RAFAŁ GAWIN – Jak niewiele mógł znaczyć dla mnie Tomasz Pułka. Retroperspektywa*

a

Albo inaczej: notatki po gwałcie zbiorowym. Ale nie o recenzję Wybieganych z raju tu chodzi, nawet jeśli są dobrym pretekstem do przypomnienia postaci Tomasza Pułki. W takim świetle, w jakim miałem przyjemność lub nieprzyjemność go widzieć. Od grzecznej przeszłości na portalach poetyckich, poprzez liczne, skądinąd wesołe, ekscesy, po również niedoszłe zbiorowe samobójstwa. Tak czy inaczej ta rzeka nie powinna się była wydarzyć. Rzeka dzieciństwa z utworu, nomen omen, zespołu Breakout, powinna mieć dalszy ciąg gdzieś głębiej, poza wierszami.

Tomasza Pułkę poznałem bodajże w 2005. Wirtualnie, na Poezji Polskiej, jako Arda A… – i teraz mnie zabijcie, ale nie przypomnę sobie nicka, gdy pierwsza wersja serwisu została zarchiwizowana poza siecią. Wklejał „wierszyki” mniej więcej raz w tygodniu. Pamiętam, że już wtedy często zdrabniał. Że był to grzeczny i otwarty na uwagi krytyczne chłopiec. Jakby jeszcze w drodze, przed doświadczeniami (bez)granicznymi, które go uformowały jako poetę. I zabiły jako człowieka.

(Tak, pojęcie chłopca w jego biografii będzie kluczowe. O ile ktoś ją zdoła wiarygodnie opracować. Wszystkim nam zostają strzępy, ułamki, urywki, półsłówka i półgębki, jakie zaserwował podczas migawek, rozbłysków i innych utrat kontroli. Tyle też mogę, tyle notuję na kolanie, ale nigdy na kolanach. To nie ten kaliber, raczej ślepak, w pozytywnym znaczeniu, anarchistyczno-pacyfistycznym. Znak, że należy się rozluźnić, odpuścić i oddać rozpuście; pisać wiersz realnie, żeby go zażyć).

I tak sobie pisał i publikował (potem również na Nieszufladzie), aż tu nagle jeb – wydał debiut, Rewers (2006). I to nie jakiś tam zbiór wierszy z sieci, oj nie. Rzecz obrastała legendą od pierwszych dni, miała zostać napisana (ok. 40 wierszy!) w osiem dni, w ciągu. Po raz pierwszy we względnie pełnej krasie (bo jeszcze niedopieszczone muzycznie i rytmicznie) do obiegu poetyckiego wkracza tzw. zdanie Pułki. To samo, które porwie tylu młodych adeptów poezji, z Dawidem Mateuszem i Radosławem Jurczakiem na czele.

Zaraz potem wyszedł dla mnie z sieci, na początku 2007 w Łodzi, gdy odbieraliśmy nagrody podczas finału konkursu Dominiaka. Wyszedł prawie bez słowa, choć jeszcze się nie skończyły czasy kulinarnej świetności konkursu i do dyspozycji mieliśmy bankiet na bogato. Rozmowa się nie kleiła, albo to ja nie mogłem zgrać ewolucji tej postaci w mojej głowie.

Dopiero następnymi razami mógł mi się Tomek jawić niczym podmiot deliryczny z Rewersu, w realu niczym hipermarkecie gagów i gestów, jako już bardziej niegrzeczny chłopiec o twarzy dziecka z burzą anielskich kędziorków, który biega po hostelu (tytułowym w debiucie Piotra Gajdy) i albo założy foliową torebkę na głowę, albo zainicjuje tworzenie instalacji jedzeniowo-butelkowej ze śpiącego pod wpływem również już świętej pamięci Artura Fryza, albo też będzie krzyczał przez całą noc niczym echo echa własnego, rozproszonego głosu. (Towarzyszył mu Adam G., tak, i jeszcze osobnik równie podekscytowany i przyspieszony).

To musiał być rok 2007 lub 2008, mieszają mi się moje pierwsze Manifestacje Poetyckie, ale to się wydarzało wtedy. Tomek potrafił konstruktywnie mnie obrazić, za co jestem mu wdzięczny do tej pory. Podszedł z lustrem, odkręconym z wagonu PKP, i powiedział: „Gawin, zobacz, jaki jesteś brzydki”. Potem jeszcze był turniej jednego wiersza w jakichś czerwonych przestrzeniach, gdzie Tomek biegał i krzyczał: „Rafał Gówin!”, na co odpowiadałem: „Tomasz Popierdułka!”. Była między nami chemia, choć jeszcze wtedy nie znałem takich substancji i nie on został moim przewodnikiem po świecie.

