RAFAŁ RÓŻEWICZ – Głos z krainy śniegu. O dwóch powieściach Kawabaty Yasunariego

a

Plotka głosi, że Witold Gombrowicz przegrał z nim jednym głosem. Mowa oczywiście o pierwszym pisarzu-nobliście z Kraju Kwitnącej Wiśni – Kawabacie Yasunarim, w Kraju nad Wisłą znanym m.in. z powieści Kraina śniegu i Głos góry. To właśnie jego, a nie Gombrowicza, postanowiła uhonorować Szwedzka Akademia w roku 1968, choć przyznam szczerze, że lektura jego książek ani mnie nie rozczarowała, ani nie zachwyciła. Ale po kolei.

Najpierw sięgnąłem po Krainę śniegu wydaną w serii Współczesna proza światowa przez Państwowy Instytut Wydawniczy, w rok po nagrodzie. Jest to historia żonatego mężczyzny z Tokio, który regularnie jeździ na prowincję, by odwiedzać młodziutką gejszę pracującą w górskim uzdrowisku. I pomimo faktu, że są kochankami, książka z romansem na szczęście nie ma za wiele wspólnego; to raczej studium upadku młodej Komako, która wraz z każdą wizytą swojego gościa (głównie wskutek nadużywania alkoholu) stacza się coraz niżej i niżej – inaczej niż Shimamura, nie zmieniający się ani o jotę. Całość zaś skomponowana jest w taki sposób, że czytelnik wie tyle, ile główny bohater; toteż niejako razem z nim próbuje czegoś więcej dowiedzieć się o tajemniczej Komako, z którą Shimamura spędza czas przeważnie na bezproduktywnych rozmowach i wielogodzinnym (oraz stronicowym) przekomarzaniu się, skutkiem czego – mimo upływu lat – relacja ta nie rozwija się równomiernie (czy chodzi tu tylko o zaburzenie relacji między kobietą a mężczyzną, czy też cielesnością oraz duchowością?). Jednak im dalej w las, tym więcej wątków zaczyna się wyjaśniać: dzięki pojawieniu się jeszcze bardziej tajemniczej Yoko i śmiertelnie chorego młodzieńca bohaterowie odkrywają, że powiązania między nimi są większe niż mogli przypuszczać.

Dla polskiego czytelnika z okresu małej stabilizacji, zamkniętego w czterech ścianach gomułkowskiego państwa, powieść mogła być interesującym, bo kulturalnym (i duchowym) przewodnikiem po Japonii; zwłaszcza jeśli chodzi o wciąż kultywowaną tam tradycję gejsz. Tej Japonii sprzed Pearl Harbor, jeszcze nie poddanej procesowi amerykanizacji na skutek przegranej wojny, a więc wciąż pociągająco obcej, niedostępnej. Choć muszę przyznać, że czas akcji (słowo akcja w przypadku narracji u Kawabaty to słowo zbyt wielkie) nie jest wyraźnie określony; możemy się jedynie domyślać, kiedy Shimamura po raz pierwszy zawitał do tytułowej krainy śniegu.

Inaczej sprawa ma się z Głosem góry, wydanym również przez PIW, ale w roku 1982. Tu już wiadomo, że mamy do czynienia z czasami powojennymi; pojawiają się amerykańscy żandarmi, czasem nad głowami przeleci wojskowy samolot, lecz cielesna obecność okupanta sprowadzona jest u Kawabaty do minimum; mało znaczącej dekoracji, gestu. Ważniejsze jest bowiem to, jak przegrana wojna namieszała w charakterach Japończyków; coraz chętniej oddających się konsumpcji, czyli czemuś zgoła zewnętrznemu, sprzecznemu z wielowiekową polityką izolacjonizmu; konsumpcji przypominającej wirusa, którego nosicielami są amerykańscy najeźdźcy zarażający, krok po kroku, japońskie społeczeństwo.

