STANISŁAW PLENZLER – Wszystko

a

Czemu płaczesz? Jest ci źle? O tak, życie daje w kość.

To pewnie dziewczyna, co? Tak, to zazwyczaj jest dziewczyna. Słuchaj, nie powinieneś płakać. Co, że nigdy już nie chcesz płakać? Bardzo dobrze. Mężczyzna ma nie płakać. Słuchaj, chcesz, pomogę ci. Umiem to i owo, byłbyś zdziwiony. Czego byś chciał? Dobrze wiemy. To musi być niezła lala, skoro tak za nią wyjesz. Zimna suka, skoro tak cię odtrąca. Co? Tak, tak, nie mówię tak o niej, jasne. Przestań płakać, mówię, że poradzimy. Od dziś już nigdy nie zapłaczesz. Czego chcę w zamian? Głupota, nie rozmawiajmy o tym teraz, najpierw twój problem.

Kim jestem? Nie wiesz? Nie bądź głupi, wiesz doskonale. Sam mnie wzywałeś. Więc jestem.

Do roboty. Od dziś już nie musisz płakać. 

1992

– Że proszę ja ciebie Jasiu, co zrobiłeś?
– Mówię ci przecież, że nie jestem pewien…
– Sprzedałeś duszę?
– OK. Jedynym powodem, dla którego w ogóle ci o tym mówię, jest to, że każdy inny wyśmiałby mnie, gdybym w ogóle zasugerował coś takiego. Powtarzam, nie wiem, byłem strasznie pijany. Strasznie…
– Stary, nieźle… tylko ty nie byłeś wczoraj taki pijany.
– Co?
– No mówię, wypiłeś może ze dwa piwa? Potem przyszła…
– Przyszła Magda. I potem niewiele pamiętam.
– Poważnie? Nie wiem, zdawałeś się całkiem trzeźwy. Chwilę z nią chyba gadałeś, nie wiem, nie przyglądałem się w sumie, miałem, hmm… inne zajęcia. No, w każdym razie. Ktoś potem mówił, że jakoś się z Magdą pokłóciłeś, że ty się na nią obraziłeś, albo ona na ciebie? Nie pamiętasz naprawdę nic? Potem gdzieś zniknąłeś.
– Poważnie, stary. Pamiętam, że przyszła, nie pamiętam nic z tego, że gadaliśmy. Potem gdzieś szedłem, chyba przez park. Pamiętam, że księżyc był w pełni. A potem… potem, wydaje mi się, że sprzedałem duszę.
– Stary… jak mogłeś sprzedać duszę? Co, spotkałeś szatana?
– Tak sądzę. Słuchaj, w tym rzecz, pamiętam, że kogoś spotkałem, myślałem, że jestem sam i… no, coś tam gadałem. I pojawił się, nagle. I widzisz, pamiętam że tam był, pamiętam, że z nim rozmawiałem, pamiętam nawet, o czym, a mówię ci, jak teraz pomyślę, to w paskudnym musiałem być stanie. Ale jego… Pamiętam, że był straszny, dalej mnie wzdryga na myśl o nim. Ale to wszystko. Nie potrafię sobie przypomnieć, jak wyglądał, jak był ubrany, nie pamiętam jego głosu. Do dia… cholera. Nie jestem nawet pewien, czy to był on. Rozumiesz?
– Nic a nic. No i co? Kupił od ciebie duszę? Panie Twardowski?
– Kupił. Widzisz tutaj? Nacięcie na dłoni? Czyste, proste, nie jakieś tam skaleczenie, tylko normalne cięcie. Skąd się wzięło? Ja żadnego noża nie mam, ktoś musiał mi to zrobić, tak? Stąd wziąłem krew, wiesz, do podpisania.
– Podpisałeś cyrograf krwią, tak? Słuchaj no, Jasiu. A może po prostu pokłóciłeś się z wielką i niespełnioną miłością swojego życia, spiłeś się, włóczyłeś gdzieś po parku, nie wiem, skaleczyłeś stłuczoną flachą i przyśnił ci się ten twój diabeł? Nie wymyślaj sobie problemów, stary, nie panikuj.
– Kto mówi o panikowaniu? Słuchaj, ja ci się nie żalę, tylko chwalę. Bo kiedy dziś rano się obudziłem, to, jak to ślicznie ująłeś, niespełniona miłość mojego życia tuliła się do mnie, a kiedy ona się obudziła, to uśmiechnęła się tak, że stary, ja za ten uśmiech… no, sprzedałbym duszę. Sprzedałem duszę, jak mniemam. No i co tak milczysz?
– Nie wiem, stary, co powiedzieć. Załóżmy, że faktycznie sprzedałeś tę duszę. Myślisz że to dobrze?
– Dziś jestem najszczęśliwszym człowiekiem. I jak dla mnie, to dobrze.
– Sam nie wiem. Jakbym był tobą… Chyba byłbym ostrożny. Wiesz, są bajki o tym, jak się duszę sprzedaje. Z reguły dobrze się to nie kończy.
– Pieprzysz bzdury. W bajkach zawsze ktoś w końcu diabła wykiwa.
– I ty też go wykiwasz?
– Może nie będę musiał?
– Słuchaj, Jasiu, nie chcę ci…
– To nie truj. Nie chcę żadnych rad, czy coś. Chciałem po prostu… opowiedzieć to komuś. Chciałem usłyszeć, jak to brzmi. Pewnie masz rację, pewnie połowa mi się przyśniła. Jaki szatan? Jaki cyrograf? Tak, tak było. Reszta to bajka, ubarwiłem sobie tę opowieść, wiesz, że tak czasem robię. Bo sam nie wierzę w to, że dziś wieczorem znów się z nią spotkam. I pewnie jutro wieczorem. I kto wie, może… może już każdego wieczora? A kiedy na nią patrzę, kiedy jest obok, to wiem, że gdybym mógł, to naprawdę oddałbym tę duszę. Żeby tylko ją mieć.

