Zapisane na „żegnaj”. Z JACKIEM DURSKIM rozmawia Joanna Storczewska-Segieta

a

Joanna Storczewska-Segieta: Porozmawiaj ze mną. Właśnie wyszłam z pewnego obrazu i nie wiem, po której stronie lepiej zostać. Miałam sen złożony z wielu książek. Zapisy przechowane pod świadomością leżały w oku żyrandola. Dużo tego i wszystkie moje. To nie była przyszłość. Bardziej marzenie. Czułam się szczęśliwa, zupełnie jak po urodzeniu zdrowych dzieci. A potem, w próżni wybudzenia, zobaczyłam życie tego zbioru. Przed moim pisaniem uciekał czytelnik, który nie miał czasu. Biegł takim pędem, że wypadło mu przenośne superego. Budziłeś się kiedyś tak inaczej? To takie trudne do wytłumaczenia.

Jacek Durski: Tak. Przebudziłem się kilkanaście lat temu z uwięzienia zwykłością. Wytrysło spod pędzla, płócien, źródło słów. Zacząłem pisać. Prąd z Oriona dla Mistrza wyższych wibracji, falujący niebiesko welon, który krytycy rozwłóczą ze śmiechem, gwizdem do niezaistnienia. „Jakiś Durski chciał mówić o rzeczach wielkich, o wielowymiarowości wszechświatów. Chciał też odkryć matematyczny zapis duszy”.

Zwykłość? Artysta nie zna zwykłości. Moim zdaniem to przemyślenia, których nie sposób namalować rozszczepiły w Tobie talent. Instynkt twórcy odłożył miksturę z farb i poszedł w pismo. Już w pierwszych fragmentach minąłeś wyobrażenie o sobie, gdy Twoja wrażliwość przystąpiła do pracy, wymieszała kodony znaczeń do upiększania pojęć przeciętnych. Teraz pełno ich w Twoim domu. Skąd biorą się następne, jeszcze bardziej niebywałe?

Piszę w różnych prędkościach wibracyjnych. Gęstość metafor na A4. Czego one chcą od wielkości światła? Przyspieszam. Szum spółgłosek. Nie ma już za mną przeszłości, zdania nowe, książki nowe. Księga przypływów. Wizja energetyczna. Postacie zaludniają zeszyt. Żywi i zmarli w jednym rządku w czasie pionowym. Interfejs z czasem linearnym. Stężenie wielowymiarowości. Rozmawiam z przyjaciółmi. Ciasno między słowami. Wersy złożone w prozę najwyższej częstotliwości. Z nadjaźni. Nacinam kartką biurko, kosmos, wieloświat. Tnę dłoń. Czarna krew. Lęk, że umrę za wcześnie, że nie wypiszę siebie, że nie znajdę się w literaturze. Zostaną litery w palcach trupa. W pracowni prozy widmo ojca głaszcze mnie po brodzie. Mówi, że umarłem. Wokół dłoni skupiony strach. Ciężko od światła w słowach, w liczbach. Wibracyjne continuum. Drgające zbiory do nazwania, do wyliczeń, mnóstwo moich przyjaciół i znajomych dla powieści, opowiadań.

Ty jesteś pisarzem, który długo o sobie nie wiedział. Stąd ten pośpiech ­– stworzyć język z odgłosów Wszechświata. Pchnąć literaturę za pomnik Joyce’a. Wyczerpać twórczą miazgę, zanim życie się oprze. Nawet śpiąc, idziesz w te dziewięć dziesiątych mózgu, które nauka wrzuciła do śmieci, żeby nie przepadły nietknięte źródła. Jak ty tego szukasz po ciemku? Nadsłuchujesz?

Zwieram słowa blisko, bliżej. Gęstość ekspansji umysłu. Światłość. Dusza. Wyrzeźbię ją z kamienia głowy. Moją duszę ze słów. Akapity piramidą kwarcu z energią Orionis, z siłą Uniwersum.

Mam je przed sobą. Poszepczę nad nimi, pomilczę. Żeby nie zakrzyczeć dreszczy.

