KINGA WERONIKA DE WALLA – Trzeba natychmiast żyć! O „Zachodzie słońca w Kurwidołach” Rafała Gawina

a

Droga człowieka przez życie jest niewiadomą, jedyną przygodą, jaką sami możemy ukierunkować, a zarazem największą zagadką, która nieustannie wprawia nas w ruch. Nie ma potężniejszej siły nad życie, ono bowiem zawiera w sobie nieograniczoną ilość możliwości przejścia, a nawet wychodzenia ponad: poza siebie, ponad ograniczenia (nakładane przez innych lub nas samych), z dala od przyziemności.

To stan nam przypisany. Nieliczni próbują go zgłębić, otworzyć, wydobyć, określić, naznaczyć. I wśród tej garstki niespokojnych dusz „żyjących w języku” są też ci, którzy widzą wyraźnie, że prawda „dalej nie jest ostateczna”.

Dlaczego zatem mówić o prawdzie? Czym ona jest, sama w sobie? Czy da się ją odkryć, czy trzeba ją odczuć; gdzie szukać, jak znaleźć? Czy w ogóle wiemy, jak uchwycić to, co wymyka się kategoriom określoności? Czy wszystko niewiadome należy brać w nawias, powtarzając dobitnie (by osadzić myśl w podświadomości), że potrzeba przede wszystkim zrozumienia?! Czy kluczem do opanowania instynktów, życia w harmonii ze światem i oswojenia śmierci, jest rozumne (logiczne, zasadne) tłumaczenie sobie zdania po zdaniu każdej relacji, wydarzenia, wreszcie dnia, nocy, uśmiechu, płaczu… istnienia drzewa, ziemi i słońca? Gdzie jest „muzyka środka” – czy jest zbawienna, czy stanowi prolog do odchodzenia, zapominania i przyjmowania wszystkiego za prawdę właśnie? Wobec powyższych dylematów słuszne więc wydają się słowa Rafała Gawina, który twierdzi, że: „To się będzie wymykać, formować / i płynąć w przeciwnym kierunku / a potem i tak jeden zgrzyt, jeden rym / będzie cię psuł”.

Tom Zachód słońca w Kurwidołach zajmuje wyjątkowe miejsce wśród książek poetyckich współczesnych poetów. Zadziwia wielością i złożoną formą wypowiadania „zapatrzeń”, „zadziwień” każdym fragmentem otoczenia, w którym współczesnemu człowiekowi przychodzi żyć; tła dla prozy życia rozgrywającej się przed oczami przechodniów, którzy przecież stają się jej częścią. Wszyscy w tym samym momencie jednocześnie istniejemy i nieistniejemy dla siebie nawzajem, jeśli tylko uda się zatrzymać, zagarnąć dla siebie choćby tę niewypowiedzianą, a dostrzeżoną zbieżność – możesz tak samo żyć lub tak samo nie żyć w języku, jak ja. Ostatecznie można przecież „nie powiedzieć, napisać w wierszu / i udać, że to usterki techniczne”.

To jednak byłaby zbyt prosta droga. Jeśli już zdecydujesz się na życie, na pracę nad słowem, przyjmiesz „cel, co uświęca skrajności i zmusza do pracy w języku, doskonałości” – musisz wiedzieć, że to dopiero początek przemian. „Albowiem myli się ten, kto sądzi, że życie w języku nie naraża piszącego na rany” (Piotr Kępiński).

Zastanawiające jest wobec tego, co daje nam świadomość. Nieraz pewnych słów nie należy wypowiadać, innym razem wręcz nie można nie być człowiekiem na głos. Pozostawanie w równowadze wobec języka, którym się żyje, jest zadaniem mającym nie tylko pomóc w odnalezieniu własnego miejsca w relacjach (sieciach powiązań, wybiegów, skrzyżowań etc. – nie tylko z każdym napotkanym człowiekiem, jak się okazuje), lecz przede wszystkim prowadzącym do osiągnięcia stanu aprobującego każdą dowolną ucieczkę, gonitwę myśli – zapisanych lub dopiero wypowiedzianych, uświadomionych. Będąc na jej początku, zadajesz sobie pytanie: „A gdyby tak w środku znaleźć punkt / który wystawia ciężar na próbę? / skreślić poprzednie zdanie, być / o jedno słowo dalej”. Gdyby udało się znaleźć złoty środek, moment krytyczny, właściwy i doskonały, chwilę, poza którą nic więcej nie da się powiedzieć, by nie wyprzedzić kolejnej ucieczki, czy wtedy zyskamy większą świadomość, czy będziemy w stanie przyglądać się płynącym słowom z roli obserwatora, wybierając ich najdoskonalszą formę? Autor odpowiada na tę wątpliwość, lecz nie wprost, kiedy pisze: „Opłacają się / działania na znakach. Czujesz ten / który cię ziścił? Zniszczył?”.