Następnie były jeszcze obustronne (i obosieczne) tarcia w sieci, na pewno w 2007, gdy Tomek występował już pod imieniem i nazwiskiem. Znowu na portalu Poezja Polska (na Nieszufladzie chyba już jako Tomaszek, chyba też Halfka, tam częściej się przepoczwarzał). Skomentowałem jeden z jego wierszy, używając określeń „niedojrzałość” i „piaskownica”, a on odpowiedział – nie ma po tym śladu, bo jego konto zostało usunięte w całości – że wszyscy mogą mu zrobić laskę, „a Gawin niech wyciera spermę okularami”. Po raz drugi wyróżnił mnie celną ciętą ripostą. Ba, obdarzył miłością z prawdziwego zdarzenia.

Gdzieś po drodze publikował w nieopierzonych jeszcze „Arteriach” (jak to do niego pasowało) – nie tylko wiersze, ale i tekst zatytułowany m.in. „Moja pierwsza recenzja”. Pamiętam, że bardzo się z tego powodu bulwersowałem do naczelnego: „Ten gówniarz u nas? Z jakiej racji?!”. Uczyłem się dystansu i zdrowego podejścia na żywym organizmie. To mu zawdzięczam.

Po jakichś dwóch latach, w Kędzierzynie (finał Krajobrazów Słowa) spotkaliśmy się bez nerwów. I wypaliliśmy bodajże dwa gibony. Był z Madzią. Tą samą, która miała się później z nim zabić, tyle że on przeżył. Potem w Łodzi świadek tych wydarzeń mówił wprost: „W Krakowie jest skończony”. Zbliżało się apogeum.

I jeszcze jeden warszawski obrazek. Chyba 2007. Idziemy większą ekipą – kto tam był? Marcin i Magda Orlińscy? Piotrek Gajda? Krzysztof Kleszcz? – przez miasto. I w pewnym momencie, w przejściu podziemnym, podchodzą do nas dwaj kibice (to musiało być gdzieś w okolicach Łazienkowskiej, w dniu meczu Legii). Nie kojarzę już, czego od nas chcieli. W dialog z nimi wszedł Tomek: „Skąd jesteście?”. „Z Ursynowa” – padła odpowiedź. „Ursynów skurwysynów” – skomentował Tomek. I dość zręcznie zmienił temat: „Macie szluga?”. Obyło się bez ofiar, image chłopca pozwalał autorowi Rewersu na więcej.

Inne książki? Paralaksę w weekend mogę po prostu odnotować. Była dojrzalsza (forma!, dyscyplina!), a niepozbawiona młodzieńczego kopa. Zespół szkół to przede wszystkim fikcyjne blurby i „redakcja: ks. Jan Twardowski”, czyli wirtual, a może nawet cyber.

W „okresie cyber” Tomek, wraz z Łukaszem Podgórnim, zawitali do łódzkiego Teatru Nowego, gdzie dyrektor Zdzisław Jaskuła oddał im na występy małą salę. Nie dotarłem, historię znam z opowieści Zdzisława: „Chłopcy bardzo narozrabiali”. Otóż pozamieniali miejscami portrety aktorów, wiszące w holach, niektórym coś niecoś dorysowując. Nie ustalę już, gdzie udali się później; na pewno biegiem, a Zdzisław ich gonił ruchem konika szachowego.

Ostatnim dla mnie aspektem obecności Pułki w życiu literackim był cykl eksperymentalnych felietonów o używkach, publikowany na Niedoczytaniach. Nie zdążył mu się znudzić, nie napisał ostatniego, choć jeden można tak odczytać. A raczej – nadużyć go do takich celów, dla uspokojenia sumienia.

A potem, po rzece, pojawił się Cennik, niezredagowany przez Szczepana Kopyta, co podkreślam złośliwie. Dziwi mnie podejście do niewydanych za życia tekstów Pułki i puszczanie ich (dosłownie i w przenośni) bez najmniejszej ingerencji, nawet jeśli chodzi o ewidentnie niezamierzone błędy. Tak też się stało w przypadku już w tym tekście wymienionych Wybieganych. Z jakiej racji? Przecież to nie święte teksty, apokryfy czy inne konstytucje, tylko po prostu wiersze. Wszystkie, a nawet więcej – jak się okazuje, co najmniej jeden wygrzebany z folderów w komputerze Pułki został napisany przez kogoś innego. Nie ufajcie opisom przyrody i plików!