1996

Życie jest – mówię to z pełnym przekonaniem – cudowne. Prawda? Jest jednym, wielkim cudem. Świat jest przepiękny. Jest tu tyle do zobaczenia. Jest zima, wszystko pokryte białym puchem, wygląda przecież cudownie, jak wyjęte z bajki. A dopiero co minęła jesień, piękna, złota, kolorowa, pełna magicznych wręcz zachodów. Potem wiosna, lato. Żyć. Żyć jak najdłużej i jak najwięcej czerpać z tego życia! Szczęście!

Wczoraj na przykład, w Wigilię, po kolacji oświadczyłem się. Byłem cholernie romantyczny. Wziąłem ją na spacer do parku. Padał śnieg, wielkie piękne płatki wirowały wokół nas. Zaśpiewałem jej ulubioną piosenkę, a wtedy – tak jakby pogoda działała po mojej myśli – chmury rozwiały się wyszedł zza nich księżyc i gwiazdy. Czułem się jak w bajce Disneya. Zaszliśmy pod jej ulubiony dąb, ten, w którym jak jakieś dzieciaki wyryliśmy w zeszłym roku nasze inicjały. Wtedy przyklęknąłem i wyciągnąłem pierścionek, a ona zakryła usta dłonią. Magdaleno – powiedziałem, z trudem, tak się stresowałem, tak bardzo podekscytowany byłem – ostatnie cztery lata to były najlepsze lata w moim życiu. Najlepsze. Każdy dzień z tobą jest jak dzień w niebie. I oddam wszystko, żeby tak było zawsze, żebyś już zawsze była moja. Wyjdziesz za mnie?

Taką przynajmniej mowę sobie przyszykowałem, bo tam, wśród tych emocji sam już nie pamiętam, co powiedziałem. A ona klęknęła przy mnie, rzuciła mi się na szyję i pocałowała, krzycząc, że tak, że oczywiście.

Jest ranek, Boże Narodzenie, Magda leży i uśmiecha się przez sen. Ja wstałem wcześniej i chciałem napisać dla niej piosenkę, ale skończyłem, pisząc tę kartkę z pamiętnika, czy jak ten list nazwać.

Jestem szczęśliwy. Życie jest dla mnie dobre. Kocham i jestem kochany. Śpiewam. W dodatku od kilku lat śpiewam tak, że żyję z tego i to nienajgorzej. Mam gdzie mieszkać, mam co jeść. Mam z kim iść przez to wszystko. I nic nie jest mi straszne.

