Jak z wariata zrobić większego wariata? Z SAŠĄ STOJANOVICIEM rozmawia Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska

a

Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska: Sasza, jesteś pisarzem, redaktorem, organizatorem i animatorem kultury, lekarzem, biznesmenem, miłośnikiem jazzu, zajmujesz się polityką, krótko mówiąc: jesteś aktywny na wielu płaszczyznach. Z czego to wynika – z potrzeby bycia w ciągłym ruchu, doświadczania nowego, niezaspokojenia, ucieczki, czy jeszcze czegoś innego?

Saša Stojanović: Odpowiedź „zewsząd po trochu” nie byłaby prawdziwa, chyba dlatego, że staram się, żeby zawsze było mnie wszędzie pełno: tyle, aby na wszystkim, co robię, pozostawić własną pieczęć, znak istnienia, zapis odrębności. Starannie pielęgnuję własną nieskromność zgodnie z sentencją: „skromność jest zaletą tylko wtedy, gdy brak innych zalet”, starając się nie popaść w mdłości pogardy; świat dzielę na część utalentowaną i mniej utalentowaną, na dobrą i złą, na piękne kobiety i brzydkie przyzwyczajenia, przy czym podziały te są bardzo relatywne; buntuję się przeciwko powiedzeniu, że „o gustach się nie dyskutuje”, bo nie wiem, o czym w takim razie mielibyśmy rozmawiać. Piszę na swój sposób, redaguję pismo „Think Tank”, które zarówno pod względem formy, jak i treści różni się od większości czasopism kulturalnych na Bałkanach, prowadzę małą firmę zatrudniającą około dwudziestu pracowników, a w muzyce blues&jazz szukam wolności. Politykę wykorzystuję, aby tej wolności bronić przed tymi, którzy jej zagrażają w ten czy inny sposób; zdaje się, że nazbyt poważnie potraktowałem Arystotelesa, który twierdzi, że człowiek to „politikon zoon” i że „idiota” – w antycznym znaczeniu tego słowa – to człowiek, który nie zajmuje się polityką. Nie dlatego, że ona – jeśli się nią nie zajmujemy – ostro i mściwie zajmuje się nami, ale i dlatego, iż wierzę, że czas opamiętania musi dotrzeć również na Bałkany; w społeczeństwach, które nazywają siebie demokratycznymi, to jedyny uczciwy sposób. Inna rzecz, że łachudry i dranie zdołali wszystko zniszczyć, a z polityki, która niekoniecznie musi być kurewstwem, uczynili najstarszy zawód świata. Już Rolling Stones zdefiniowali istotę życia, nazywając swój zespół w ten sposób, że sparafrazowali sentencję „tylko kamienie, które się toczą, nie porastają mchem”; myślę, że sens naszej obecności na świecie – tej „krótkiej wycieczki”, zanim znów staniemy się popiołem i prochem – to nieustanny ruch, potrzeba odkrywania wciąż na nowo, sprawdzania granic i ich przesuwania, poszukiwania głębszej tożsamości… I ucieczka, dlaczego nie? Jeden z najlepszych dramatów Michaiła Bułhakowa nosi tytuł Bieg albo Ucieczka i oprócz tego, że opisuje straszne losy uciekinierów-białogwardzistów, zadaje też pytanie, na ile jest możliwa ucieczka od siebie. O ile „ucieczka” to otwieranie nowych przestrzeni do zbadania, nie mam nic przeciwko temu.

Powiedz, jak to jest, gdy uznają cię za jednego z najbardziej kontrowersyjnych współczesnych pisarzy serbskich? I jak to wpływa na twoją twórczość?

