WOJCIECH WIERCIOCH – Twoja córeczka

a

SMS od Agi:
Hej! Obecność na tym wykładzie naprawdę jest obowiązkowa?

SMS od Pawła:
Hejka! Nie, tylko dla tych, którzy chcą zdać egzamin u doktorka.

SMS od Agi:
Ściema? Serio? To jakiś odjazd! Menel jeden.

SMS od Pawła:
Doktor Mengele ma swoje kaprysy; lubi doświadczenia na żywych preparatach; z tropów najbardziej kocha duchowe psychotropy.

SMS od Agi:
Co będzie na zakrwawionej tapecie?

SMS od Pawła:
Róże, a dokładniej kolce… Różewicza.

SMS od Agi:
Tego dinozaura? Przecież jesteśmy na teatrologii, a nie na archeologii. To dlatego musimy przeczytać i obejrzeć ten jego dramat?

SMS od Pawła:
To jest, niestety, nasz dramat. Tragedia. Ale z egzaminu może się zrobić niezła komedia.

***

– Nastrojowo tu, no, przyznam, cicha przystań kultury pomiędzy wieżami biznesu. – Zlustrował otoczenie: wystrój z okresu międzywojnia, jakby powstania warszawskiego nigdy nie było. Zawiesił wzrok (gdy już dokładnie obmacał oczami kelnerkę) na stylowej dębowej biblioteczce, pełnej posłańców „między dawnymi a nowymi czasy”. Stare wydania tuzów literatury międzywojennej. Pismo „Chimera”, wiele numerów. – A jednak Warszawa też ma swoje urocze zakątki. No a ta Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego robi duże wrażenie, mój kochany krakówek jest daleko w tyle.
– Bibliotekę Uniwersytetu Papieskiego też przecież macie całkiem tego… No i cały Kazimierz z Podgórzem, zakątków ci u was dostatek. To przecież warszawka jeździ balangować pod Wawel, a nie na odwrót.
Oczywista oczywistość. A jednak czuję, że przyjechałem tu z prowincji. – Magister Czartoryski silił się na skromność. – To tu bije medialne serce Polski.
Zobaczysz, jak na twój widok studenteria będzie sikać z wrażenia – słodził koledze doktor Mennel.
To znaczy… oleją mnie? To w stylu dzisiejszej złotej młodzieży, złotej… od symbolu chemicznego Au.
Nie znasz chyba siły snobizmu. Ta młodzież to synalkowie i córunie najlepiej ustawionych ludzi w Polsce. Oni mają już wszystko… poza kulturą…
Chyba… pozorami kultury – prowokował Czartoryski.
No, nie zawsze; często to wrażliwi, inteligentni, ciekawi świata młodzi ludzie…
Ale przecież kiedyś pisałeś w mejlu, że to najczęściej ci frustraci, którzy się nie dostali na aktorstwo czy reżyserię. Którzy nie będą mogli pisać scenariuszy filmowych, bo z czytaniem i pisaniem u nich krucho – Krakus obracał w palcach ołowianą figurkę nastoletniego powstańca warszawskiego.
Sam się zorientujesz… – Warszawiak pieścił nieżywą sanitariuszkę. – Ale może omówmy jeszcze ten twój odbezpieczony granat…

Czartoryski nagle poczuł mocne uderzenie w nadbrzusze. Cios w splot słoneczny. Między pępkiem a mostkiem buzował ogień. Ostry ból przeszedł po chwili w tępy dyskomfort, jakby powłoki skórne uciskał worek z kamieniami. Drętwienie kończyn, napięcie mięśniowe, szum w uszach i zawroty głowy.

Po co ja to wymyśliłem? To zbyt ryzykowna zagrywka, niebezpieczna gra. Terroryzm edukacyjny… Ale czy można nie skorzystać z takiej okazji? Gdyby nie Mennel, co mógłbym zrobić? Pisze się dla wszystkich i dla nikogo, ale niekiedy trzeba celnie trafić tylko do jednej osoby, tej najważniejszej. Jak ja to wytrzymam? Czy nie skończy się to fiaskiem i kompromitacją? A przecież może być jeszcze gorzej: EFEKT BUMERANGOWY. W takich sytuacjach nie ma prostych reguł ani recept – tylko teoria chaosu… i efekt motyla… Niczego nie da się przewidzieć. Może się wycofać? Może tylko szablonowy speech? I tak moja obecność będzie dla… Będzie szokiem? Może być skandal; prowokacja może przybrać niezaplanowany obrót, mogę się ośmieszyć i na zawsze utracić… Boże, daj mi moc! Boże…

– Boże, Czartek, coś ty dzisiaj taki niekompatybilny? – Nie doczekawszy się odpowiedzi na swoje pytania, Mennel zadał kolejne.
Nie mogę się zresetować.