Straszne…

Jest coś, o czym nikomu nie mówię, nawet Magdzie. Nie chcę nikomu mówić, bo nie wiem, co by ludzie pomyśleli. Piszę to tutaj, bo nikt nie przeczyta tego listu. Bo najpewniej spalę go zaraz po napisaniu.

Są takie chwile, że boję się. Boję się zostawać sam. Boję się ciemności. Boję się zostawać sam w ciemności. Mam koszmarne sny. Budzę się czasem, przepocony i przerażony, choć nie pamiętam nawet, co mi się śniło. Mam wtedy to dziwne uczucie, że głos, którego brzmienia nie mogę sobie przypomnieć, jeszcze przed chwilą szeptał mi coś do ucha. Boję się, że nigdy nie jestem sam. Że on zawsze jest przy mnie, od tej nocy, po której wszystko się zmieniło.

Sam nie wiem, czemu to piszę. Strachy są irracjonalne. Wszystko jest dobrze.

Wszystko będzie dobrze.

1999

– Jaś, od kogo jest ta kartka?

Westchnął ciężko i odsunął się od komputera, gdzie po raz setny upewniał się, o której godzinie mają samolot, czy na pewno zdążą i czy zapakował wszystko, co potrzebne. Od wesela minęły cztery dni, Jaś i Magda byli szczęśliwą młodą parą i następnego dnia mieli lecieć w podróż poślubną do Egiptu. Sfinks, piramidy, wielbłądy, palmy… kolejne spełnione marzenie. Była druga trzydzieści w nocy i przed chwilą skończyli pakowanie. Czy raczej Jaś skończył pakować ich oboje, podczas gdy Magda po raz kolejny przeglądała prezenty i kartki z życzeniami.

– Od kogo jest ta kartka? Nie mogę sobie przypomnieć.

Podszedł, ziewając przeciągle, objął ją od tyłu w pasie i pocałował w obojczyk. Wtulił twarz w jej włosy, ciesząc się ich zapachem. Nie spojrzał nawet na kartkę, którą trzymała w dłoniach.

– Naprawdę, popatrz – upierała się – jest paskudna, nie podoba mi się. I niepodpisana.

Podniósł głowę i wziął kartkę do ręki. W dłoni poczuł dziwne mrowienie. Wzdrygnął się lekko. Wewnątrz kartki czerwonym atramentem, bardzo eleganckim, ozdobnym i pełnym zawijasów pismem ktoś wypisał słowa:

„Szczere Gratulacje
Zaprawdę najlepsze życzenia
Abyście najszczęśliwiej spędzili
Ten czas, jaki czeka was razem
Albowiem nie spotka was nic lepszego
Niż wasza miłość”

Na zewnętrznej stronie kartki przedstawiony był kawałek obrazu – Jaś był przekonany, że widział kiedyś cały obraz, w jakimś muzeum, dawno temu. Pustynia, w tle skały. Sucha, popękana ziemia. Wieża, której okna układały się w przeraźliwy uśmiech. U stóp wieży wijące się nagie postaci o wykrzywionych w cierpieniu twarzach. Pomiędzy nimi kilka wychudzonych psów, na niebie krążące sępy. Na tarasie na szczycie wieży stojący mężczyzna i kobieta, ubrani na biało, wpatrzeni w siebie i niedostrzegający niczego wokół. Postacie wydawały się dziwnie przerysowane, niemal karykaturalne. Całość utrzymana była w nieprzyjemnie pomarańczowo-czerwonej kolorystyce. Scena wyglądała jak z koszmarnego snu. Jaś ponownie wzdrygnął się i zerknął za siebie. Podał kartkę Magdzie, ale nie wzięła jej.

– Nie podoba mi się. Nie chcę jej.
– To tylko kartka, ktoś miał, powiedzmy, niecodzienne poczucie humoru.

Nie był pewien, czy zabrzmiał tak przekonująco, jak chciał.

– Jest brzydka. A te życzenia? Sama nie wiem, brzmią jakoś tak sarkastycznie? Prześmiewczo? Tak jakby miało nam zostać mało czasu? Albo miało nas spotkać nieszczęście?