Kiedyś leżałem na trawie pod niebem Jutrosina. Tam, gdzie zatacza krąg sztuka. Mój duch unosił się nad murawą z duchami stryjów. Razem zapalaliśmy nieba przyszłych powieści. A dzisiaj siedzę przed biurkiem i badam czas przeszły. Staram się wyświetlić z mroku bohaterów pisanej książki Okno. Zrozumieć ich. Często bywam w stanie alfa. Świadomość z pod- i nadświadomością. Moment kwantowy dla obserwatora. Nawiguję do Jamy Durskiego, do odpowiedzi z najgłębszych warstw Tajemnicy. Zaczynam rozumieć przyszłą rzeczywistość. Światło widzi, światło czyta.

Nie jest tajemnicą, że byłeś dzieckiem odseparowanym od uczuć. O matce piszesz „pijana z kochankiem”, o ojcu „ważny nieobecny”. Myślisz, że odpowiedź na pytanie, dlaczego tak było, masz w podświadomości. Że ona wie. I dla Twojego dobra chowa dowody przeciwko niespełna kochającym rodzicom, którzy przegonili z domu Boga z Jego Dekalogiem. Stale gnębisz się tymi pytaniami, choć już tyle zrobiłeś, aby wyjaśnić swój los. Zmieniłeś dzieciaka znad Orli w bohatera książek, który z szacunku do matki i ojca przeczekał własne dzieciństwo w szafie zamkniętej przed miłością. Pod długopisem przesłuchałeś z dobrego i złego całą rodzinę. Ujawniłeś ich zeznania czytającym, żeby przyszli do Ciebie z argumentami na obronę winnych. Pomogli wybaczyć. Z wielości udręk i odchyleń od dobra, chcesz wywróżyć przyszłość własnej równowagi. Swój czas przy biurku wykorzystujesz na wywołani własnego ducha, a i tak nadal nie wiesz, dlaczego najpierw było piekło. Odpowiedzi nie ma lub jest zbyt prosta, żeby mogła Cię zaskoczyć. A może warto oddalić przewidziane na rzecz niespodzianek?

Mój talent, Asiu, to łatwość znajdywania idei, zdań, tych duchów błękitnych w mroku. Sztuka oddechem moim. Płynie ciężkość od rana, dzień cały, noc całą, z jądrem Ziemi, z mgławicą Oriona. Cieknie z kartek, z blatu w dywan, dziergany z czerwonej gorączki, białej modlitwy. Infuzja światła. Kiedy piszę, jestem bliżej zmiany kwantowej? Boga? Trzask słów w skroniach, grom z kosmosu. Kartki na twarzy. Nie oddycham. Mój mózg potrzebuje do pracy innego powietrza, innych drgań nieziemskich. Drżeń zbioru gwiazd M42. W powieści-studium mojego życia, w pisanym Oknie, w tym tryptyku zalśni mój trud. Moja misja.

Ty piszesz do nas z granicy rzeczywistości. Może nawet zza granicy. Widzę w Tobie wiele mózgów z podziałem na białe i czarne półkule. Sztuka przenika naukę. Nauka tworzy nową sztukę. Nauka zmieni świat. Sztuka go oczaruje. Naukę trzeba dobrze wytłumaczyć, bo skróty myślowe najczęściej prowadzą rozmowę na dłuższe drogi. Zostawiają za bramą porozumienia. A na sztukę trzeba uważać, żeby nie pomylić jej z podstawą egzystencji. Tak już jest, że najlepsze przychodzi pod nieobecność rozumu. Pisz. Papier jest głośniejszy niż głos.

Na szczęście mam więcej niż jedno życie. Napiszę Tam, co tutaj nie zdążę. Tu mogę nawet zwariować, frunąć z Oknem z okna, zapaskudzić sobą chodnik na ulicy Czystej w Sosnowcu. Zabić swoją jaźń, nadjaźń, w której podświadomość wielu. Zbiór myśli przyjaciół, żywych i martwych.

Książki, obrazy, rzeźby, to Twój pakt o nieśmiertelności, ale jak przekonasz te dopiero rozpoczęte rozdziały, tytuły wpisane do połowy, że będzie jeszcze inne życie, pełne także ich bytności? Nie uwierzą Ci, więc nie porywaj się na śmierć. Kiedy próbowałeś wyślizgnąć się życiu. Nie udało się. Czas liczy się z Tobą. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego w momencie przyszła Ci do głowy ta myśl o umieraniu. Jakbyś się przestraszył. Zobaczyłeś coś, co zabolało?

