ŁUKASZ RADOLIŃSKI – „Mój cień jest potworem”. O wystawie „David Lynch. Silence and Dynamism” w Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki czasu” w Toruniu

a

Zorganizowanie wystawy prac Davida Lyncha w toruńskim CSW z pewnością zostanie uznane za jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych nie tyko w regionie, ale i w Polsce. Po sukcesie ubiegłorocznej prezentacji dorobku Davida Cronenberga mamy kolejną możliwość zapoznania się z dziełami wielkiego twórcy zaliczanego do klasyków światowego kina. Tym razem jednak akcenty rozkładają się nieco inaczej.

Nie pierwszy raz David Lynch odwiedza Polskę. Znany jest z pewnej sympatii do naszego kraju, na dowód czego można wymienić zarówno sceny z jego ostatniego filmu Inland Empire kręcone częściowo w Łodzi (z polskimi aktorami), jak i wcześniejszą realizację etiudy The Green Room in Lodz. Nieprzypadkowo o tym mowa, ponieważ osobą, dzięki której Lynch rozpoczął – jak się okazuje, trwające już kilkanaście lat – związki z Polską, jest Marek Żydowicz, kurator oraz pomysłodawca omawianej wystawy. Dzięki wieloletniej współpracy i powstałej w związku z tym pewnej zażyłości, dyrektorowi bydgoskiego Camerimage udało się namówić Lyncha do zorganizowania w ramach festiwalu – największej jak dotąd – wystawy jego pozafilmowej twórczości.

Niemałe to osiągnięcie i pozostaje tylko pogratulować jego organizatorom, gdyż sam reżyser bez ogródek wyznał, że o części swych dokonań twórczych zupełnie nie pamiętał. Nie zabrzmi to już tak nieprawdopodobnie, jeśli przypomnimy sobie, że na ostateczną ekspozycję składa się ponad czterysta dzieł wypożyczonych z kolekcji rozrzuconych po całym świecie. Co więcej, zakres czasowy obejmujący prezentowane zbiory jest równie imponujący, ponieważ mamy tam prace wykonywane konsekwentnie od lat pięćdziesiątych aż do czasów współczesnych. Można zatem śmiało mówić o przekrojowej ekspozycji dorobku artysty, zawierającej działalność z całego życia.

Choć produkcje tego niekonwencjonalnego reżysera należą do czołówki światowej historii filmu, stosunkowo niewielu entuzjastów kina wie, że Lynch swą przygodę artystyczną zaczął od twórczości plastycznej, nieustannie rysując i malując w okresie wczesnego dzieciństwa. W wywiadach często przywołuje wsparcie ze strony matki, która wierzyła w jego potencjał artystyczny, na dowód czego kategorycznie zabraniała mu uzupełniać kolorowanki, zamiast tego dając jedynie kredki i białą kartkę papieru. Z podjętych studiów artystycznych po krótkim czasie zrezygnował, nie dopasowując się – podobnie jak wcześniej w szkole – do obowiązujących tam zasad i trybu pracy, deklarując „brak inspiracji”. Wielokrotnie wspomina także pewne objawienie, za sprawą którego poczuł, że nie chce tylko malować, ale zamiast tego tworzyć ruchome, żywe obrazy, wybierając tym samym rolę filmowca. Nie oznaczało to jednak zrezygnowania z plastyki, ostatecznie zredefiniowanej do kanału spontanicznego wyrazu, gdzie precyzja warsztatowa schodzi na drugi plan, ustępując miejsca uczuciom oraz notorycznie powracającym obsesjom i lękom. Lynch  uporczywie czerpie inspirację z ekspresjonistycznej twórczości Francisa Bacona, podobnie jak on operując deformacją, karykaturą, nierealnością. Prostymi środkami tworzy własne, plastyczne uniwersum.

Tym, co zachwyca odbiorców wystawy, jest różnorodność zebranych dzieł. Wspomniana szeroka rozpiętość czasowa implikuje bogactwo form, za pomocą których na przestrzeni kolejnych dekad powstawały kolejne prace. Co w takim razie zobaczymy w ramach wystawy Silence and Dynamism?