Miała rację, Jaś wiedział to. Starał się odegnać od siebie myśli, które nagle pojawiły się z tyłu głowy. Nieprzyjemne wspomnienia, które nie wracały do niego przez ostatnie lata i do których bał się przyznać.

– Masz rację – przyznał – wyrzucę ją. Albo spalę. I tak nie wiemy, od kogo jest.

Poszedł do łazienki, podpalił kartkę żarową zapalniczką i wrzucił do umywalki. Chwilę czekał, obserwując, jak płonie. Kiedy został z niej już tylko czarny popiół, odkręcił wodę i spłukał wszystko.

– Dziękuję, kochanie. Dziękuję mężu – powiedziała Magda, kiedy wrócił. Uśmiechnęła się do niego, wdzięczna. Chwilę wcześniej czuła się dziwnie zaniepokojona, ale teraz niebezpieczeństwo minęło. Kochała swojego męża. – Chodźmy do łóżka. Nie mogę się doczekać lotu.

Poskładali prezenty na stosik, a koperty z życzeniami włożyli do pudełka po butach. Pudełko schowali w szafie. Nie zaglądali do niego przez długie lata.

2004

Naprawdę trudno go opisać. Człowiek karmiony literaturą i filmem przyzwyczaja się do idei szatana jako postaci bardziej tragicznej, poniekąd wręcz pozytywnej. Jak choćby Woland u Bułhakowa, w sumie przecież spoko gość. Czy cała ta historia o Lucyferze, przyznam, dawniej mnie nawet poruszała. Zawsze wydawał mi się nieco biedny, porzucony, odtrącony przez tego wybaczającego wszystko Boga.

Ten, którego ja spotkałem… Nie było w nim nic, co by wzbudzało współczucie czy litość, czy w ogóle cokolwiek zahaczającego o sympatię. Powiem więcej. Budził strach.

Nie za bardzo pamiętam pierwszy raz, gdy go spotkałem, właściwie do dziś zawsze wmawiałem sobie, że to tylko jakaś fantazja, urojenie, które powstało w mojej głowie, projekcja wygenerowana przez niedowierzanie w to, jak nagle moje życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Ale od tamtego dnia, teraz, jestem już całkiem pewny. Wtedy spotkałem go po raz kolejny.

Moja matka zmarła kilka tygodni wcześniej. Poszedłem dziś na cmentarz, zanieść kwiaty. Pierwszy raz od pogrzebu. Wiedziałem, że powinienem chodzić częściej, ale odkładałem tę wizytę. Nie dlatego, że targały mną zbyt silne emocje, wręcz przeciwnie. Liczyłem, że jeśli odczekam pewien czas, jakieś emocje się we mnie obudzą. Nie było we mnie nic, obojętność, akceptacja faktu. Wręcz gardziłem sobą, za ten brak uczuć, nie potrafiłem go zrozumieć. Ale ostatecznie wizyty na cmentarzu w nieskończoność odkładać nie mogłem. Pojechałem autobusem, kupiłem żółte kwiaty i świeczkę w jedynej czynnej budce przed wejściem i poszedłem na jej grób. Aż promieniował świeżością, wciąż leżało przy nim mnóstwo kwiatów i stało kilka zapalonych zniczy. Zapaliłem swój, położyłem kwiaty i stałem przez chwilę, próbując w głowie ułożyć jakiś dialog z moją zmarłą mamą, tak by zabrzmiałby w miarę wiarygodnie.

– Wszystko przemija – powiedział głos za moimi plecami, a ja wzdrygnąłem się.