Udawało mu się nie myśleć o tym. Do czasu. Do teraz. Przemyślał wcześniej już wszystko i zaplanował to punkt po punkcie, ale w tej chwili poczuł, że na jego akcję istnieje nieskończona ilość reakcji.

Ale niech się dzieje… co… co chcę!

***

Na początek jakaś anegdota! Pokaż im, że jesteś równiacha. Nie zrób falstartu. Muszą uwierzyć, że przybywasz prosto z małopolskich jaskiń cyganerii… Z cesarsko-królewskich bunkrów bohemy!

Czartoryski spojrzał na audytorium, nikogo nie zobaczył; tylko pole kolorowej kapusty – główka przy główce. Powoli zaczynał przyzwyczajać się do nowej sytuacji, dostrzegał coraz więcej. Jakieś laleczki w pierwszych rzędach, jakiś kapryśny młodzieniaszek rozparty w foteliku. Włosy, ręce, torebki, spodnie, nogi, spódniczki, notatniki, komórki, długopisy. Stugłowy potwór.

Podszedł do katedry. Na blacie położył notatki. Zerknął na punkt pierwszy i zaczął niespokojnie – uspokajająco – krążyć…

Facet, bądź facetem. Bądź sobą. Jesteś kimś. To oni są nikim, to dopiero materiał na wykształconych ludzi. Fakt, są pewni siebie, zarozumiali, buńczuczni, ale teraz to ty dyktujesz warunki. To oni przyszli tu dla ciebie, a nie ty dla nich… Nie, ja… dla… Jest? Zaczynaj!

Zaczął skromnie, ale tylko mistrz potrafi się zdobyć na taki brak pychy. Przyznał, że nie jest tak elokwentny jak doktor Mennel… I właśnie dlatego jest pisarzem. I badaczem zakurzonych ksiąg. Ma świadomość, jak trudno jest przemawiać, a nawet najzwyczajniej w świecie rozmawiać. Nie wszyscy to sobie uświadamiają. Kto widzi tę nicość pomiędzy słowami, kto dostrzega głębię niedopowiedzeń i otchłań niedomówień – ten jest materiałem na twórcę. Pisarz wie, że gadanina nie jest dialogiem; wie ponadto, że nieraz między ludźmi rośnie cisza, co graniczy z Bogiem. Cisza świadoma, cisza wymowna – to kontemplacja, medytacja.

Ale nie wolno milczeć, do kurwy nędzy, gdy ktoś czeka na twoje słowa! Gdy bez nich usycha, umiera! Słowa zbawiają, słowa unicestwiają. Podobnie: negatyw słów, milczenie. Brak odzewu, brak odpowiedzi, ignorująca cisza, okrucieństwo milczenia, podłość ucieczki w głupią pustkę: oto przejawy zezwierzęcenia, oto najdobitniejszy przykład odczłowieczenia. Człowiek to zwierzę rozumne, a więc mówiące. Mówcie! Miejcie odwagę szanować ludzi, a zwłaszcza tych, którzy was kochają, którzy dla was cierpieli, którzy zrobiliby dla was wszystko. Jeśli ich odrzucicie… będziecie bydłem, bezmyślnymi bydlakami żyjącymi tylko dla paszy! Ja nie piszę dla zwierząt; żaden artysta nie tworzy dla bezmózgich bestii. Jeśli tego nie rozumiecie… to… SPIERDALAĆ Z TEGO WYKŁADU!

Mówca tak się uniósł, że uderzył pięścią w blat katedry i strącił szklankę z wodą mineralną.

Brzdęk!

Pogłos wybrzmiał i ucichł, zostawiając po sobie pytającą pustkę przemiany. Rozbite szkło i plama na parkiecie. Wykładowca niedbałym ruchem nogi poprzesuwał odłamki szkła w jedno miejsce – między ciemną żółć parkietu a jasny brąz katedry.

