypływała z jego dramatycznych przeżyć, a okazała się – według mnie – kluczowa dla zrozumienia jego malarstwa figuratywnego i ikon. Takie przebijanie się przez całe życie do wizji ciała uświęconego, przebóstwionego, a równocześnie „ześlizgiwanie się” w obraz ciała spętanego, uwięzionego. Splot erotyzmu z okrucieństwem. Po prostu bałam się pisania o czymś, co wymaga sporej otwartości, a ja z natury jestem dosyć pruderyjna… Ale mam wrażenie, że nie popełniłam tu za dużo błędów. Bardzo bym nie chciała jednego: żeby ktoś, kto przeczyta Nietoperza…, pomyślał o Nowosielskim gorzej niż przed lekturą książki, żeby zmienił swoje zdanie o nim na gorsze. Jego grzechy – powiem wprost – były publiczne. Myśmy go tu w Krakowie widzieli w różnym stanie od pewnego momentu… To był widok przejmujący… Dramat tego człowieka. I jego równoczesna – nie waham się powiedzieć – świętość. Cena, jaką płacił za swoją sztukę.

Mimo opisywania tych trudnych spraw, wydaje mi się, że napisała Pani biografię, która nikogo nie rani.

Gdyby żyła żona malarza, pani Zofia, miałabym problem. Nie chciałabym dokładać jej cierpień… a lektura niektórych rozdziałów mogłaby ją zranić. Nie wiem, czy gdyby żyła i była świadoma, miałabym odwagę zadać niektóre pytania. Bo w momentach, których nie do końca rozumiałam, starałam się właśnie zadawać pytania. Jak to jest, że obok 50-letniego związku może istnieć równolegle 39-letni? Biały czy nie-biały, ale świadczący o prawdziwej, głębokiej więzi, której ja nie mogłam zignorować. To była kobieta, która jeździła do niego wiernie i do końca, kiedy już nikt nie jeździł. W jakiś przedziwny sposób przy pisaniu tej książki zaufało mi bardzo wiele bliskich mu osób. Przecież najmocniejsze strony w tej książce to są cytaty z wypowiedzi – ks. Paprockiego, p. Luni Klingerowej, Kingi. Oni wszyscy kochali Nowosielskiego. Mówili przede mną otwarcie o jego słabościach, bólach, cierpieniach… To, że pani Kinga – nie znając mnie przecież – tak mi zaufała i opowiedziała prawdziwą historię ich miłości (potem znalazłam jej potwierdzenie w listach) – było dla mnie zaskoczeniem. Traktowałam to jako szczególny dar. Nie chciała nawet autoryzować swoich wypowiedzi, powiedziała, że mi ufa.

We wstępie do Nietoperza… wspomniała Pani o liście profesora Przybylskiego do „Tygodnika Powszechnego”, w którym przeprowadził druzgocącą krytykę monografii Nowosielskiego autorstwa Jerzego Madeyskiego, pisząc m.in.: „Do rozmowy z artystą należy się dobrze przygotować, a jeśli sił nie starczyło – zrezygnować z tej wielkiej biesiady duchowej, jaką powinna być książka o Nowosielskim”. I dalej Pani wyznała – „Ten groźny cytat powiesiłam sobie nad biurkiem jako memento”. Jak zatem ocenił biografię stworzoną przez Panią?

On był bardzo krytyczny i chyba zbyt surowy wobec tamtej monografii. To była pierwsza, ogólna próba. Pożyteczna. Poza tym Madeyski miał taki sposób pisania. A kiedy ja odważyłam się go zapytać, czy już przeczytał Nietoperza…, odpowiedział mi: „Ach, proszę pani! To przez dłuższy czas była moja nastolnaja kniga!”. Nastolnaja kniga – to u prawosławnych książka, którą kładą na szafce koło łóżka i do której często zaglądają, np. Pismo Święte. Profesor sprawił mi tym wielką radość. To był jeden z najładniejszych komplementów, jakie usłyszałam o tej biografii.

Dziękuję pięknie za rozmowę.

I ja dziękuję.



Krystyna Czerni

Ur. 1957. Krytyk i historyk sztuki. Po stanie wojennym jej teksty o sztuce na łamach pism bezdebitowych towarzyszyły Ruchowi Kultury Niezależnej. W latach 1980-2011 współpracowała z „Tygodnikiem Powszechnym”, miesięcznikiem „Znak” i Telewizją Kraków (audycje Album Krakowskiej Sztuki i Sztukateria). Na stałe związana z Instytutem Historii Sztuki UJ, zajmuje się sztuką polską XIX i XX wieku oraz problemami sztuki sakralnej. Publikowała w wielu periodykach kulturalnych, czasopismach fachowych i katalogach wystaw. Opracowała edytorsko prace wybrane Mieczysława Porębskiego dla WL oraz eseje i wywiady Jerzego Nowosielskiego dla wyd. ZNAK. Wydała m.in.: Nie tylko o sztuce (1993), Rezerwat sztuki (2000), Kantor – malarstwo, teatr. Przewodnik po twórczości artysty (2003), Nowosielski (2006), Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego (2011), Tadeusz Kantor. Spacer po linie (2015), Nowosielski w Małopolsce. Sztuka sakralna (2015), Nowosielski w Lublinie (2015). W 2017 roku obroniła pracę doktorską na Wydziale Historycznym UJ zatytułowaną Koncepcja Sztuki Sakralnej Jerzego Nowosielskiego. Obecnie pracuje nad kolejnymi tomami korpusu sztuki sakralnej Jerzego Nowosielskiego i nad redakcją korespondencji Tadeusza Różewicza.

Reklamy