MICHAŁ PRANKE – Zmartwychwstanie autora, czyli „Legenda o samobójstwie” Davida Vanna

37a

Rzecz nie w nawiązaniu do nieśmiertelnego eseju Rolanda Barthesa, mającego tu wymiar raczej retoryczny – a szkoda, bo warto by poświęcić mu nieco uwagi przy okazji medialnej (vide: przekaz dnia), pop-krytycznej (vide: blogi i pokrewne) oraz akademickiej (wiwat) pasty, którą, owszem, można napełnić głodne brzuchy, lecz równie dobrze nadałyby się do tego trociny. Sęk też w tym, że warto by wrócić do nieśmiertelnego Barthesa, by postmodernizm wreszcie umarł, a pesymistyczny z gruntu post- modernizmu zastąpić czymś radośniejszym (widzimy się na mecie-, pragmatyczne i egalitarne konsekwencje zabieramy ze sobą). Tak czy inaczej, chociaż nie sam jeden David Vann uśmierca Śmierć autora, to w swojej doskonałej książce, dotychczas jedynej przełożonej na język polski (tłum. Dobromiła Jankowska), prezentuje godną uwagi – by powiedzieć, chwytając się ostatni raz tego chyba całkiem zabawnego kalamburu – ożywczą odsłonę autobiografizmu, o której warto powiedzieć parę słów.

Kompozycja książki, poprzez zawartość elementu autobiograficznego niezupełnie szkatułkowa – tworzona przez sześć zróżnicowanych formalnie opowieści: nowelę, opowiadanie, mikropowieść, esej podróżniczy przeradzający się w opowiadanie, wszystkie obramowane przez otwierające na inną rzeczywistość dwa „wspomnienia” – krótko mówiąc, zwodzi czytelnika, podważając to sugerowaną fikcjonalność, to faktyczność zdarzeń. Więcej: dość nagle zostaje zaburzona linearność opowieści, gdy na przykład w innym, nie bardzo wiadomo jakim czasie, ożywa jeden z bohaterów, we wcześniejszych fragmentach (linearnie, od lewej do prawej) popełniający samobójstwo. Więcej: także wewnątrz składających się na książkę opowieści podważa się cały – niech będzie – świat przedstawiony, bo oto w ramach chwytu rodem z powieści Nabokova, jedno wtrącenie (s. 120), wymieniające na chwilę narrację trzecioosobową na pierwszoosobową, kieruje w stronę zupełnie innego świata i zupełnie innych problemów.

Integralną częścią – trzeba podkreślić – doskonałej, świeżej, wstrząsającej i poniewierającej serduszko powieści Vanna są i muszą być otwierająca ją dedykacja nieżyjącemu ojcu autora oraz zamykające książkę podziękowania, które odsyłają do informacji o popełnionym przez niego, ojca, samobójstwie. Tak jak autobiograficzność w literaturze bywała i bywa nudna, nużąca lub odrzucająca przez dążenie do superbohaterstwa albo zbyt duże (ogromne), narcystyczne przecenienie prywatnej historii, tak tutaj (szczera!) intencja służy odzyskiwaniu samego siebie. Ruch w kierunku od biografii do zastąpienia jej fikcją, odwrotnie (niż zazwyczaj?) przebiega od fikcji do odzyskania biografii, czemu nie można odmówić wartości.

Poza tym, książkę tworzą świetnie opowiedziane, w gruncie rzeczy proste historie, których fabuł – pośród, jakby nie było, egzotycznych, a na dodatek mroźnych, ciemnych i dzikich scenerii Aleutów i wyspiarskich części Alaski – nie chcę opowiadać, nie ma to większego sensu. Realizm magiczny Vanna działa i dobrze się czyta. Autobiograficzny – wiadomo dlaczego; realizm – bo do bólu odarty z cudowności; magiczny – nie tropem wytartej tendencji, lecz magiczny dlatego właśnie, że „działający”, tak jak działa bajka magiczna, tak jak działa legenda, uzupełniając niepokojący w rzeczywistości brak.

I o to chodzi, jest post-post-, i git.

David Vann, Legenda o samobójstwie, przeł. Dobromiła Jankowska, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2018.


Michał Pranke

Ur. 1991. Po­eta. Au­tor książ­ki z wier­sza­mi b (Łodź 2015). Do dru­ku przy­go­to­wu­je Rant. Miesz­ka w To­ru­niu.

Reklamy