Na sali wykładowej zaległa karawaniarska cisza.

Mennel wstał z krzesła na końcu pierwszego rzędu i tak stał, osłupiały i bezradny. Krakowski dramaturg, nowelista i eseista też stał, nie kontynuował wykładu. Stał i patrzył, stał i myślał, stał i czuł. Jakby chciał coś uczcić minutą ciszy, jakby te kilkadziesiąt sekund niebytu miało zogniskować całe lata świetlne podróży po magiczny eliksir sensu. Wreszcie zauważył, że na małym palcu ma kroplę krwi, a na kartce zrobił się czerwony kleks, i postanowił przyglądać się tej plamie tak, jak robił to, szukając inspiracji, Leonardo da Vinci. Niech ta czerwień stanie się symbolem!

Wtem pewien student z tyłu auli wstał, krzyknął „Brawo, mistrzu!” i zaczął klaskać. Wszystkie głowy zwróciły się w stronę Pawła. Wszyscy wstali i przyłączyli się do niego w jakimś empatycznym rytuale rewolucji duchowej. Owacyjnie! Także Mennel uśmiechnął się i zaczął bić brawo.

Tylko Aga siedziała niemo, ogłupiała, oszołomiona, jakby się zmieniła w słup soli, albo raczej w Myśliciela Rodina. Nikt tego nie zauważył.

A Czartoryski?

Dopiero po kilku chwilach Paweł spostrzegł, że jego przyjaciółka „coś nie tak”. W ciąży jest? – przeszło mu przez myśl.

– Przepraszam za ten ostry wstęp. Mocne słowa były niezbędne, by wejść w świat Różewicza… Teraz przeczytam kawałek ze swoich zapisków, posłuchajcie… Fragment tekstu z mojego blogowiska, przerobiony na szybko i na gorąco… Przypomnijcie sobie… Pomyślcie. A potem zabierzcie głos w dyskusji. Nie milczcie…

Prawda sztuki, sztuka prawdy…

Spektakl Teatru Telewizji pt. Moja córeczka to inscenizacja jednego z najlepszych utworów prozatorskich Tadeusza Różewicza. Opowiadanie, napisane w 1964 roku, pierwotnie było nowelą filmową. W tym czasie poeta intensywnie współpracował z filmem, w szczególności ze Stanisławem Różewiczem, który wyreżyserował kilka filmów na podstawie opowiadań i scenariuszy swego brata.

Moja córeczka to opowieść o losach dwojga najbliższych sobie ludzi, o bezradności i rozpaczy, o klęsce miłości rodzicielskiej. Andrzej Barański, reżyser i adaptator, przeniósł akcję utworu z lat sześćdziesiątych do dzisiejszej Polski. Spektakl opowiada wzruszającą i dramatyczną historię ślepej miłości ojca do córki, która z małego miasteczka wyruszyła na studia do Warszawy i nigdy już nie wróciła.

Ojciec, zaalarmowany telefonem o chorobie swojej Mireczki, wybiera się do stolicy. W najczarniejszych snach nie mógł zobaczyć tego, co dzieje się z jego ukochanym niewinnym dzieckiem. Gorąca miłość do córki nie pozwala mu zrozumieć jej wyborów i świata, w jakim zdecydowała się żyć. Świata pozorów, w którym na porządku dziennym są cynizm, pseudoartystyczny bełkot, okrucieństwo połączone z błazeństwem.

Pierwsze święta bez Mireczki… W zastępstwie córki jej koleżanka składa telefoniczne życzenia, zapewnia, że dziewczynie nic nie jest, zwykła angina. Ojciec i ciotka są sami przy wigilijnym stole, potem pakują wszystkie potrawy dla studentki, która – biedna – leży w pustym akademiku. Czuły tatuś jedzie do Warszawy. Portierka w recepcji informuje Henryka, że córka się wyprowadziła, ale zostawiła namiary. Wszystko będzie dobrze, pociesza ojca, który natychmiast idzie pod wskazany adres. Jednak Mireczka, teraz zwana Mirabelką, już tam nie mieszka. Harry, jej były chłopak, udziela mętnych i skąpych informacji o dziewczynie, natomiast chętnie, acz bełkotliwie opowiada gościowi o sobie i swoim „dziele życia”.

