KAROL MALISZEWSKI – Z prozy krajowej

33a

Twarz Lindy nie jest twarzą Strzemińskiego. Nie ten uśmiech, nie taki błysk w oku. Lindzie jesteśmy w stanie wiele wybaczyć. Każde świństwo. Miękkość i kruchość tej postaci (sylwetki, ciała, sposobu poruszania się), emocjonalna „opływowość”, emanujące ciepło wpływają na ogląd życia i czynów Strzemińskiego, na pozytywną ocenę moralną, na sympatię. A z książki Małgorzaty Czyńskiej Kobro. Skok w przestrzeń wynika, że był z tego awangardowego malarza kawał drania, że prześladował z psychopatyczną rozkoszą własną żonę, Katarzynę Kobro. Wajda nie przyjął do wiadomości tych faktów. Chciał namalować kolejną ikonę… i namalował. Następne pokolenia mają uwierzyć, że takim w istocie (szlachetnym, anielskim, bez skazy) człowiekiem był Strzemiński.

Nie pochłaniałyby mnie tego rodzaju myśli, gdyby nie Festiwal Haupta w Gorlicach. Zaproszony tam, prowadziłem spotkanie z Małgorzatą Czyńską, stąd znajomość książki (skonfrontowanej z właśnie obejrzanym filmem Powidoki). Ostatniego dnia festiwalu prócz tego spotkania odbyły się wieczory Bronki Nowickiej, Waldemara Bawołka i niżej podpisanego (te dwa ostatnie prowadzone przez Andrzeja Stasiuka). Kupiłem sobie Echo słońca, nową książkę Bawołka, i właśnie czytam. W następnym odcinku być może opiszę swoje wrażenia. Już teraz mogę wspomnieć o dużym przeżyciu, jakim było odkrycie opowiadań Haupta. W związku z zaproszeniem szybko zacząłem je czytać (między innymi po to, żeby nie wyjść na durnia). A do tej pory myślałem, że moim ulubionym pisarzem międzywojennym jest Choromański. W tej chwili w moim sercu rządzi Haupt. Także jako patron wszystkich dłubiących w niszy. Pomijanych, odrzucanych, wykluczanych.

Od lat jestem sympatykiem wszelkich niszowych, nierynkowych, poszukujących poczynań szerzej nieznanych prozaików. Do nich zaliczam także Bawołka, lecz zdaje się, że od tej książki zmieni się status tego autora. Jego popularność po licznych wywiadach w prasie kobiecej zapewne wzrośnie (bo to kobiety podbijają u nas czytelniczy bębenek). Natomiast na coś takiego nie może liczyć Andreas P. Rotab. Jego proza jest zbyt gęsta, zapętlona niczym pseudonim używany przez niego (na co dzień profesora ASP we Wrocławiu).

Już przy pierwszej książce tego autora, zatytułowanej eNN, pisałem, że takich tekstów nie spotyka się na co dzień. Podobno nie ma na nie zapotrzebowania. Trudno o większe nieporozumienie wyreżyserowane wspólnie przez media i wydawniczy biznes. Mnie ta książka zmusiła do wysiłku, do wyjątkowej uważności, jednocześnie zmęczyła i olśniła. Bo taka właśnie jest: sugestywnie nużąca i olśniewająco odkrywcza. Wrażenie powolności i sztuczności narracji bierze się ze świadomej teatralizacji zachowania i mówienia bohaterów. To jest spektakl, w którym celebruje się i poniekąd „recytuje” słowa, gesty i postawy. One muszą takie być – sugestywne, wyraziste, obarczone koniecznym nadmiarem retorycznym. I właśnie to może odstręczać pośpiesznego czytelnika, lecz jeżeli oswoi się z przyjętą konwencją, jeżeli ją zaakceptuje, czeka go spotkanie z zastanawiającym eksperymentem literackim i poznawczym. Pięć dni poza życiem, jakie znamy; wypadanie z własnego życia i osuwanie się w cudze; niespodzianki związane z utratą pewności co do losu i znaczenia, co do uznawanych wartości i żywionych uczuć; przeszkody w odzyskaniu pamięci, w odnalezieniu utraconej tożsamości… To tylko niektóre kwestie egzystencjalne podsuwane nam przez autora do ponownego rozpatrzenia (jest ich o wiele więcej), najważniejsza z nich dotyczy pytania o to, co robić w życiu, by cieszyć się nim w pełni; albo właściwie – co robić z życiem, by sprawiało wrażenie, że nie wymyka się z rąk, że jest naprawdę nasze. Absurdem nie jest samo zaistnienie, absurd wkrada się do sposobów zarządzania egzystencją, wsącza się w schematy porządkujące życie, wchodzi w mechaniczne, bezrefleksyjne skazywanie się na odtwarzanie narzucanych form i przyjmowanie braku wyboru z heroicznym uśmiechem. Ta książka uderza w poczucie sensowności tego uśmiechu, w pewność życia jako takiego, rewiduje rzekomą stabilność dotyczących go pojęć.