Muszę przyznać, że epitet „kontrowersyjny” kiedyś podobał mi się bardziej niż teraz; teraz bardziej mi się podobają komplementy typu: „serbski Céline”, „bałkański Faulkner”, „nowy Heinrich Böll”, „założyciel szkoły literatury południowosłowiańskiej”. Człowiek jest też istotą próżną i każdy, kto twierdzi, że komplementy nie sprawiają mu przyjemności, jest albo wielkim wariatem, albo małym kłamcą; mądrość artysty polega na tym, żeby nie pozwolić, aby pochwały uderzyły do głowy na tyle, żeby nie można już było rozpoznać samego siebie. A zatem, jeśli zobaczycie, że piszę o kwiatkach, wiośnie, motylkach i biedronkach, może to oznaczać tylko tyle, że szlag mnie trafił i że już czas ubrać mnie w koszulę, której rękawy wiąże się na plecach. Moja literatura jest surowa, ciężka, gęsta, wymagająca i przeznaczona dla czytelnika wykształconego; to, co piszę, opiera się bardziej na „mimesis” niż na czystej wyobraźni i w tym znaczeniu, jak to określił pewien krytyk, stanowi początek „postmodernizmu realistycznego”, moment, gdy cała surowość świata realnego spotyka się z wyobraźnią, aby poprzez eksperyment – kompozycyjny, narracyjny, syntaktyczny – opisać czasy, w których żyjemy. Po S-Warze napisałem jeszcze Ostatni dzień boga Saturna (Poslednji dan boga Saturna), powieść w jednym zdaniu na czterysta stron i z tysiącem przypisów; potem pojawiła się Droga do Jerycha (Put za Jerihon), w której „pobawiłem się” motywami ze Starego Testamentu – od śmierci Mojżesza do upadku Jerycha – przeplatając je opowieścią o bohaterskim czynie pewnego Cygana, który, dmąc w trąbkę, wygrał bitwę pod Kumanovem[1]; mam też dwa zbiory nagradzanych opowiadań: Temperatury topnienia (Tačke topljenja) i Opowieści o końcu (Priče o kraju). A zatem, wracając do odpowiedzi na pytanie: żadna sztuka nie ma sensu, a w szczególności pisanie, jeśli nie istnieje wyzwanie przekraczania granic i otwierania nowych, ukrytych dotąd przestrzeni narracji.

W 2008 roku wydałeś powieść Var, która została przetłumaczona na kilka języków, m.in. na czeski i włoski. Po wielu latach oczekiwania książka w tłumaczeniu Agnieszki Żuchowskiej-Arendt ukazała się również w Polsce pt. S-War. Czy mógłbyś wyjaśnić czytelnikom tytuł, bo o ile „war” wydaje się oczywiste, to „S” (można utożsamić z Serbią, Saszą) jest już bardziej tajemnicze. A może należy traktować je jako jedno słowo „swar”, co również na swój sposób oddaje klimat utrwalonej przez ciebie historii?

Wybór tytułu zawsze pozostawiam tłumaczom; przekład to ich dziecko i kimże jestem, abym się miał do tego mieszać? Jan Doležal wybrał tytuł Svár, który po czesku również oznacza kłótnię, Anita Vuco w tytule włoskiego przekładu pozostawiła oryginalny Var, które to słowo po włosku nie oznacza nic, ale samo w sobie wzbudza zainteresowanie, co to by mogło być. Jej Translatorska Wysokość Agnieszka Żuchowska-Arendt – mówię to poważnie, bez krzty ironii – zdecydowała się na S-War, przy czym „S” rzeczywiście może być inicjałem od Serbii albo Sašy, a po serbsku również od słowa kłótnia, spór („svađa”)… Oryginalny tytuł, słowo „var”, po serbsku oznacza miejsce, w którym pod wpływem ciepła i ciśnienia łączą się dwa metale[2], tworząc w ten sposób połączenie silniejsze od łączonych metali; wiadomo, że powieść pełna jest szczelin, rozdarć, złamań, a literatura może być sposobem – mówię: może, bo przecież wcale nie musi – łączenia rozerwanych części. Ale wyraz „var” stanowi też rdzeń serbskiego czasownika „varenje”[3] – często czułem się jak przeżuta i połowicznie strawiona plwocina – oraz „prevara”[4] – jeszcze częściej robiono ze mnie osła, bywałem zdradzany, sprzedawany i oszukiwany. W sumie to miałem dosyć nieprzyjemnych doświadczeń, aby słowo „var” stało się opisem ogólnego uczucia w niecodziennych warunkach, takich jak wojna.

Przejdźmy do książki. Raczej trudno doszukać się głównego bohatera. Można powiedzieć, że jest abstrakcyjny. Wojna? Świat? Są jednak postacie wiodące, oprowadzające nas po tych wszystkich indywidualnych historiach. Tacy cisi przewodnicy, opiekunowie wskazujący drogę, którą należy podążać. Dlaczego akurat Mateusz, Łukasz, Marek, Maria Magdalena, Judasz i Jan?