Ruinę Mistrza. To samo pióro, ale ptak wymarły. Boli, że tak niewiele zrobiłem, a już mam 72 lata, że nie zdążę „się wypisać”. Pocieszają mnie przyjaciele z RV Uniwersum, opowiadając o innych wcieleniach, o innych światach. I tak krzyczy lęk w sercu.

Jesteś przepełniony. Za dużo niezwykłości. Wszystko na raz garnie się do ujścia, przed obiektyw krytyki. Nie myśl o rozpadzie komórek twórczych. Zapomnij o czasie. On dla ciebie liczy się już w innych jednostkach. W czytelnikach, których przybywa. A przez tę dysharmonię tracisz świat po stronie książek i nie masz, gdzie być. Tak samo było, kiedy porzuciłeś malowanie dla pisania? Był jakiś koniec, czy pociągnął Cię nowy początek?

Najpierw przez lata malowałem, pieprząc panienki klubowe. Rzeźbiłem, pijąc żubrówkę albo spirytus z żubrzą trawą. Nagle w 1997 roku zostawiłem kolegom panny miłe. Wylałem alkohol do zlewu, wyszorowałem popiołem zmywak. Zacząłem pisać. Tylko pisać. Wiesław Myśliwski opublikował to w „Sycynie”, w „Regionach”. Wydałem dwie książki i przyjęto mnie do SPP. W moim mózgu zapalił się niebieski płomyk.

A w moim kiedyś pękła zielona roślina. Ona mnie żywi, ale i wykorzystuje.

Niech korzysta ze Storczewskiej jak najwięcej. Do śmierci. Nawet, gdyby miała rozerwać ci czaszkę, wypełznąć na twarz zielono. Bo tym, co masz w głowie powinnaś się podzielić, tą wyjątkowością myślenia, pisania. Nie wolno ci z tym umrzeć! Masz to dać innym. Te swoje moce, swój żywioł.

Naprawdę widzisz w moich „wypisach” przemoc literatury nad zwykłym tekstem? Może dlatego, że zanim zanotuję – szukam. Szukanie jest wyjątkową chwilą dla samoświadomości. Teraz robię to rzadziej, a trzeba upuścić z siebie miliony dobrze skonstruowanych myśli, żeby zmienić je na naturalne środowisko i obudzić się w nich jako autor. Przez to przyblokowanie nie mogę przyspieszyć odkuwania sensu z tylu nieszlachetnych warstw. Przegrywam przymiotniki na papier i dręczę się czystością dźwięku. Usynawiam dopełniacze. Rysuję twarze czasownikom, ich grymas. I ciągle za mało dobre, za dalekie celu. Przerwy w pisaniu przesuwają mnie na początek kartki. I wtedy zastanawiam się, czy zielona roślina jeszcze jest. Czy żywa. Podsuwam jej to, co lubi. Czarną kawę i ciszę. Kawałek Bruno Schulza, szafę Erny Rosenstein. Twój płomyk mocniejszy. Nie pozwala Ci odejść od biurka. 

Nie ma początku w moim pisaniu, nie ma w nim przerw. Od tekstu do tekstu. Już świat pokratkowany. Miliony nerwów w wizji tryptyku. Dotknę nimi kartek. Pióro jak nóż dotyka kostiumu bohatera. Piszę o złych i dobrych, o sporze biegunów. Napadam zło w zdaniu, zwierzęcość moja w słowach. Za biurkiem śmierć prezyduje postaciom, jeszcze nienapisanym.

Jest w tym, co powiedziałeś, fanatyzm prześladowcy i prześladowanego. Idą w Twoich tekstach żywe trupy. Szkielety krzywdzicieli. Zapełniasz stronę za stroną, przykładając do kartki szablony prawdziwych zeusów zła, którzy dobierali się do Ciebie. Przynosili pięść pod oko i przymoczki z octu. Wtrąciłeś ich do książek, aby bez trudu wbijać im w serca osikowy ból, przemieniając morderstwo w dobry uczynek. Pisząc, nie ryzykujesz, że poproszą o przebaczenie. Nie ryzykujesz, że przebaczysz. Zastanawiam się, jak mocno widzisz te sceny rozliczeń. Czy płynie krew, kiedy zabijasz bohatera? Czujesz, że przeciąłeś?