Następnym krokiem był Ciąg. Przy lekturze pogłębiało się we mnie wrażenie obcości czy osobności tego samotnego tworzenia. Przygoda z literaturą o tyle ma sens, o ile jest przygodą z literaturami. Bo obok tej znanej z mediów i podręczników istnieje inna literatura polska, druga, trzecia i literatury dalsze. Cudowny gąszcz. Niekiedy wydaje mi się, że w tej dalszej najdalej poszedł właśnie Rotab, sprawiający wrażenie zupełnie oderwanego od – przepraszam za słowo – obowiązującego dyskursu i mającego w głębokim poważaniu coś takiego jak marketingowo-promocyjno-wydawnicze sformatowanie. Ech, ten błogosławiony stan pozasystemowego tworzenia. Już przy poprzedniej książce dane mi było daleko odlecieć wraz z tą frasobliwą niefrasobliwością, ale teraz to co innego, świadomość urosła i nawołuje. To brzmi jak krzyk, który trzeba natychmiast usłyszeć – żeby ratować, co się da? ale co się da? – a bój toczy się o najważniejsze kwestie, z sensem życia, miłości, Boga i sztuki na czele. Uderza się tu w coś bardzo istotnego, jakiś pulsujący ból kultury współczesnej, chce wywołać dyskusję, jeżeli jeszcze da się o czymkolwiek dyskutować. I to, co w tej książce pasjonujące, zderza się z rezonerstwem, wiem, że świadomym i steatralizowanym. Na szczęście to pierwsze ostatecznie zwycięża dzięki niesłychanej energii pytań i odpowiedzi, pomysłowo rozgrywanych ról i zmienianych masek. Książka-tajemnica, piramida sprzeczności, ale zostaje w człowieku i jątrzy.

Na moim entuzjastycznym odbiorze najnowszej książki Andreasa P. Rotaba pt. Monte Silentii być może zaważył czytelniczy głód. W śmieciach dominujących na rynku wydawniczym dawno nie mogłem znaleźć czegoś, co w tak zaskakujący sposób przekraczałoby zwykły (przeciętny) poziom komunikacji, ale też i obowiązujący w literaturze schemat strukturalny i formalny. Szukałem niezwykłości, ale i uniesienia, jakiegoś mądrego „intelektualnego rozbawienia”, porywającego zaciekawienia – i wreszcie na te wartości trafiłem. Odnalazłem je w monologu faceta, o którym początkowo myśli się tylko z rozbawieniem. Potem rozbawieniu zaczyna towarzyszyć zdumienie, wreszcie refleksja i głęboki namysł, a także zdziwienie, że we współczesnej powieści jednak można z wdziękiem zmieścić ważne problemy filozoficzne, antropologiczne, religijne.

Najogólniej rzecz ujmując, na treść fabuły składa się relacja z wielotygodniowej wyprawy po sens życia – jednego życia (narratora). Bohater książki założył a priori, że wraz z osiągnięciem celu, jakim jest szczyt Ślęży, dozna iluminacji, a ta doprowadzi do poznania prawdziwej tożsamości ukrytej w imieniu definiującym istotę i sens istnienia. Na zapis dziennika narratora składają się opisy jego przemyśleń i zdarzeń, które były jego udziałem w trakcie wędrówki oraz opisy miejsca akcji – Ślęży i jej bliskich okolic. Trudno nie dostrzec fascynacji autora tą krainą; malowniczo, z troską o szczegół, opisane wędrówki głównego bohatera prowadzą czytelnika zarówno po znanych szlakach, jak i odkrywają miejsca, które zdają się być nieznane, albo raczej – znane jedynie prawdziwie wtajemniczonym poszukiwaczom magii Monte Silentii. Sceną wydarzeń staje się również dom bohatera, gdzie w osamotnieniu z wyboru niejako toczy on walkę nie tylko o swoją tożsamość, ale również (a niekiedy wydaje się, że przede wszystkim) ze swoją zbędną mu fizycznością.  Ujarzmiony w  pełnym niemocy ciele, uwikłany w relacje z ludźmi (którzy często zdają się przeszkadzać), rozdarty między samczą fascynacją kobietami a potrzebą określenia ich roli w procesie poznawania siebie, egocentryczny wędrowiec objawia fundamentalne prawdy o swym bycie i nie-bycie (tu i teraz) zarazem.

I mimo że początkowo czułem się zagubiony w meandrach rezonerstwa, to bardzo szybko wyczułem podskórny rytm tej opowieści o szukaniu siebie samego, własnego imienia. Spodobała mi się żarliwość. Bohater z papierowej figurki stał mi się kimś bliskim; świetny jest w swoich inwektywach i szaleństwie, które ostatecznie okazuje swój boski (niebiański) wymiar. Największą wartością tej książki jest to stopniowe odsłanianie: ktoś, kogo początkowo bierzemy za bufona, rezonera, a potem uciekiniera z domu wariatów, okazuje się wspaniałym, subtelnym, szlachetnym człowiekiem, bez mała bratem (bo to książka o specyficznym braterstwie ducha). Bardzo interesująca jest też wizja upadku człowieczeństwa, która dokonała się za sprawą Penemuego (ta cała odgórna narracja w stylu „tako rzecze Penemue”). Świetna historia z Lilith, umożliwiająca zupełnie inne spojrzenie na kwestię tak zwanych stosunków damsko-męskich. W świetle tej historii bohater jawi się niczym Adam naszych czasów, Adam nowego porządku. Tu się otwiera następna wartość utworu, jego intelektualna giętkość i głębia w jednym. Interpretować można do woli i na wiele sposobów (a to cecha naprawdę dobrej książki). No i sercu bliskie dolnośląskie nawiązania, tu w wydaniu co najmniej królewskim – Ślęża (i jej tajemnica) nareszcie uhonorowana dziełem dużej klasy. Krótko: jestem pod wrażeniem. I wciąż pod działaniem czaru tej opowieści. Wracam do niej raz po raz, znów odnajdując wartości i wątki wcześniej przeoczone.


Karol Maliszewski

Ur. 1960 w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Prowadził warsztaty poetyckie w Studium Literacko-Artystycznym przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Absolwent filozofii. Doktor nauk humanistycznych. Poeta, prozaik, krytyk literacki. W „Inter-” redaguje Przegląd literacki.

Reklamy