Masz rację; głównego bohatera nie ma, ewentualnie głównym bohaterem mógłby być każdy, z wyjątkiem Czarliego, mojego alter ego, dla którego definitywnie nie dopuszczam tej możliwości; on jest zbyt żywiołowy, niechrześcijański, aby w powieści, której kompozycję tworzą ewangeliści, mógł być czymś więcej niż pseudomotywem. Wojna to tylko luźna rama, cały świat stanowi scenę wydarzeń, mniej lub bardziej idiotycznych wojen, a ewangeliści prowadzą czytelnika w poszukiwaniu „prawdy”, której nie ma, świadomi, że niekiedy poszukiwanie jest ważniejsze od samego celu. Do czterech ewangelistów nowotestamentowych dodałem dwoje apokryficznych – Marię Magdalenę i Judasza – dając w ten sposób mojej powieści również wymiar gnostyczny i starając się przyłączyć do wielkiej gnostycznej dyskusji: czy to Bóg stworzył nas, czy my Boga na nasz własny obraz i podobieństwo? Oczywiście niniejsza powieść nie da ostatecznej odpowiedzi, ale też zadaniem literatury nie jest dawanie odpowiedzi, lecz stawianie właściwych pytań we właściwym czasie, trzymając się sentencji, że „gdyby nie było wiatru, pająki niebo by zasnuły”.

Pytanie osobiste: czym jest dla ciebie wojna?

To całkowity krach cywilizacji. Absolutny upadek wszystkich ludzkich wartości. Kataklizm człowieczeństwa. Moment, gdy wariat z bronią jest „wart” więcej niż mądry i dobry człowiek; albo, cytując noblistę, Iwo Andricia, „czas, gdy mądrzy zamilkną, wariaci przemówią, a szumowiny się wzbogacą”.

Umieściłeś w powieści wiele wątków autobiograficznych. Jak oddziałuje na ciebie obnażanie się przed innymi? Jak oddziałuje na innych?

Każda sztuka to samoobnażanie, a literatura najbardziej; to idealna możliwość zrobienia z siebie wariata w oczach świata, ale też prawdziwa okazja, aby usłyszeć głos „wołającego na puszczy”. I tylko od pisarza zależy, czy zgodzi się na „taniec na rurze” i pornograficzną komercjalizację swoich emocji, czy postara się pokazać światu to, co naprawdę jest: zwiędłe, rozdęte ciała rzekomej „prawdy”, zmarszczki i cellulitis rzekomej „sprawiedliwości”, blizny od kajdanek ich „wolności”, nierówność wszystkich „równości”. Pisanie jest też ekshibicjonizmem; nie sposób inaczej wyjaśnić tej chęci do rozbierania się przed innymi; ale pisanie jest również poszukiwaniem nieskrępowanej wolności, buntem przeciwko fałszywej moralności literackiej, „garniturem i krawatem”. A w tym przypadku tylko ten, kto obnaży się do gołej skóry, gotów nieraz przedrzeć się przez żywe mięso aż do samej kości, ma prawo oczekiwać od czytelnika bezwarunkowego zrozumienia.

Wulgaryzmy, alkohol, przemoc. Przepychanki słowne, poszarpane myśli, krwawiące ciała. Gwałty, kradzieże, kłamstwo, czyli zło w najdelikatniejszej i najmocniejszej odsłonie. Czy naprawdę wojna nie ma (choćby ociupiny) lepszej strony? Nawet gdyby spojrzeć na nią z szerszej perspektywy?