Ich zwłoki z kostek złego. Eisen, matka i kilku ubeków, esbeków. Państwo czerwone, miasto czerwone. W mieście czerwony smród. Tego, co przeszedł przez kanały podczerwieni. Nagrzał swoje poglądy, aż strzeliło mu w karku. Pastelowy na tle krwistej trybuny. Ale coraz mniej wspomnień z linearnego czasu. Herbat ze słoną krwią, świństw do publikacji. Dzisiaj czas pionowy, wielowymiarowość. Obraz matematyczny duszy. Pąk błękitu uzdrawia mnie niebiesko. Czuję tą przestrzeń między wiązkami świateł, myśli. Zbliżyć je trzeba. Umiejętność doboru energii skrzydłem z iskier. Dzisiaj postrzegam to, co czułem przez całe życie. Kosmos. Przestrzeń bez miary, pozagalaktyczne odległości gwiazd z innych pierwiastków. Planetarną sieć. Tą energię struktury. Doskonałość Ziemi. Spotkania pustki z pustką między porządkiem a chaosem. Sygnały z M45. Świadomość M. Federacja gatunków. Bezpostaciowe istoty. Symetria czterech oddechów, zespolenia z Wszechświatem. Po śmierci fizycznej. Ilu Durskich, w ilu galaktykach doświadcza siebie? Tutaj w Sosnowcu dość mam życia przeszłością. Daleko od Boga. Nie zeskrobuję z esbecji czarnych cieni. Zsuwają się same w czerwoną historię z całym PRL-em. Teraz czas na dobro, na literaturę, na czary. Niech słowo rozpycha kamień niepotrzebnych informacji, wiedzy twardej. Niech zniesie starą geometrię umysłu. Niech wróci do Początku, z którego musi powstać nowa nauka i sztuka. W czole jamy ognia. Boję się mojego mózgu. Na nim siatki drobnych lęków przed podświadomością, przed kodem dostępu otwierającym kosmos, wieloświat. Ale się rozpędziłem. Dodam jeszcze, że po RV Uniwersum, po tym szkoleniu matka moja już nie jest zła. Jest na innym poziomie emocji.

Gdyby Twoja wypowiedź była prenatalną materią, powstałby człowiek z masą głów. Rozumiesz, o co chodzi? Przed chwilą wyrzuciłeś z siebie chaos, a teraz musisz się z niego ułożyć. Wyciągnąć z megakalorycznej bryły doświadczeń, odpowiedź kim jesteś. Myślę, że gdybym spytała, czy odnajdujesz się w tym kłębowisku, odpowiedziałbyś „nie”. Rozłóż na stole swoje życie. Oddziel od gry mocne kości. Komunistyczny szrot, gdzie leżą tylko Twoje spacyfikowane zęby. Dom i matkę zepsutą Eisenem. Kosmos mózgu. Sztukę z korzeniami nauki. Teraz wybierz, co nadrzędne. Zachowaj astrofizykę. Ona jest Twoją bioenergią. W niej sama przyszłość, a Ty już przegoniłeś czas do punktu, którego Twoje ciało nie dożyje. Odsuń PRL, jeśli chcesz być uczniem Boga. Z przeszłości zostaw tylko sztukę, którą pokazała Ci matka. Operę poznańską i muzeum na ulicy Marcinkowskiego. Dobre książki kupowane w kiepskich czasach. Zakaz czytania Wasilewskiej. Resztę dzieciństwa odsupłaj od mostka. Odwołaj wartę diabłów, które stale siedzą na Twoim ramieniu, choć wydaje Ci się, że przeżegnałeś ich kursem RV. Są. Nadal trują w Tobie łagodność. Moje diabły nigdy mnie nie potrzebowały. Nie dyktowały warunków i nie szły za mną do szkoły. Nie zabierały matki. Dlatego nie wiem, jaka to bezsilność tłumić w sobie samosiejkę zła wyrosłą na tęsknocie za dobrem. Odrzuć Eisena i wróć do tej matki, która prowadzi syna po artystycznych schodach…

Tak, to prawda. Otworzyła przede mną piękno. Nie myślę już „nie chcę takiej matki, niech obraca się w ogniu, niech sczeźnie w płomieniach”. Żywiłem jej ciało dla ognia. Dzisiaj przebaczyłem te okrutne dni dziecka. Chcę też przebaczyć Eisenom w lustrach. Nie raz jeszcze przypalają mnie pogrzebaczem. Czuję na ramionach swąd tamtych lat. Ale odpuszczę zboczeńcowi. Nie będę gorszy od Boga. Przecież jestem Jego częścią. Na krawędzi On-ja wzmożony ruch. Zauważyłaś, jak wzdrygnąłem się na krześle, wracając do dzieciństwa, do strachu z czarną kością?