Bohaterami powieści są członkowie typowej, dobrze usytuowanej japońskiej rodziny: sześćdziesięciokilkuletni Schingo, jego żona Yasuko, syn Shuichi wraz z żoną Kikuko, córka Fusako i wreszcie jej mąż – Aihara, będący czarną owcą w tym gronie, o którym dowiadujemy się wyłącznie od osób trzecich. Tak więc w skrócie: tragizm starego człowieka (Schingo) przeczuwającego swoją rychłą śmierć, która objawia się tytułowym głosem góry, jest tutaj wyrażony poprzez miłość do młodziutkiej synowej (Kikuko), zdradzanej przez pozbawionego uczuć męża (Shuichiego). Samotność duchowa Schingo jest jednak tym większa, że nie znajduje on zrozumienia zarówno u swojej żony – z pasją oddającej się lekturze kolorowych magazynów (efekt pierwszych lat amerykanizacji Japonii? Wszak na kartach książki jest nawet mowa o Popeye’u!), ani córki – zajętej rozwodem z Aiharą i wychowywaniem dzieci, przy czym nieustannie sfrustrowanej otaczającymi ją ludźmi (szczególnie widać to po niechęci, jaką żywi niezbyt urodziwa Fusako w stosunku do ślicznej Kikuko).

Można rzec: ot, kolejny przykład skomplikowanej międzyludzkiej (i pokoleniowej) relacji z domieszką erotycznej fascynacji, z którą czytelnik mógł już się spotkać przy okazji lektury Krainy śniegu. Jednak tym razem głównego bohatera, czyli Schingo, cechuje znaczna mądrość życiowa, której brakowało mi u Shimamury (o nim wiedzieliśmy jedynie, że interesuje się tańcem i prócz żony: ma dużo pieniędzy i czasu na podróże). Co ciekawe jednak, w obu powieściach pojawiają się podobne motywy: małżeńska zdrada, męskie uczucie do młodszej od siebie kobiety, wręcz dziewczyny (czyżby Kawabata wyprzedził pod tym względem Vladimira Nabokova?), jak również stosunek do tradycji i przeszłości. Obie powieści są także zdominowane przez dialogi; często nagle urywane, błahe, ale też przesadnie ekspresyjne, teatralne (noblista lubuje się w stosowaniu wykrzyknika, czyniąc z rozmów miejsce dla recytacji, deklamacji, w żadnym wypadku: naturalnej rozmowy), co dziś – zwłaszcza po Erneście Hemingway’u, mistrzu dialogów – razi sztucznością i najzwyczajniej w świecie: trąci myszką.

Owszem, to proza japońska, u podłoża której leży określony system religijno-filozoficzny. Jednak nie do końca przekonał mnie kontemplacyjny, kameralny i teatralny charakter wspomnianych powieści (w każdej z nich są nawiązania do teatru Nō – ulubionej rozrywki samurajów). To wszystko (mimo niewielu stron) jest dla mnie zbyt rozwlekłe, senne, jakby pozbawione siły witalnej. Czytelnik w trakcie lektury czuje się, jakby siedział w teatrze i oglądał spektakl z precyzyjnym, bo mechanicznym podziałem ról, w którym nie ma miejsca na spontaniczność, nagły zwrot akcji. Postacie snują się po scenie, wygłaszają kilka kwestii, a następnie z niej schodzą, by ustąpić miejsca kolejnym. I tak przez cały czas. Ponadto wadą tej prozy jest niezbyt zajmująca tematyka: mam wrażenie, że do tych trójkątów i czworokątów dorobiono przesadną ideologię. Dzieje upadku rodziny przedstawił w Buddenbrookach już bowiem Tomasz Mann. I zrobił to kapitalnie. Co więcej: mam wrażenie, że wszedł w siatkę rodzinnych powiązań oraz relacji głębiej niż japoński noblista. Choć może to uczucie powierzchowności, monotonii, senności i bezsilności, jakie towarzyszyło mi w trakcie lektury Głosu góry, jest celowym zabiegiem autora, który w ten sposób chciał przedstawić pacyfikację Japończyków – przeprowadzoną w momencie zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki?

Czytelików, którzy zechcą sięgnąć po Kawabatę – zostawiam z tym pytaniem.

I wybieram pechowca-Gombrowicza.

PS Kawabata Yasunari, zgodnie z moimi obserwacjami, z których wynika, że po Noblu się umiera, zmarł tragicznie 3,5 roku później, popełniwszy samobójstwo z rozpaczy po stracie przyjaciela – Yukio Mishimy, wielkiego krytyka powojennego statusu Japonii i przeciwnika upodabniania się Japonii do krajów zachodnich. Więc może to jest poprawna odpowiedź?

Kawabata Yasunari, Kraina śniegu, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1969.
Kawabata Yasunari, Głos góry, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982.


Rafał Różewicz

Ur. 1990 w Nowej Rudzie. Autor dwóch tomików: Product placement (2014) oraz Państwo przodem (2016). Tłumaczony na język ukraiński. Mieszka we Wrocławiu.

Reklamy