Opowiadając niedawno na konferencji PEN Clubu w Skopje i w Ochrydzie o użyciu wulgaryzmów w powieści S-War, wulgaryzm nazwałem „skondensowaną emocją”; ta wybuchowa mieszanka bezsilności i sprzeciwu zajmuje szczególne miejsce w komunikacji na Bałkanach. Pisać tekst o wojnie na Bałkanach, a nie używać wulgaryzmów, to jak gotować potrawę bez używania soli: można i tak, ale będzie to mdłe. Z drugiej strony wojna obfituje w sceny, które można opisać tylko wulgaryzmem; a dokładniej, „mózgi”, które doprowadziły do wojny zasługują na to, aby wypomnieć im całą najbliższą rodzinę – pierwszy szereg na pogrzebie – jak by to powiedział jeden z moich bohaterów: dopóki jeszcze żyją; a i nieco potem. Wojna nie może być dobra, jakikolwiek powód „władcy wojny” wskażą do jej wywołania; to zupełnie obojętne, czy wojna jest „wyzwoleńcza” (zawsze są ofiary, które nie bardzo chciały, żeby je ktoś wyzwalał), „obronna” (nie ma obrony bez ataku, prędzej czy później), albo tak zwana „wojna o prawa człowieka”: nikt nie chce spytać, co z prawami ofiar i czy zabitych ktokolwiek o cokolwiek pytał. Przypomnę, że pierwszy miesiąc w roku u Rzymian został nazwany od imienia boga wojny, Marsa, a wojna była poważnym czynnikiem ekonomicznym każdego imperium; po co siać, podlewać, żąć, skoro wszystko można zabrać ogniem i mieczem – „prawem” silniejszego. Już Ajschylos powiedział, że „prawda jest pierwszą ofiarą wojny”, a Arystofanes w swoim Pokoju opisał kupców, którzy wywołują wojnę za każdym razem, gdy spada cena ich towaru, bo chcą, żeby podrożał. A zatem, za każdą wojną stoi mała grupa ludzi, którzy bogacą się na duże kwoty, a pozostaje znacznie większa liczba tych, którzy zostaną skróceni o głowę. To są te rzekome „szerokie horyzonty” „zwycięzców” i „wyzwolicieli”: potoki krwi i góry ludzkiego mięsa, które świnie i kury rozwłóczą po śmietniskach. A zatem, jedyną prawdą jest prawda literacka, a analiza wojny nie może mieć mądrzejszej i szerszej perspektywy niż bogaty, napisany z talentem opis literacki. Cała reszta to tylko „wściekłość i wrzask”.

Po lekturze trudno nie ulec przeświadczeniu, że wojna to nie to, co na zewnątrz, lecz przede wszystkim to, co w środku człowieka. Że nie wojna wyciąga z nas najgorsze zachowania, odziera z godności, uwypukla słabości, a kondycja psychiczna, emocjonalna, wartości i błędne wyobrażenia, którym hołdujemy, w konsekwencji prowadzą nas w jej ramiona. Zgodzisz się ze mną?

Brzmi to jak bluźnierstwo, ale jest prawdą: wojna, poza tym, że obnaża najgorsze ludzkie instynkty, może obudzić w człowieku również to ziarenko dobra, które zostało zasiane głęboko w każdym z nas. Dlatego S-War w pewnym sensie oznacza happy end: całe zło tego świata musiało ustąpić wobec monumentalnego aktu narodzin nowego życia w wojennej zawierusze, poprzez narodziny mojej córki, której pierwszy krzyk stanowi boski wrzask przeciwko otaczającemu nas piekłu. To można prześledzić, na stronach mojej powieści przewijają się przerażające obrazy z Hieronima Boscha i zdartej skóry Salvadora Dalego, plutonu strzeleckiego Francisco Goi, błota Remarque’a i krwi Hemingway’a, które łączą się ze samoświadomością Heinricha Bölla i rezygnacją Celine’a, ale czyż nowe odkupienie nie nadejdzie poprzez ogołacanie do szpiku? Dopiero, gdy sami w sobie ujrzymy dno cywilizacji, będziemy gotowi podążać wąską ścieżką, która prowadzi do Raju.

W zasadzie (poza małymi wyjątkami) przez sporą część książki nie do końca wiadomo, kto jest jej narratorem. Tajemniczość, brak pewności, pomieszanie stylów, ułomność językowa, a z drugiej strony liczne nawiązania do filozofii, sztuki i światowej literatury. Co chciałeś przez to osiągnąć?