Przekleństwo życiowych ciosów zaczyna się, gdy braknie Boga, który powinien być w każdym z nas. Twój Bóg nie zostawił Cię samego. Zamienił siebie na Eisena, żebyś był mocny. Dał pajęczynę zjawisk rodzinnych, a Ty nauczyłeś się po niej chodzić. „Kiedy pokonasz pajęczynę, już nigdy nie bój się z byle powodu”, szepnął w Twoją chłopięcą bezradność. Pokazało Ci to, jak stopniować strach, ustawiać psa i kota w odniesieniu do myszy. Dostrzegać mikroskopijną przestrzeń między dwoma słowami padnij/powstań. Znalazłeś tam – „pomyśl”.

Bałem się, będąc dzieckiem, że zastąpił Go Eisen. Dlatego noże z lustra kroiły szkło. Pamiętam przylepione do ostrza dziecięce zaklęcia. Wychylały się z ram czarne tulipany. Jucha Eisenów.

Taki los trzaskanego szkła. Potrafi tylko ranić. Ale Twoje zabijanie miało terapeutyczny sens. Pomagało odetchnąć od niemocy wobec człowieka, któremu wolno było być złym. Pozwalano mu kształcić się w najpodlejszych kierunkach. Oddano mu Twoje miejsca. Wtedy nie mogłeś uciec, a dzisiaj nie chcesz. Odbierasz złemu duchowi sen nieskończony. Snuje się Eisen po Twoich kartkach jak butwiejący robak i teraz on chciałby zwiać. Ale tutaj Ty dyktujesz zasady. Nie mam takiej wrażliwości, żeby wytłumaczyć zło. Zbyt skomplikowany jest dla mnie ten konstrukt. Gdyby zaufać pierwszemu wrażeniu, w złym człowieku widzę odmienne instynkty. Na pewno nie zwierzęce. Dzikość zwierzęca to dar natury. Zło jest darem wynaturzenia.

Piszemy przeciw złu. Przebudzeni dla Prawdy. Rozświeciły się nasze sumienia. Znajdą czytelnicy w książkach twoich, moich, tę niebieskość, błękit. Barwy najwyższe niezbędne w malowaniu obrazów. Między moją prawdą a prawdą świata czuję przesuwające się nasze dusze prowadzone przez dobre siły. Pójdźmy na chwilę za gwiazdę M43 po narzędzia pisarskie. Tam dalej sunący Matrix w kolorze dnia urodzin.

Nie mogę pójść tam z Tobą. Nie możemy pisać tymi samymi narzędziami. Ja pozostanę tutaj, w zdumieniu jak opisujesz podróże, których nie odbyłeś. Zadajesz pytania, których nikt nie zadał. Jak wciąga Cię kosmos stworzony i niestworzony, obca materia, potrzebująca ludzkiego zrozumienia. Jesteś bardziej artystą czy naukowcem?

Obserwuję obrót czasoprzestrzeni, badam granice czasu przyszłego. Nadchodzi. Jest coraz bliżej, blisko. Fruwają w pokoju znaki. W oknach Katowice przenikają się z Sosnowcem, Ziemia z M43, M45. Lubię zwiedzać w myślach alternatywne linie czasowe. Równoległą przyszłość, mój hologram życia. Wchodzić w Całość Uniwersum, odkodowując obrazy będące tam w jaźni Durskiego. Jestem, Asiu, jeszcze bardziej metapsychiczny po tym kursie RV. Mogę zobaczyć miejsca dostępu do moich zdarzeń w przyszłości, twoich, do zdarzeń innych bliskich mi osób. Poznaję dialekt własnej duszy. Stuka o kości nowa energia. Chwilami przy biurku nie czuje siebie. Za duża gęstość słów, za wiele świateł. Dokąd mam pójść z ogromem myśli? Z tą czernią? Pod czołem strach. Pulpit samotnego. Sieć.