Siedział na jednym z grobów, choć nie zauważyłem, jak podchodził. Trudno opisać, jak wyglądał. Na pewno na swój sposób był ładny, przystojny, ale człowiek – a przynajmniej ja – nie chciał dłużej na niego patrzeć. Starałem się wręcz nie zapamiętać go. Pisałem, że był straszny? Był taki na wiele rożnych sposobów. Nagle, z niewiadomych przyczyn, poczułem strach przed śmiercią. Poczułem też strach przed życiem bez grama satysfakcji. Bałem się, że zapomniałem o czymś ważnym. Bałem się, że wrócę do domu, a tam stało się coś strasznego. Bałem się, że mnie uderzy albo że jak nie będę ostrożny, to zwinie mi portfel. Bałem się, że z cieni za drzewami wyjdzie to coś, co tam się kryje, choć zawsze udajemy, że niczego tam nie ma. Bałem się, że będę chory i nieporadny. Bałem się, że zostanę sam. Wszystko na raz. Wszystkie małe i wielkie strachy, racjonalne i nie naraz pojawiły się w mojej głowie, na granicy świadomości.

– Kim…
– Znamy się – uprzedził moje pytanie – przecież wiesz. Przecież się spotkaliśmy. Przecież mi wszystko zawdzięczasz. Więc nie próbuj się teraz wykręcać.
– Czego chcesz?
– Od ciebie? Czego miałbym chcieć. Mam już wszystko. Dałeś mi wszystko. Podpisałeś krwią.
– Nic ci…
– WSZYSTKO! – krzyknął chrapliwym głosem, a ja odskoczyłem przerażony, omal nie potknąłem się o nagrobek – co ty myślałeś? Że oddajesz mi „swoją duszę” i co? I tyle? Nie pójdziesz do nieba, tylko do piekła i będziesz się tam grzał na piwku z łobuzami kolegami?

Zaśmiał się wysokim, sztucznym śmiechem, a ja chciałem, żeby zniknął.

– Czy wy, malutcy, macie pojęcie, czym jest dusza? Czy ty chociaż przez chwilę zastanawiałeś się, co mi dałeś za tę dziwkę, twoją żonę? Ty mi oddałeś siebie. Wszystko.

Podniósł się i wskoczył na grób mojej matki, a następnie przykucnął i koniuszkami długich palców złapał mnie za nos i pociągnął, zmuszając, bym kręcił głową. Podejrzewam, że w innej sytuacji mogłoby to wyglądać nawet komicznie.

– Jesteś mój. Jesteś. Cały. Mój.

Uśmiechnął się, puścił mnie i zeskoczył z grobu.

– Wpadłem tylko, żeby upewnić się, że o tym wiesz. Tak o, żeby nie było zażaleń – znów zaśmiał się, tym samym sztucznym śmiechem – I przy okazji. Twoja mama przesyła pozdrowienia. Jest jej trochę ciepło, ale kto wie, może się przyzwyczai. Jest ci bardzo wdzięczna.
– Kłamiesz – wydukałem ledwo, starając się bezskutecznie nadać słowom brzmienie pewności siebie.
– Może – wzruszył tylko ramionami – jestem królem kłamstwa.

Odwrócił się i z gracją odszedł wzdłuż alejki. Tam, gdzie przechodził, na grobach gasły znicze.

Stałem przez chwilę, patrząc w ślad za nim.

Do domu wróciłem dopiero późną nocą. Kręciłem się po mieście bez celu, byłem w kilku pubach. Magda dzwoniła kilka razy, ale ja nie odbierałem komórki, która w końcu wyładowała się.

Kiedy wszedłem do domu, spała w ubraniu na fotelu, telewizor był włączony, sam obraz, bez dźwięku. Kineskop rzucał kolorowe światła na jej twarz, jej piękną twarz. Stałem przez chwilę, patrząc na nią, a gdzieś na dnie pojawiła się myśl, wahanie, czy aby na pewno warto było.

Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale kilka lat później już wiedziałem, że to właśnie tej nocy zacząłem przestawać ją kochać.

2006

Miała szczerą nadzieję, że narodziny Agatki coś zmienią. Że może znów będzie dobrze, jak dawniej i spojrzy na nią tym wzrokiem, który sprawiał, że czuła się najważniejsza na świecie. Ale tak się nie stało. Nie było go przy niej, kiedy zaczęła rodzić, nie było go w czasie porodu, nie widziała go przez następne kilka dni. Udawała, że wszystko jest w porządku, kiedy ktoś pytał. Bratu powiedziała, że wyjechał. Chciało jej się płakać.

