PAWEŁ KOZIOŁ – 4 wiersze

11a

piosenka młodych letników

tyle upału, ciężkiego i kwaśnego jak oddech
istoty, która przygląda się z wysoka,

lecz oko ma poza zasięgiem i proporcje twarzy
pozwalające czuć tylko powiew, pasemka śliny.

to nie jest za daleko i nie będzie, przeciwnie
niż pełznące jak larwy trasy naszych eskapad,

niż zdobyta po drodze wiedza, że tyle upału,
tyle oddechu de facto metodą usta-usta,

choć te są zdalne i pełne gorączki, dwutlenku węgla,
oburzeń. tyle żaru nad rzeką, nad suchym kłączem

ulic pnących się w górę bądź staczających się
z placu podpisanego trzema krzyżykami

i niczym innym, bo istota tak lubi,
więc będzie żarła wszystkie klimatyzowane

zakątki, aż zostanie tylko powietrze, które
zagryzła i przeżuła, by wtłaczać do ust.

 

dziennikarstwo

szum w uszach jak nawigacja, długie dyktando współrzędnych.
plaża, trupy pontonów w dziennikarskim świetle.

morze ma na dnie sitko i korek na srebrnym łańcuszku.
a jednak nie ma opcji, aby wyciągnąć go z brzegu.

dlatego wysyłają zastępy topielców,
jedną wywrotną łódkę po drugiej. i kiedy

z góry słyszę twój laptop, a nad nim unosi się piana
kobiecych głosów z sitcomu, to widzę cię w brzydkim hełmie

staromodnego nurka, który z wydepczyskiem
dna rozmawia z pomocą ołowianych butów.

morze jest poplątane. zamiast fal rysując
niebieskie nitki, nawet dziecko przeczuwa,

że gdy zanurzysz obcy, pionowy element:
linę, rurkę od pompy, cholerny łańcuszek

który się jeszcze nie znalazł, wówczas zaciska się
supeł.

wówczas milczysz, dławiąc się pierwszą rzeczą z brzegu
łóżka: książką, gorzkim owocem tabletu w twardej łupinie,

giętkim jak łuska węża pokrowcem telefonu.
wówczas milczy i skóra, bo pory dławią się wodą

i wzbiera taki subtropik, że tylko migrować,
ale nie wiesz którędy. do rysowania ci mapy

musiałbym usiąść dalej, przegapić punkt wyjścia,
ponieważ właśnie z niego mapy nie ma.

dlatego gadam tylko od strony światła, kamer,
kontenerów ze zbędnym teraz rozdawnictwem

ryżu i czapek z daszkiem. brzeg właśnie wystawia
siny i szorstki jęzor nocnej plaży,

po to, by lądowanie było nieapetyczne,
pełne otrząsań z piachu, soli, morskiego garniru

i strachu, aby nie zmienić się w to obok
o czym nie umiesz powiedzieć: połknięte czy wyplute.

 

kolonializm

imperia wywoziły zło na zewnątrz, przez sieć
dróg prostych jak szramy po biczu, wieszając

innym na szyjach paciorki i węzły torowisk,
a potem szarpiąc. tutaj kolonia rośnie

od środka, uciskając narządy wewnętrzne.
stąd głód, pragnienie i krew ściśnięta bardziej

niż wiatr, niż poświst w uszach w pompce od roweru,
albo srebrny koralik powietrza – jedna z wielu

musujących pastylek, którymi butla karmi
wiecznie głodnego nurka. stąd pochodzi szum

i w nim w końcu utopi się bezsenna głowa,
kiedy się w środku nocy rozbije o ekran

ze ścianą wody za nim. tego już nie oswoisz
bajką o rybce śpiącej na liściu wodorostu,

cichej jak płuco, czy filmem, w którym morze się gniewa,
zatem trzeba mu składać skomplikowane ofiary

z połamanych modeli, z efektów specjalnych,
z twarzy aktorów, którzy gryzą krzyk.

tego już nie obejrzysz przez porysowany
peryskop, mętne lusterka składające się

w stary obraz kontrolny. tego już nie przepłyniesz,
nie przejdziesz, bo cię wyspa otoczy i zje.

to zrobi wyspę. ulepi ją z błota i śliny,
z wilgotnych śladów, któreśmy maskowali,

zacierając podeszwą, potem nogawką, i stąd
wzięły się nam figury lokalnego tańca.

to nas w końcu postawi przed brzegiem zbyt podobnym
do plaż z telewizyjnej mapy czerwonych punktów

aby przegapić, że stoimy tam jako
jeszcze jedno z podwodnych, zstępujących plemion

któremu wir na drogę, pęknięty brzuch łódki,
obojętna lornetka, cudze horyzonty.

 

bezdech

to takie nagłe przetasowanie: karty
które dotąd nad głową grały w obojętne

pasjanse nagle układają się
w groźną strzałkę a ona wskazuje mi miejsce

nie w mieście poezji współczesnej to znaczy walki o oddech
lecz w pustym płucu mieszkania jak w pęcherzu pławnym

ryby tonącej w mleku i w płaczu nad rozlanym
panoramicznym blaskiem bo to on zamaskował

złe co przekonywało że go nie ma lecz teraz
niespodziewanie każe szukać wyjścia

z domu i ze wznoszonej w nim wczoraj organicznej
architektury w świt co się rozlewa

w górze
złą wodą która nawiedza mleczny pęcherz

i ryba tonie rysując promień koła
a ono się zamyka nie dotykając powierzchni

to takie małe przesunięcie na mapie
którym zdecydowanie oddzielasz nas od siebie

nie chciałaś o tym rozmowy więc ja z powietrza nad każdym
miastem odejścia i zdrady zrobię ci teraz odsłuch

który najpierw powtórzy cząstkowe wyjaśnienie
że wobec atmosfery wierzchniej powłoki świata

jesteśmy nagle inni bo ty robisz
wdech każdym napotkanym powietrzem kiedy

ja lepię wydech z tego co zgromadziły płuca.
i nie zapomnij o tym co widać tylko z góry:

że wobec stratosfery świata przezroczystej
powieki jedno z drugim powietrze jest to samo

więc żeby mi odlecieć jak pełny niezwiązany
balonik musiałaś najpierw zabrać je i nie oddać

by grawitacja w dole cicho zrobiła swoje


Paweł Kozioł

Ur. 1979. Poeta, krytyk, badacz literatury staropolskiej specjalizujący się w średniowiecznych kronikach. Z drugiej strony – autor programów szachowych i literatury generatywnej (http://www.pkoziol.cal24.pl/byliny/index.htm). Aktualnie przygotowuje piąty tomik pod tytułem Pogańskie morze.

Reklamy