Praca wypełnia Twój kontur, coraz bardziej elastyczny. Zastanawiam się, ile jeszcze odkryjesz w sobie sensów niemożliwych. Kosmos staje się Twoją ziemią. Czas – mapą. Nie znam takich przewrotów. Wiem, ze nie ma jasnych gwiazd. Są takie, które odrzucają więcej światła. Jak to jest zwiedzać czasoprzestrzeń? Patrzeć na ludzi, których się nie spodziewasz? Mówisz, że byłeś u mnie. Proszę – nie opowiadaj. Nie chcę wiedzieć, ile tam nie dojrzało, nie dożyło. Robi się hałas, kiedy nauka penetruje to, co chcemy przeżyć w swoim czasie. Brakuje wtedy ciszy prawdziwej. Taka może byś wówczas, gdy wszystko jest na swoim miejscu. Żyjesz przyszłością. Co więc zrobisz z wymiętym w postępie jedwabiem tradycji? Bo ona dla Ciebie też wiele znaczy.

Kocham jutrosińską równinę z wołaniem dzwonów. Nasiąkniętą błękitem, wyjątkowość zwyczajnego pejzażu. Krąg błękitny z głosami Jutrosinian. Jutrosiniaków. Tam, nad Orlą, mógłbym pisać, paląc zło świata moim nazwiskiem.

Gdyby w Jutrosinie pognębiono Twoje dzieciństwo, nie umiałbyś wypuścić tam swojego ducha, żeby się wybiegał. Nadzwyczajność krajobrazu nad Orlą jest przypadkiem, a piękno, które każe Ci wracać, to ludzie. Rodzina. W Katowicach gorszy był jej skład.

Tak, niektórzy, łamią moje światło. Kruszą wiersz. Nie chcę o nich myśleć. Chcę się zrelaksować, wyrzucać z siebie krótkie zdania. Z małą grawitacją. Od trzech lat czytam tylko swoje publikacje. Wystawiłem telewizor na śmietnik. Książki koleżanek, kolegów położyłem na najwyższe półki, pod sufit. Patrzą z góry na moją bezsenność. Raz w miesiącu odkurza je pani od odkurzania. Druki bez dedykacji rozdałem. Pod ręką kilka encyklopedii, Internet. A tak świat moich kartek A4, czystość emocjonalna, Prawda. Duch mój, Małgorzaty, Margo, ojca i Zdzicha Stanka. Tu w gabinecie prozy – kreacja. Kreacja kreacji. Szaleję w myślach. Dawno bym zwariował od pomysłów, gdyby nie Anioł Stróż, gdyby nie Ty. Trzeba się spieszyć. Mam siedemdziesiąt lat. Chociaż po resecie ciała młodość w całej triadzie. Kobieta, chcąc być ze mną, musi wsuwać się prędko w moje wolne godziny. Zaistnieć, kiedy nie piszę. Każda dmuchawcem na przydrożu.

To niesprawiedliwe wobec kobiet. Dopisujesz się im do życiorysów, a one w Twoim życiorysie w większości zaśmiecają margines. Myślałeś, czy są szczęśliwe w swoich rólkach? Może tęsknią? Gdzie teraz płaczą wdowy po Twoim zniknięciu?

Trybunał kobiet w moich książkach. Obradują w Sali Poświęceń. Rozdały nogi, ręce, dzień, noc. Zmierzch w ciałach. Uda starte, piersi starte. Barwiczka na ustach w oczy kole. Multiversum lokalne.

Jak film o rozpuście. Napisy nie mają końca. Z wieloma kobietami dzisiaj już nic Cię nie łączy. Nawet Internet. Nic o nich nie wiesz. Może nie chcą być drukowane czcionką romansową w dziełach dobrego pisarza, zapładniać erotyczny reportaż swoim seksapilem. Nie czują, że to dla nich czytelnik nie odrywa się od książki. Może wstydzą się swojej naiwności, gdy z kartki na kartkę maszerują imiona, przez pracownię do pokoju, z przygody w związek rozłożony w czasie.

Nie piszę o tych przydróżkach. Nie gadam nikomu. Jestem dyskretnym mężczyzną, wyjątkiem mojej płci. Piszę tylko o wspaniałych kobietach. O kilku. A przede wszystkim o jedynej miłości. Nie, nie powiem. Napiszę w trzeciej części tryptyku.