Mirabelka jest teraz z Żorżem, więcej o niej może wiedzieć Mariolka. Henryk trafia na „stancję”. Wystrój wnętrza, rekwizyty i sposób bycia lokatorek nie pozostawiają wątpliwości co do charakteru miejsca, ale zafrasowany ojciec nie przyjmuje tego do wiadomości. Mariola zabawia coraz bardziej skrępowanego mężczyznę, zażenowanego tym, że młoda, ładna dziewczyna mu się podoba. Jest coraz bardziej natarczywa, wprost domaga się zapłaty, „dwa tatusie” rozwiążą sprawę. Wreszcie sama wyjmuje dwie setki z portfela „cichego jelenia z prowincji” i wyprasza gościa, zanim zjawi się prawdziwy klient.

Wędrując do mieszkania Żorża, zszokowany ojciec odgraża się w myślach – weźmie małą za rękę, wyprowadzi z tej spelunki, wsadzi do pociągu…

Z podtatusiałym sutenerem też potem rozmawia ostro – koniec z żartami, pójdzie na policję, gdzie córeczka, jazda, gadać! Żorż nie wie, gdzie w tej chwili jest dziewczyna, która uważa się za jego narzeczoną. Owszem, zajął się Mirabelką, gdy rzuciła studia i wpadła w tarapaty. Wspomógł moralnie i materialnie, dał na ubranie, jedzenie i skrobankę, włożył w nią jakieś trzy tysiące „zet eł”, ale gotów jest zgodzić się, by odeszła, tylko że ona odejść nie chce.

Gdy wreszcie Harry przyprowadza wyzywająco ubraną, otumanioną narkotykami dziewczynę do mieszkania Żorża, wstrząśnięty jej widokiem ojciec jest w stanie wyszeptać tylko: „Boże, zmiłuj się nade mną”. Jednak jego zaklęcia są daremne, jego miłość do córki jest całkiem bezradna. Martwa. Jak dusza Mirabelki.

Poczciwy Henryk pragnął swoją „małą” Mireczkę uchronić przed wszelkim brudem życia.

Już wiele lat temu ostro protestował, gdy uliczny sprzedawca jabłek, niechlujny i obdarty Brudas, ofiarował jego córeczce dorodny owoc. To najwcześniejsze wspomnienie, które dręczy ojca, po śmierci żony wychowującego dziecko samotnie (z dorywczą pomocą siostry).

Później pamięć przywodzi kluczowe sceny z ostatnich tygodni przed maturą Mireczki. Dziewczyna, obłożona książkami, skupiona i poważna, ale zarazem bardzo dziecinna i skłonna do śmiechu z byle powodu, nie ma czasu dla ojca, który od lat przygotowywał się do pogadanki z dorastającą panną. To miała być decydująca o wszystkim rozmowa między ojcem a córką – o tym, co najważniejsze, z czym nastolatka pójdzie w życie. I zaraz – teraz – przychodzi refleksja: nie ma już dziecka, nie ma jego córeczki i jest tak, jakby jej nigdy nie było. Ojciec wstaje co rano, wykonuje te wszystkie czynności, które zajmują żywych ludzi, tylko nadspodziewanie często nieruchomieje, przypatruje się przedmiotom codziennego użytku, jakby nie wiedział, do czego służą. Jest spokojny. To, o czym opowiada, już się stało. Sceny z różnych okresów życia bohatera przeplatają się, a dopełnieniem wątków związanych z ukochaną córeczką jest powracający motyw spotkań z Brudasem, zapijaczonym obdartusem, stopniowo staczającym się na dno. Początkowo Henryk był przekonany, że milczący człowiek o odrażającym wyglądzie przegrał swoje życie, lądując w rynsztoku. Upłyną lata, zanim uświadomi sobie, że zmierzał w tym samym kierunku, na dno bólu i upokorzenia.

Zapomnienie i brak tożsamości… Wyrwane serce!

Czartoryski odłożył kartki.