Znowu wracamy do poszukiwania tożsamości. Pierwszy „grzech” ewangelistów to fakt, że nie są pewni, czy przepytują właściwych rozmówców; jednak większym grzechem jest zwątpienie narratora, najpierw w tożsamość Tego, który zadaje pytania, a potem i w swoją własną, co z kolei wywołuje uzasadnione wątpliwości również u pytanych. Stąd niepewność i niezdarność, uciekanie się do slangu, żargonu i dialektu wykorzystywanych przeważnie tylko w niższych rejestrach języka literackiego, chociaż to istotnie wzbogaca język w soki żywotne; stąd też i tajemniczość, której mrok spowija zarówno niewiedzę, jak i brak odwagi. Mateusz symbolizuje wątpliwość, Marek strach, Judasz i Maria Magdalena są ofiarami ludzkiego osądu bez dowodów, Łukasz jest Grekiem i jest inny, a Jan przekleństwo widzi w naturalnej śmierci, która nie kwalifikuje go jako prawdziwego „męczennika”. Wystarczy na początek interesującej opowieści, nieprawdaż? A skoro już jesteśmy przy opowieści – jak powiedział ktoś mądrzejszy ode mnie – czy warto psuć dobrą opowieść prawdą? Po drugiej stronie są wielkie, światowe dzieła sztuki, które już zanotowały podobne przypadki, udowadniając, że wszystkie wielkie opowieści zostały już napisane. Jak pominąć Tomasza Manna, gdy mówimy o przeczuciu zbliżającej się śmierci? Albo Bertolda Brechta, gdy tworzymy obraz poświęcenia się matki pośród szaleństwa koszmarów wojennych? Tak samo niemożliwe byłoby pominięcie paraleli z wielką literaturą polską; skupiłem się jedynie na Sienkiewiczu i Janie Kocie (jeden z rozdziałów nosi tytuł Quo vadis, a drugi Zjadanie bogów), ale mam szczerą nadzieję, że w mojej poetyce widać głęboki szacunek również do Herberta, Różewicza i Szymborskiej, obu Miłoszów – Czesława i Oskara, sentyment do Polski z powodu Gombrowicza, Singera, Szulca i wszystkich tych, którzy zostawili drogocenny ślad „polskiego pisania” w literaturze światowej.

Poruszmy kwestię religijności. Jak wiadomo, często przekonania wpajane od dzieciństwa nawet w dobrym człowieku potrafią obudzić demony. „Szofer postanowił zapalić meczet. Powiedział, że już czas wypuścić tę rakietę i pokazał mi to… No to, jak to się nazywa, ten… minaret… Dla zastępcy i dla mnie to jeden chuj. Lekarz wybiegł, krzycząc – wynocha, bydło! Czyś to budował, że burzysz? Czego bronisz Sziptarów, coś ty dla nich, adwokat? Ja nikogo nie bronię, oprócz tej resztki mózgu, co mi została. Na każdy, który ty spalisz, oni spalą trzy nasze! E, to stało się dla mnie jasne po pięciu latach, jak patrzyłem na płonące cerkwie w Prizrenie i Peci. Pytam, kto ty jesteś, prawosławny? Jesteś kutas. Nie obrażaj mnie! Gdybyś w niego wierzył, wiedziałbyś, że, paląc świątynię, układasz stos ofiarny dla wszystkich bogów. Jakich, kurwa, bogów, co ty gadasz? Pierdolą mnie ich bogowie – wspinał się dalej lekarz – ale tego u mnie nie będzie!”. Czy można religią usprawiedliwić zbrodnię? Czy zbrodnie dokonane w imię Boga przestają być zbrodniami? Gdzie jest granica? A moralność, kierowanie się dobrem, miłość bliźniego – nie są wystarczające, żeby postępować właściwie?

Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla zabójstwa, w jakie by szaty nie przyoblec tego strasznego czynu; a jeśli zabójstwo zostanie popełnione w imię jakiejkolwiek ideologii, włączając w to i Boga, wtedy staje się jeszcze straszniejsze. W rzeczywistości pamiętam, że Chrystus powiedział: „wybacz im, Ojcze, bo nie wiedzą, co czynią”, i nie przypominam sobie, żeby Jezus kiedykolwiek wzywał do zabijania; przeciwnie, chrześcijaństwo wzywa do miłości i każde „zabójstwo w imię Boga” to tylko straszliwe alibi, którym usiłuje się usprawiedliwiać najgorszy spośród siedmiu grzechów głównych. I właśnie tu leży problem instytucjonalizowania każdej wielkiej idei: chciwość, zawiść, hipokryzja, pozorna obrona idei miłości, sprawiedliwości i wolności poprzez odbieranie innym życia; w tym samym momencie, gdy idea – choćby nie wiadomo, jak wspaniała – ustanowi mechanizmy, które „strzegą” tej idei złem, zamienia się ona w system represyjny. Tołstoj za sprzeciw wobec „usprawiedliwionych zabójstw” – zanim skończył na pryczy w Astapowie – zapłacił ekskomuniką z rosyjskiego kościoła prawosławnego, na Salmana Rushdiego została rzucona „fatwa”, koniec końców – nie jest wcale mało pisarzy, którzy odczuli gniew Kościoła, jakkolwiek by się on nie nazywał. To świadczy tylko o tym, że samodzielne myślenie to działalność wywrotowa, pomimo kilku tysięcy lat rzekomego postępu.

Choroba, wariactwo, wypaczenie wartości – chyba tak najłatwiej podsumować obraz działań wojennych. A może jednak konieczna ofiara, którą musi, czy też powinna, ponieść jednostka na rzecz społeczeństwa?

Jako osoba, która często podaje w wątpliwość sens wszelkich zbiorowości, zwykle mówię, że taplam się w „ciepłym błocie” każdej wspólnoty i że z aktywności zbiorowych szanuję jedynie seks grupowy. Uznaję tylko czysty indywidualizm; każde społeczeństwo ciągnie do przodu tylko mądre i utalentowane jednostki, które patrzą na siebie i na świat innymi oczyma; problem jest taki, że tłum najczęściej nie rozpoznaje dalekowzrocznej mądrości tych idei, toteż historie takie jak ta o Chrystusie, Koperniku albo Giordano Bruno kończą się zwykle ukrzyżowaniem albo rytualnym grillowaniem. Jednak, chociaż wiem, że walka o miłość, sprawiedliwość i wolność jest z góry przegrana, wciąż wierzę, że warto uczynić sensem swojego życia nieustanne poszukiwanie tych wartości. W tym przypadku jest to ofiara, którą ponosi każdy, kto jako pierwszy zawyje w watasze, kto stanie się nowym kamieniem w wielkiej budowli, nie zgadzając się ze zdaniem większości; i chociaż tę drogocenną twierdzę niepiśmienni i pozbawieni talentu zburzyli i zrównali do fundamentów, zawsze pozostawał choćby jeden drogocenny kamyczek: zew wolnego i krytycznego myślenia, płód czystego sumienia, nasienie miłości i mądrości, dla których żadna ofiara nie jest zbyt wielka.

Co według Ciebie ma na nas większy wpływ: potrzeba przeżycia, wrodzony pęd do przetrwania, presja, strach, niski poziom świadomości? Co tak naprawdę nakłania człowieka, by nacisnął na spust, by nawet nie w obcym, a w sąsiedzie zobaczyć wroga?

Muszę cię „rozczarować”, ale kolejność jest nieco inna. Zanim w ogóle dojrzejemy do spustu, musimy najpierw wspomnieć o narodowi intelektualiści, którzy wykonują najważniejsze przygotowania do przelewu krwi, przekonując rodaków, jacy to jesteśmy piękni, uczciwi i mamy największe kutasy, w odróżnieniu od wszystkich pozostałych; do nich przyłączają się quasi-media, które nawet „udowodnią” tę teorię – kłamstwo powtórzone tysiąc razy w istocie staje się prawdą! A potem przychodzą też narodowi politycy, którzy wywołują wojnę ze wszystkimi tymi, którzy nie są „nasi”. Nie zdążysz nawet powiedzieć: „make love – not war!”, a już masz na sobie mundur i stoisz po kolana w błocie i po szyję w wodzie i jesteś zmuszony wysłuchiwać rozkazów opóźnionych. Dopiero w tym momencie możemy mówić o pociąganiu za spust: śmiercionośny koktajl śmiertelnego strachu i szalonej odwagi, ograniczonego rozumu i bezgranicznego szaleństwa, woli życia i braku woli życia, wysokiego stopnia realnego zagrożenia i niskiego stopnia świadomości. Albo, jakby powiedział jeden z bohaterów mojej powieści, „jeśli chcesz ze zwykłego wariata zrobić jeszcze większego wariata, załóż mu hełm na głowę”.