A co zostało z tamtych głębokich przywiązań?

Samotność. Kielich z cieni, w nim czerń z zawiesiną smutku. Skromne noce. Czytam listę moich kobiet już zmarłych. Pierwsza Zofia, Margot miesiąc temu. Odchodzą ze mnie wolno, cicho, czasem z krzykiem. Zamykam bramy. Niech już żadna nie zamiera. Teraz umrę w oknie, na parapecie z martwym gołębiem. Z widokiem na ciszę.

Twoja rozpacz po nich jest cicha jak te odejścia. Włożona w zegar wybitnej pracy. Z godzin nad biurkiem robisz autosyntezę spokoju i stajesz się niezależny od losu. To Twój sposób na wolność?

Tak. Jestem suwerenem po kursie RV. Za mną pudło własnej kreacji. Rozbiłem ostatnie mury. Wyszedłem z Matrixu. Prawdziwy Mistrz wyższych wibracji. Nie krępuję się tak napisać. Ktoś, kogo to śmieszy, nie pozna innych wymiarów niż 3D. Nie zazna przebudzenia, nie zobaczy. Tylko ujrzy swoją starość przed śmiercią. My, Mistrzowie czasu, który nadchodzi, chcemy swoją wiedzą katalizować kreatywnych. Podwyższać im poziom świadomości, tłumacząc interfejs czasu pionowego. Zestroić z nową Ziemią, naszym obszarem astralnym. Powinniśmy wspierać przebudzonych w ich lękach ogromem Wszechświatów.

Wasza obecność uspokaja. Jest komu złożyć wiarę, że to ludzki umysł jest dla człowieka najbardziej niezbadaną częścią kosmosu. Natura sprytnie schowała go w środku odkrywcy, żeby odszukał własny potencjał dopiero, gdy go sobie uświadomi. W 36 bytach pokazałeś, że Twój mózg jest wyzwaniem dla siebie samego i ten naukowy przesącz powołałeś na intrygę antypowieści. Powstało literackie objawienie. Czy chcesz zrobić z beletrystyką jeszcze coś więcej?

Joyce wydeptał nam ścieżkę na szczyt. Ale na nim skończyła się dzisiejsza literatura. Ulisses ostatnim wzniesieniem. Teraz należy pisać inaczej. Wnikać w obrazy nieświadome, w repozytorium całej ludzkości.

Tak. Kiedy artysta widzi w swoich mistrzach co najwyżej siebie, ewolucja sztuki staje w miejscu. Zaczyna się gawędziarstwo. Twoje wizje to nowy szczyt. Na razie zdobywasz go sam. Jesteś pionierem w przedgórzach nieświadomości. Ktoś, kto za Tobą podąży, nie powinien iść tymi samymi drogami. Sam podziw nie wystarczy, żeby ten nowy kierunek urósł w „zdobyczne”.

Cenię książki innych prozaików tworzonych z mojego kodu, ze struktury mojej energii, ze światła pod cieniem, pogrążenia blasku. Piszę narzędziami do poznania Prawdy. Na kryształowym biurku Anioł Stróż odgarnia skrzydłem Ducha od duszy. Umysł teleobserwacji. Kładę na krysztale potrzebne prawdy i kłamstwa, staram się zlustrować to wszystko w drugim człowieku. Ale nie oceniając ich jaźni. Potem medytacja, spotkanie z nadjaźnią. Ona chce dzięki fizyce kwantowej stworzyć literaturę dla humanoidów. Niech czytają dzieła Ziemian. Teraz ty, Asiu, mów, chociaż pół godziny. Ja muszę narysować operację umysłową. Jeden z modeli ekspresji. Jak to powstaje w naszych mózgach, w centrum pola. Okres poprzedzający pisanie w powieści jest najtrudniejszy, ponieważ znika w nim dużo myśli implikacyjnych. Trzeba je zaraz zanotować. Najlepiej mazakiem po ścianie. Robię tak od lat. Potem wybieram z tych zapisków, z tych bazgrołów, to, co dobre, inne. Czuję inność przyszłych książek. Inność mojego zaistnienia.