– Ale co nas obchodzą cierpienia i lęki jakiegoś niemodnego urzędniczyny z głębokiej prowincji? Prawda? To zresztą przecież postać wymyślona przez jakiegoś skromnego staruszka z Wrocławia. Gówno was to interesuje, no, przyznajcie… I pewno sobie myślicie, że i ja jestem takim dziwakiem, który bez reszty żyje tymi książkowymi widmami. Więc wam powiem: postaci literackie mało mnie obchodzą. Dla mnie liczą się tylko struktury mityczne i archetypy zawarte w literaturze. To one są drogą, prawdą i życiem. To my jesteśmy cieniami tych archetypowych postaci.

Krótka pauza, wypełniona oczekiwaniem.

Z sali nie dochodził nawet najmniejszy szmer. Tylko szum drzew i samochodów docierał zza uchylonego okna. Szelest kartki, chrząknięcie, ktoś klapnął zamykaną książką, z pulpitu spadł długopis. Przypadkowe dźwięki, pogłębiające wrażenia ciszy, martwoty oczekiwania. Myśli.

Czas na didaskalia.

– To między nami chodzą prototypy postaci literackich, to my jesteśmy… jak te widma z książek… częścią kultury… fragmentem historii sztuki… Mirabelki są wśród nas. Tak, Mirabelki udające milutkie Mireczki. Strzeżcie się ich. Oszukały matkę, zignorowały wujka, to mogą też zgnoić każdego z przyjaciół. Mogą wykorzystać chłopaka, porzucić własne dzieci… Nie znają barier, nie mają hamulców.

Zamilkł.

Stał w bezruchu i hipnotyzował audytorium.

Po chwili wziął streszczoną historię Mireczki-Mirabelki, zmiął kartkę, patrząc na oniemiały, zastygły tłum.

Kulą z celulozy rzucił w studentów.

Podniósł ręce do góry, jak jakiś guru.

– Mirabelko, otrząśnij się z tych czarów! Mireczko, ja tobie mówię: WSTAŃ. Dziewczynko, ty żyjesz, nie umarłaś, tylko śpisz. Obudź się. Wstań i nie grzesz więcej. Miej odwagę przyznać się do błędów; nikt cię nie potępi. Czekam tu na ciebie. Przywitaj się… – Wyciągnął ręce w geście powitania.

Zaklęcie nie działa? Magiczny ryt trafia w pustkę? A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie – przypomniały mu się frazy Leśmiana.

Wreszcie słychać jakieś szelesty, trzaski, stuknięcia.

W ostatnich rzędach – poruszenie.

Ktoś zaczyna się przepychać w stronę wyjścia. Studentka, przyjaciółka Pawła z Tarnowa.

Aga idzie jak widmo, jak lunatyczka, jak zahipnotyzowana.

Schodzi po stopniach, coraz bardziej blada i sztywna, oczy ma jakieś zabłąkane, stracone. Twarz dziewczyny nie wyraża żadnych uczuć, choć usta zaciskają się mocniej i mocniej. Drżą fioletowe powieki.

Podchodzi do podestu, wyciąga rękę… Robi jakiś nieokreślony gest.

Drżąca dłoń otwiera się, podnosi – i nagle opada. Dziewczyna robi krok do przodu, ale nogi odmawiają jej posłuszeństwa, jakby odbywała rehabilitację po wylewie krwi do mózgu. Sunie obcasem po parkiecie, czerwony kozaczek przechyla się, zgięte kolano, nienaturalna poza. Ciężkie ciało, wiotkie jak szmaciana lalka. Pada przed katedrą. Jakby to była Katedra Najświętszej Maryi Panny w Rouen.


Wojciech Wiercioch

Ur. 1966 w stolicy Podhala, ale od lat mieszka w stolicy Małopolski. Pracował jako rolnik i robotnik, trenował narciarstwo alpejskie i karate kyokushin, studiował medycynę i filozofię, bywał działaczem kulturalnym i dziennikarzem. Publikował w prasie regionalnej, branżowej i czasopismach literacko-artystycznych; był laureatem kilku konkursów literackich. Pełnił funkcję redaktora naczelnego pism kulturalnych „Futurum” i „Metafora” oraz dyrektora Festiwalu Literatury Niezależnej w Krakowie. Jest autorem kilkunastu książek. Jego myśli znalazły się w renomowanych antologiach aforyzmów, a zredagowane przez niego antologie anegdot stały się bestsellerami. Żyje niespokojnie z żoną Jolantą, dziećmi Grzesiem i Agatką, suczką Nuką oraz kotkami Weną i Pippi.

Reklamy