Myślę, że w twojej książce można znaleźć wszystko, a przynajmniej bardzo wiele. Od mechanizmów politycznych, przekroju społecznego, zasad, którymi rządzi się wojsko i jego głównodowodzący, dylematów moralnych jednostki, po konflikty etniczne, upadek podstawowych wartości, niemoc i próby wyrwania się spod bezdusznych rozkazów, cielesność, drobne i większe przewinienia, winę i karę, można by tak wymieniać bez końca – jaka główna myśl przyświecała ci podczas pisania? A może chodziło wyłącznie o przeniesienie na papier własnych przeżyć? Czy też spełnienie obowiązku dokumentalisty wobec swojej epoki?

W niedawnym wywiadzie dla pewnego bośniacko-hercegowińskiego portalu wyznałem, iż uważam doświadczenie za niezbędne nawet do pisania pocztówek, a co dopiero dla literatury; tak samo powiedziałem, że nie wierzę w opowieści wojenne tych, którzy osobiście nie zaznali zapachu prochu, podobnie nie wierzę w pornogawędy tych, którzy masturbowali się aż do ślubu. A zatem, nie ma pisania o wojnie bez przeżytej wojny, zarówno wokół nas, jak i w samym sobie i myślę, że zgodziliby się ze mną wszyscy pisarze z doświadczeniem wojennym. Tymczasem literatura bałkańska zaczęła obfitować w pisarzyny, które znają wojnę tylko z filmów akcji z bohaterskimi pościgami albo z przedstawień ze śpiewaniem i strzelaniem, przez co prawda wojenna – krew, ropa, łzy, błoto i gówno – znowu zaczęła przyjmować niezasłużenie wymiar epicki. A ja tylko staram się powiedzieć takim „literatom”, że mieli „piękną” okazję uczestniczenia w wojnie, że na świecie jest wystarczająco dużo wojen, aby i oni mogli wypróbować osobisty heroizm i że pisanie o tym, o czym nie mają pojęcia, jest, mówiąc delikatnie, ordynarne i bezwstydne. Koniec końców chciałem na zawsze zanotować obraz tej bezsensownej wojny – w istocie wszystkie wojny są głupie, ale wojna w Kosowie była najbardziej bezsensowna ze wszystkich, jakie prowadzono – uwiecznić surrealistyczną scenografię, w której żyło dziesięć milionów ludzi, wyszarpać zapomnieniu tę zbiorową psychozę w spektrum od nieuzasadnionej euforii do ciężkiej depresji i, oczywiście, opowiedzieć pewną ludzką historię, do której z zamiarem uzupełnienia będą się dołączali świadkowie: przymusowi świadkowie wojny, ale też świadkowie-ochotnicy własnych nieszczęść.

Ile czasu zajęło ci napisanie S-Waru? I co poczułeś, kiedy postawiłeś ostatnią kropkę – ulgę? Czy, wręcz przeciwnie, musiałeś odchorować tę niewątpliwie trudną podróż w przeszłość?

S-War to polifoniczne oratorium, które „ucieka” zarówno od przymusowej kakofonii, jak i od fałszywej harmonii. Już to powiedziałem, ale powtórzę: czterech ewangelistów nowotestamentowych, wzmocnionych o apokryficznych: Marię Magdalenę i Judasza, schodzi znów na ziemię, aby dowiedzieć się „prawdy” o pewnej wojnie i pewnym człowieku – moim alter ego, Czarlim. Po drodze stracą wszystkie cechy chrystusowe, a rzekomej prawdy i tak nie odnajdą; w trzydzieści wypowiedzi – liczba tożsama z liczbą srebrników, za które rzekomo Judasz sprzedał Chrystusa – zostanie spisana krótka historia nieszczęścia na tych terenach, w sześciu częściach tej książki (sześć to liczba dni, w które Bóg stwarzał świat, siódmy dzień zostawiam czytelnikowi, żeby świętował czytaniem) znowu spotkają się dwa odwieczne tematy powieściowe: miłość i śmierć. Tak, S-War pisałem przez całe dziewięć lat; ale powodem nie była tylko moja dokładność i potrzeba idealnego stylu, a po prostu PTSD, na który zapadłem w więzieniu Slobodana Miloševicia i podczas wojny w Kosowie. To on czasami nie pozwalał mi sięgnąć głębiej do własnych wspomnień. I tak usiłowaliśmy się przechytrzyć, czasem wygrywał on, czasem ja; przeważnie jednak był remis, trochę na mięśnie, trochę na zwoje.