Paradoks polega na tym, że złoty środek nie istnieje. Jeszcze większy paradoks – że dokładnie zdajemy sobie z tego sprawę. Dążenie do odnalezienia centrum wszelkich możliwych przypadków i złożoności form językowych, kończy się co najwyżej na dokładnym zrozumieniu znaczeń i pohamowaniu popędów, dążności do ich przekształceń: „Analogia / czy anagram w nieznanym języku – / gdzie istnieje prawda? / Strata czasu”. Stajesz się więc mimowolnie myśliwym, wbrew głosowi rozsądku, bo już wiesz, że „nie polując, naruszasz strukturę / kości w swojej głowie”. Wybierając drogę człowieka piszącego, musisz mieć świadomość, że jest to droga w ciągłym biegu, ruchliwości, która – przewrotnie – utrzymuje cię w dobrej kondycji: „gdybym zachował ciągłość / byłoby to ostatnie zdanie / z którym się utożsamiam”.

Jakie miejsce zajmuje więc poezja w codziennym „życiu w języku”? Jest wewnątrz, zawłaszcza centrum myśli, doznań, odczuć, wyznacza granice i kierunki dążeń, staje obok i dotyka sedna. Dotyka, choć przecież nie ma siły wyrazu tak wielkiej jak dosłowność! Czymże byłoby życie bez relacji, domówień, dosłowności, dokładności, docierania, dochodzenia i dotrzymywania… słowa? Faktografia, biografia, scenografia – didaskalia trwania i każdorazowego prze-trzymywania (skończonego wiersza, skończonej modlitwy, zażegnanego konfliktu, spełnionego celu, przeżytego dnia etc., etc.), wychodzenia ponad – to zawsze niewystarczające wobec prawd życia. Nawet jeśli ujmie się je w wersy, zamknie w klatce interpretacji, opatrzy szufladkującym tytułem – one wymkną się na wolność, dosłowną, bo zawsze odczytaną inaczej. Doskonale obrazuje tę myśl wiersz Czym jest poezja i nigdy nie będzie, a każdy kolejny i wcześniejszy w tomie Gawina potwierdza ją: „Kiedy napiszę wiersz, nie pytaj / o szczegóły. Nie chcę go stracić […]”.

Nie chcę stracić ważności słowa, które równie dobrze dla ciebie (niej, niego, was, nas, ich) może nie znaczyć więcej niż chwilowe zatrzymanie. Ale trzeba „mówić, mówić, mówić / dopóki można coś powiedzieć / dopóki trzeba”. Trudno jest zabić w sobie żądzę, wyzbyć się pragnień, zagłuszyć chęć grzechu (czy grzech istnieje, jeśli go nie nazwę?), trudno nawrócić, przypomnieć powinność, pokazać światło, cokolwiek ono znaczy poza swoim najbardziej banalnym wydźwiękiem; trudno kochać lub nie kochać, kiedy wiesz, że powinieneś lub niczego nie musisz; trudno nam się żyje, tak po prostu, bez słowa mówionego i wyrażonego na piśmie, dla utrwalenia małych zbrodni i dużych występków; trudne to jest, kiedy tylko „co któreś słowo / będzie ważne”; po co pisać, przecież czytanie wymaga czasu, tego czasu, którego wciąż nam brakuje i nic z tym nie zrobimy, nie przeskoczymy własnych ograniczeń (jedną trzecią życia musisz przespać, chcąc nie chcąc, inaczej nie wytrzymasz napięć). Trzeba mówić, bo mowa utwierdza przekonania: „Pół życia uczysz się / swoich ograniczeń, by wiedzieć / że nie zdążysz niczego nadbudować”. Trzeba gonić i łapać chwile, śmiać się i odwracać na pięcie od naiwności; cierpieć, żeby poczuć ulgę, gdy wreszcie wyleje się krew; pytać, szukać, odkrywać, nadawać sens i ważność (czy naprawdę w życiu chodzi o sens czegokolwiek?) – „Dziewczynko / nie ma już świata, w którym trzymanie pionu / wyznacza poziom”. Język wabi nas i zamyka, zachęca do przeobrażeń, podejmowania prób i przyjmowania błędów, niczym prawd wiary podanych na tacy. Każdą przestrzeń życia pozwoli uwiecznić, a kiedy już zrozumiesz, że to nie ma znaczenia „pozwoli wracać / w przyjemnie wyniszczającej trwodze”.

To ty decydujesz – twórco/odbiorco – jak wiele powiedzieć i ile z tego zapisać, jeśli zdajesz sobie sprawę „co się wydarza w tym, co się mówi / a co w tym, czego się nie mówi”. Słońce w Kurwidołach zachodzi tak samo jak pod każdą inną szerokością geograficzną, ale tutaj zrozumiałe jest utrwalenie oczywistości ubranej w niewybrednie pospolitą sukienkę. Cóż więcej powiedzieć, kiedy „kicz nas ustanawia. Wobec czego innego moglibyśmy / dzisiaj uklęknąć?”.

Tom Gawina to swoisty flirt z czytelnikiem, którego autor zmusza do odszukania własnego centralnego punktu interpretacji, w niezwykłym tempie – tempie słowa, które rodzi się przecież po to, by żyć!

Rafał Gawin, Zachód słońca w Kurwidołach, Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2016.


Kinga Weronika de Walla

Absolwentka kulturoznawstwa i psychologii społecznej. Laureatka nagród i wyróżnień w ogólnopolskich konkursach poetyckich. Swoje teksty publikowała w prasie literackiej oraz w Internecie. Współautorka polsko-niemieckiej antologii Kindheit in Deutschland. Dzieciństwo w Polsce (Berlin 2015). Laureatka stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury. Autorka tomiku Twarze niedomknięte (Fundacja Kultury Afront, 2017).

Reklamy