Dla mnie warsztatem są cisza i czas. W nich słychać tylko przyspieszony oddech pisma. Ale moje wiwisekcje prawdy o człowieku nie wybiegają w nową czasoprzestrzeń. Moje morały to nie zawsze racje. To punkty widzenia. Zmierzam się z historiami, których nie było. Wypuścił je w obieg przeżyć potwór wyobraźni. Wyszczekał bohaterów błądzących. Idę za nimi jak cenzor, przyznając punkty za zachowanie. Nie ma tam mnie ani bliskich. Nie wchodzimy w te przypowieści jako precedensy. Nie mam też potrzeby oceniać ludzi, z którymi jestem. A jeśli w mojej kartce utkną zwierzenia, wystawiam tylko głowę.

Należy znaleźć przestrzeń Kosmosu dla siebie. Określić maksymalną do zniesienia częstotliwość wibracji, aby nie umrzeć od nadmiaru w mózgu. Notować właściwym drżeniem stronę po stronie, tworząc nowy Matrix. Z masy danych dla kilku książek. Wykreować tę nowość z wiedzy i magii.

Mówisz do mnie coraz trudniejszą grafiką. Czy chciałeś powiedzieć, że z uświadomienia wielkich zalet może wyniknąć wielka strata, a tylko skromność eliminuje fałszywych wielbicieli? Czy o to chodziło? Dodaj coś więcej.

Przed Wielkim Wybuchem Wielka Cisza. Promieniuje czernią. Przemieściłem się znowu pragnieniem na M45 w światło Gwiazdy. Brzeg gorący w dłoniach. Wypiję emitowane cząsteczki za zdrowie Boga. Pójdę dalej, głębiej. Może do Jutrosina, a może na M42? Albo M43? Kto ze mną? Która z kobiet z pełną triadą? Pojawiają się zjawiska o pięknych duszach, umysłach, urodzie. Ale nie wytrzymują mojego przyspieszenia. Od śmierci Małgorzaty w 1983 nie zaznałem pełnej Miłości.

Kiedy odrywasz się od Ziemi, myślisz w kategoriach Wszechświata. Musisz wrócić. Wszechświat jeszcze nigdy nie kupił Ci śniadania.

Czuję się przygotowany do swojej misji, do napisania tryptyku Okno. Jestem częścią Boga. Jestem w Nim. Jestem z Nim. Mogę wejść do literatury, żyć 130 lat. Odczuwam astral w stopach. Moment transformacji. Na krawędzi biurka wzmożony ruch. Pod dłonią biała karta, w palcach pióro. Zbieram z blatu osobowości Ziemian. Zanurzam w Kosmos. I tak codziennie. Fizyka kwantowa, mnóstwo czarnych herbat i Ty, opiekun mojego umysłu.

Jestem. Gdy pakujesz tematy w walizki, ja przyklejam im numery. Gdy gubisz się w wieżach talentu, stoję na dole z mapą. Jestem, gdy nie odzywasz się do zwykłego dopołudnia. Tylko momentami zamieniam Ciebie na siebie. Wzruszam umysł światełkiem dodanym i piszę. 

Jesteś oczami mojej duszy. W źrenicach spór naszych energii. Nie widzę, a widzę, coraz głębiej. To krzyk z ciemności.

Pamiętasz mój sen złożony z wielu książek? Wrócił, kiedy dopisywałam się do naszej rozmowy.

Patrz! Jestem teraz ruchomą rzeźbą z metafor i kwantów. Biegam po pokoju z tym pragnieniem pisania, miłością do sztuki. Zwariuję za moment. Nie wiem już o czym mówisz. Jakiś blask ze słonecznego splotu. Bóg? Wariuję. A przecież mam powieść do napisania.

*Rozmowa pierwotnie opublikowana na Facebooku: https://www.facebook.com/jacek.durski.35/posts/2078110752419801.


 

Jacek Durski

Ur. 1943 w Poznaniu. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Związku Polskich Artystów Plastyków. Książki: Wśród krzywych luster, (scenki teatralne), Mariacka (powieść), Rok (powieść), Wiersze (interakcja słowa i obrazu), Uderza Ziemia (interakcja), 36 bytów (powieść), tomik Myśli. Ponad 100 publikacji w pismach, 40 wystaw malarskich indywidualnych (od wielu lat tylko zagranicą).

Reklamy