Podsumowując książkę: czy pomimo tej ponurej, wręcz apokaliptycznej wizji świata i człowieka, jest Twoim zdaniem ratunek dla ludzkości? Jeśli tak, w czym go upatrujesz?

Oczywiście, że zbawienie istnieje i tkwi ono w prawdzie literackiej, o której mówiłem. Gdy dla oficjalnej historii ważniejsze będą pojedyncze ludzkie losy od wersji formalnej, którą zawsze piszą zwycięzcy – pokonanych albo nikt o nic nie pyta, albo nie dożyją, żeby móc coś powiedzieć – i kiedy zrozumienie wojny z perspektywy ofiary będzie ważniejsze niż to, jak ją widzi kat, i kiedy każde ludzkie życie stanie się skarbem ważniejszym niż jakakolwiek idea – wtedy nadejdzie zbawienie! Do tego czasu: niech nam Bóg pomoże…

I już zupełnie na koniec… uchylisz rąbka tajemnicy, czy polscy czytelnicy mogą liczyć na coś więcej w przyszłości? A może to pytanie do tłumaczki?

To pytanie bardziej do tłumacza i wydawcy niż do mnie. Agnieszka Żuchowska-Arendt dokonała zaiste bohaterskiego wyczynu, tłumacząc S-War – podkreślam szczególnie trudności w przekładzie patetycznego stylu biblijnego i trzydziestu różnych wypowiedzi, z których każda pisana jest innym kluczem narracyjnym – i mam nadzieję, że z takim samym żarem będzie tłumaczyć również Drogę do Jerycha i nagrodzone opowiadania z moich dwóch zbiorów. Gdy chodzi o tłumaczenie, zawsze podkreślam, że autor musi być tylko dobrym pomocnikiem; to, co miał do powiedzenia, już napisał; a teraz do tłumacza należy wzbogacenie tego, co zostało napisane na własny sposób. A wspaniała i trudna praca tłumacza to właśnie to, co – poszukując równowagi pomiędzy dwoma językami i dwiema kulturami – czyni książkę częścią kultury, na której język została przełożona. Nic więcej. Ale i i nic mniej od tego.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

przeł. Agnieszka Żuchowska-Arendt
____________

[1] Podczas I wojny bałkańskiej (rok 1912).

[2] „Spaw”.                                                          

[3] „Trawienie”.

[4] „Oszustwo”.



Saša Stojanović

Ur. 1965. Autor powieści: Psy gończe (Krvoslednici, 2003), Manchester City Blues (2006), Ostatni dzień Boga Saturna (Poslednji dan Boga Saturna, wydanie pierwsze: 2013, drugie: 2014), Droga do Jerycha (Put za Jerihon, 2015), zbiorów opowiadań Temperatury topnienia (Tačke topljenja, 2011) i Opowieści o końcu (Priče o kraju, 2016) oraz zbioru esejów Wiązki i więźniowie (Svežnjevi i sužnjevi, 2012). Redaktor naczelny czasopisma „Think Tank” i dyrektor Festiwalu Literackiego „Think Tank Town”. Członek czeskiego PEN klubu. Powieść S-War (org. Var) doczekała się w Serbii trzech wydań (2008, 2009, 2012) a także tłumaczenia na język czeski oraz włoski. W przygotowaniu są przekłady na języki: angielski, hiszpański, słoweński i macedoński. Tłumacz powieści na język czeski (Jan Doležal) otrzymał medal Josefa Jungmanna za najlepsze tłumaczenie roku, a we Włoszech powieść zajęła trzecie miejsce w rankingu najczęściej czytanych książek. Facebook: https://www.facebook.com/SWAR.Stojanovic/?ref=bookmarks.

Reklamy