Tutaj anegdota z Tomkiem i córką Artura Burszty. Wieś gminna niesie, że podczas jednej z imprez Biura Literackiego, na plaży, Tomek miał podejść do pierworodnej Artura z blantem i zapytać: „Chcesz bucha?”. Na co zareagował ojciec: „Tomku, nigdy nie wydasz książki w Biurze”. I miał rację – nie wydał do śmierci. A co się działo potem, niech oceniają potomni, również czytając rozmowę z wydawcą dla portalu O.pl. Stwierdza tam, że za życia Tomek wysyłał mu projekty książek poetyckich, jednak on je odrzucał. Ale podczas wymiany mejli zbudowała się między nimi relacja. (To istotna informacja dla tysięcy poetek i poetów, nieopublikowanych przez obecnie stroniośląską oficynę. Cieszę się, że nasze serca zostały pokrzepione. Oddycham z ulgą i czekam na swoją szansę w niebie lub piekle).

Ale nie interesuje mnie pośmiertne rozdzieranie szat, tylko żywy, pełnokrwisty Tomasz Pułka. Bo to była przede wszystkim osoba. Niejednoznaczna, kontrowersyjna, wartość (bez)graniczna. Apoteoza wkurwu, później usankcjonowanego jako pojęcie krytycznoliterackie. Szczyt bezczelności, mogący doprowadzić na wyżyny nie tylko poetyckiego absurdu. Te sceny, gdy w małym filmie na YT atakuje Szymborską. Albo gdy stoi za lub przed kamerą Macieja Kaczki. Oglądajcie, same wiersze mogą się nie obronić. Albo zaatakować inaczej. Albo przesadzam, jak przesadzał Tomek, gdy budował swoją postać niczym w RPG po przejściach. Czy chodziło o maski? To był bardzo wrażliwy i ponadprzeciętnie uzdolniony młody człowiek, który nie zdążył pokazać pełni talentu – jak napisano by w nocie dyplomatycznej, nie abstrahując od prawdy.

Mało kto wie, że w roku tragicznej śmierci – albo w grudniu 2011, gdy spędził zimowe wakacje w górach, w towarzystwie Jaskuły – Tomek składał podanie o przyjęcie do łódzkiego oddziału SPP. Uczeń i mistrz często podkreślali, że połączyło ich najzwyklejsze „u”. Zdzisław rozumiał Pułkę jak mało kto. I gdyby żył, mógłby budować jego legendę pełniej (oczywiście w cieniu własnej).

Stąpam po bardzo kruchym lodzie na Odrze, ale wierzę, że to był nieszczęśliwy wypadek, że Tomek wychodził już na prostą. Niepowetowanie ostatnią, z kluczowym zakrętem. Kilka minut ciszy. Nie wolno mi dywagować na ten temat.

Mam małe pretensje o hiperbolizacje w przyrodzie. Bodajże jako pierwsza w opłakiwaniu zmarłego wykorzystała je Korporacja Ha!art. Że wybitny, że wielki. Podchwyciły to sieciowe media mejnstrimowe i posypały się komentarze: „Skoro taki wybitny, to czemu o nim nie słyszałem?”. I teraz recenzje i wspominki z okazji Wybieganych. Karolina Felberg-Sendecka pisze o Wojaczku, Stachurze, ba, to nie wystarcza – sięga po Rimbauda. Można próbować usprawiedliwić takie instrumentalne działania chwytami retoryczno-marketingowymi (wrzucę kilka nazwisk, to będą mnie czytać), ale to niczego nie przysporzy Pułce ani jego wierszom. Wręcz przeciwnie. Były uszyte na jego miarę, nie pretendowały do splendorów, wręcz (i obunóż) opiewały kryzys (nie tylko w pamiętnym biuletynie). Czemu więc ktoś próbuje je wpisać w rynkowe mechanizmy dystrybucji prestiżu i lansu?

Tyle mogę, obok tego niesprawiedliwego i nieuzasadnionego (samo)gwałtu nad trumną, obok okruchów, jakie Tomek mi za życia rzucił lub wciągnął sprzed nosa – póki jeszcze bardziej mi się nie pomieszało. Niech spoczywa w małym niepokoiku, jak lubił był!

__________

* Tytuł po części kradziony, po części jednoznaczny. Przyjąłem bezwzględną metodę pisania: nikogo o nic nie pytam, niczego nie sprawdzam, korzystam wyłącznie z zawodnej i wybiórczej pamięci.


Rafał Gawin

Poeta, recenzent, krytyk, konferansjer, reanimator kultury, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, instruktor w dziale imprez Domu Literatury w Łodzi. Autor zbiorów poetyckich, ostatnio – Zachód słońca w Kurwidołach.

Reklamy