Pojawił się po kilku dniach, kiedy była już w domu. Był pijany, ale kiedy Magda podała mu ich córkę, kiedy widziała, jak ją trzyma i jak patrzy na nią, przez chwilę znów miała nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Delikatnie ułożył małą w kołysce i spojrzał na żonę. Wydawał się bardzo smutny i trochę przestraszony. Chciała go pocieszyć. Chciała przytulić go i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Chciała mu powiedzieć, jak bardzo go kocha.

Odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju.

Nic już nie było jak dawniej, a Magda nie potrafiła powiedzieć, kiedy wszystko się zmieniło. Kiedy Jaś zaczął coraz rzadziej bywać w domu i coraz częściej nie wracać na noc. Kiedy zaczął jej unikać. Kiedy zaczął zachowywać się tak, jakby się jej bał, jakby nie chciał być z nią sam na sam.

Oczywiście, nie było tak cały czas. Zazwyczaj wszystko sprawiało pozory normalności. Ale oddalali się, z każdym dniem coraz bardziej, coraz dalej. Tak bardzo go kochała, tak bardzo chciała, żeby powiedział jej, o co chodzi.

Ale już nie potrafiła z nim rozmawiać.

2011

Pamiętam, jak mama powiedziała mi, że tata nie jest złym człowiekiem. Że wcześniej był bardzo dobry i bardzo ją kochał, ale potem pogubił się troszkę. Nie rozumiałam tego, wtedy się go bałam i bardzo nie lubiłam. To musiało być po jednej z ich kłótni, tamtego roku kłócili się strasznie często. Tata wrzeszczał, czasem uderzył mamę, często coś rozbił albo połamał. Mama czasem też na niego krzyczała, ale zazwyczaj prosiła, żeby się uspokoił. Dużo płakała. Wtedy byłam małym dzieciakiem, płakałam i chowałam się za mamą albo w kącie, ale jak teraz myślę, to wydaje mi się, że najbardziej irytowało go to, że mama tak go kochała. Jakby bał się tego, a za wszelką cenę chciał, żeby to ona zaczęła się bać, zostawiła go i uciekła. Ale ona nie mogła tego zrobić, tak mi powiedziała. Wierzyła, że gdzieś tam dalej jest ten sam tata, którego poślubiła. Kiedy byłyśmy same, opowiadała mi, jaki był wcześniej, jak pięknie śpiewał, jak się jej oświadczył, jak razem spędzali tyle cudownych chwil. Mówiła, że kochała go, odkąd się poznali, nawet wtedy, kiedy on myślał, że go nienawidzi. Że dzień, w którym zaczęli się spotykać, był najszczęśliwszym dniem w jej życiu. Mówiła, że nie może go zostawić, bo musi z nim zostać i musi mu pomóc. A potem mówiła, że nie ma pojęcia jak. I płakała. Wciąż płakała.

Czasem zostawałam sama z tatą. Wtedy był spokojniejszy. Był miły i dobry. Czasem mówił do mnie dziwne rzeczy, jakby myślał, że jestem za mała i nie wiem, co się do mnie mówi. I faktycznie, niewiele już z tego pamiętam. Mówił, że się boi. Że był głupi, że nie wiedział, co robi. Czasem przepraszał mnie, że jest taki, jaki jest.

Kilka razy widziałam, jak się modli. Szeptał do siebie coś o tym, że żałuje, że nie chce. Że rezygnuje.

Potem wracała mama. On krzyczał, ona płakała. On trzaskał drzwiami, wychodził, nie wracał przez kilka dni. Potem czasem bywało lepiej. Czasem ją przepraszał i udawali, że wszystko jest w porządku. Ale nie było. Nic wtedy nie było w porządku.

2013

– Wspomoże szanowny pan grosikiem? Bardzo proszę, chociaż złotówkę na bułkę.
– Spierdalaj – odparł Jasiu, wymijając starszą kobietę siedzącą pod sklepem z kawałkiem kartonu zapisanym jakimś długim wyznaniem biedy i nędzy.

Po kilku krokach syknął jednak i cofnął się. Wysypał z portfela wszystkie drobne i wrzucił do papierowego kubeczka, który trzymała.

– Na zdrowie, babciu – warknął.

Chciał odejść, ale kobieta złapała go za rękę. Popatrzyła mu prosto w oczy, a on zmusił się, by nie odwracać wzroku. Spojrzała z miłym, bezzębnym uśmiechem.

– Dobry z ciebie chłopiec, wiesz? Troszkę chyba zagubionym. Tak, ale w głębi duszy dobrym…

Parsknął, ale nie zabrał dłoni.

– Nie jestem dobry, babciu. Sprzedałem duszę diabłu.
– Oj – pogładziła go dłonią po policzku. Czuł się bardzo dziwnie – nie mów tak. Nie można sprzedać duszy.

Zaśmiał się, trochę wymuszenie. Ta kobieta, choć brudna i – co tu dużo mówić – śmierdząca – sprawiła, że poczuł się nagle nieco lepiej.

– Tak myślisz, babciu? To nie są bajki. Naprawdę ją sprzedałem.
– Oj niemądry chłopiec. Tak ci się wydaje. Nie można sprzedać duszy. To po prostu nie jest coś, co można komuś oddać.
– Ale…
– Diabeł, wiesz, o, on to cwany drań. On tak naprawdę nie chce twojej duszy. Ale chce żebyś ty też jej nie miał. Żebyś ją zepsuł, albo zostawił gdzieś może.
– Babciu, nie słuchasz mnie. Ja naprawdę sprzedałem mu duszę. Spotkałem diabła. Podpisałem krwią cyrograf, oddałem mu duszę w zamian za miłość kobiety, która mnie nie chciała. I udało się. Pokochała mnie. I kocha mnie dalej, choć jestem zły.

Patrzyła na niego, wciąż uśmiechając się.

– Biedactwo – powiedziała – i naprawdę myśli, że mógł ją tak zmusić do miłości? Że diabeł mógł w tym pomóc? Niemądre dzieci, czego oni was teraz uczą.
– Nie wiesz, co mówisz babciu.

Uśmiechnęła się tylko jeszcze szerzej, puściła jego dłoń i otuliła się mocniej brudną, wytartą kurtką. Jaś podniósł się, odsunął. Chwilę patrzył jeszcze na nią, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Nie wiedział, dokąd idzie.

Jestem złym człowiekiem – powtarzał sobie – jestem zły, bo sprzedałem duszę diabłu. Magda kocha mnie wciąż, ale tylko dlatego, że nie ma wyboru. Prawda? Wydało mu się, że w głowie słyszy wysoki, sztuczny śmiech. Jesteś mój – mówił ktoś – Jesteś. Cały. Mój. Decyzja zapadła. Nie możesz się wycofać. Nie możesz już nic zmienić.

Jaś nawet nie wiedział, dokąd niosą go nogi, aż zobaczył znajomy park i znajome drzewo. To samo, na którym kiedyś wyryli swoje inicjały, to samo, pod którym kiedyś oświadczył się. Usiadł na jego korzeniu i nie wytrzymał.

Rozpłakał się.

Czemu płaczesz? Jest ci źle? O tak, życie daje w kość.

Och, nie krępuj się, nikt nie patrzy. Płacz, czasem dobrze jest się popłakać. Ale potem powinieneś wziąć się w garść, prawda? Poskładać wszystko do kupy. Nie głuptasie, oczywiście, że nic już nie będzie jak przedtem. Przedtem było przedtem, teraz jest teraz. Ale nie ma co patrzeć na to przedtem, nieźle narozrabiałeś. Skrzywdziłeś trochę osób, wiesz? Trzeba coś z tym zrobić. Chcesz, żebym ci pomógł? Żebym zrobił to za ciebie? To twoje życie, sam musisz sobie z tym poradzić. Co ty bredzisz. Oczywiście, że twoje. Zawsze jest twoje. Możesz teraz wstać i iść, prawda? Możesz jeszcze wszystko naprawić. Albo chociaż próbować. Wciąż oddychasz. Wszystko jeszcze może się zmienić.

Nie, nie mogę ci obiecać.

Ale wciąż wszystko może być dobrze.


Stanisław Plenzler

Ur. 1989 r. w Szczecinie. Autor opowiadań dla dzieci i dorosłych, amator podróży (szczególnie autostopem), niedoszły pilot.

Reklamy