Już samo wejście na teren ekspozycji stanowi niemałą gratkę dla fanów amerykańskiego reżysera. Mamy tutaj bowiem przejście zaaranżowane na wzór Czerwonego Pokoju znanego z jego filmowej twórczości. Odsłaniając czerwoną kotarę i stąpając po charakterystycznym czarno-białym wzorze, widzowie mają okazję znaleźć się – niczym agent Dale Cooper – w swego rodzaju portalu będącym granicą między dwoma porządkami rzeczywistości. Kultowy Pokój, w którym tradycyjne rozumienie pojęć takich jak czas i przestrzeń traci na znaczeniu, gdzie zostaje zachwiana w pewnej mierze dotychczasowa tożsamość bohaterów, stanowi efektowną i niezwykle trafną furtkę do świata twórcy Zagubionej autostrady. Należy również dodać, że opisywane wejście okazuje się być – co łatwo sprawdzić choćby na Instagramie – niezwykle wdzięczną scenerią do zrobienia stylowego selfie przez znaczną część odwiedzających.

Wchodząc do pierwszej z sal ekspozycyjnych (wspólnie zajmujących całe piętro CSW), znajdujemy się  wśród zbioru kilkudziesięciu litografii. Już na pierwszy rzut oka możemy wyodrębnić kilka powtarzających się cech i tematów, kontynuowanych również w pozostałych pracach. Wszystkie grafiki są zatem wykonane w czerni i bieli, co także w przypadku malarstwa Lyncha nie jest wyjątkowością, gdyż – jak sam autor twierdzi – odcienie szarości nadają większą głębię jego pracom, lepiej wpisują się w ich charakter oraz w znacznym stopniu aktywizują imaginację ich odbiorców. Monochromatyczną stylistykę dopełnia sposób wykonania tych litograficznych prac, oparty na niedoskonałościach, poetyce błędu, niedopracowaniu. Spowodowane jest to kilkoma czynnikami, z których za najbardziej oczywisty należy uznać fakt, że głównym polem artystycznej działalności Davida Lyncha stało się – mimo wszystko – kino. Tam przecież Lynch znalazł miejsce do najpełniejszego i najbardziej precyzyjnego wyrażenia swoich pomysłów.

Oprócz wspomnianych powracających motywów formalno-kolorystycznych, wymienić należy postaci hybrydyczne, niedojrzałe, niedookreślone, dwuznaczne, fragmentaryczne (pojedyncze głowy, dłonie, korpusy), umieszczone na tle zdehumanizowanego, industrialnego krajobrazu. Wiele mówią tytuły prac, bardzo często wkomponowane bezpośrednio w dane dzieło – czy to w postaci niewielkich dopisków, czy wręcz haseł napisanych wielkimi literami dominującymi nad obrazem. W takim razie jakie to hasła? Najogólniej ujmując: dosadne i przejmujące, często niepozostawiające dużego marginesu do interpretacji, co zarazem stanowi o ich sile. Same prace zyskują dzięki nim jeszcze bardziej bezpośredniego, szczerego charakteru, ponieważ brak w nich elementu intelektualnej kalkulacji. Poszedłem do Suzie, ale nigdy tam nie dotarłem, Trudno mi zrozumieć, co się aktualnie dzieje, Człowiek zjada psa to tylko kilka przykładów. Ciągle powraca temat utraty domu (Mój dom stoi w ogniu), niemożności odnalezienia się w relacjach międzyludzkich, braku porozumienia (szczególnie między kobietą a mężczyzną), odrzucenia, zagubienia w świecie i przestrzeni (Gdzie poszedłem?, Człowiek z problemami).

Jak zostało zaznaczone wcześniej, treść prac najczęściej bezpośrednio ilustruje ich tytuły, czego jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest Piszę na twojej skórze jak bardzo cię kocham – przedstawiająca zarys tułowia kobiety z naniesionym bezpośrednio na niego napisem. Ludzie, zwierzęta, budynki umieszczone są w często ledwie zarysowanej, nieokreślonej przestrzeni. Modyfikowane są ich naturalne proporcje, twarze przybierają karykaturalne kształty. Wszystko to sprawia wrażenie osadzenia w koszmarnej scenerii, pozornie niemającej wiele wspólnego z realnością. Pozornie, gdyż elementy rzeczywistości są usuwane lub modyfikowane tak, aby jak najpełniej wyrazić traumatyczne przeżycia, silne emocje, paranoiczne lęki, graniczne stany znane nie tylko samemu artyście, ale też – przez swój uniwersalny wymiar – także zwykłym widzom.

Na środku omawianej sali umieszczona została gablota z dwunastoma talerzami, na których Lynch zrealizował opowieść zatytułowaną Bezkresne morze, a proces tworzenia opisywanych wcześniej litografii możemy zaobserwować na wyświetlanym nieopodal filmie dokumentalnym. Prócz niego, świat ruchomych obrazów tworzy również seria reklam zrealizowanych dla Armaniego, Gucciego czy Karla Lagerfelda oraz cykl filmów krótkometrażowych – począwszy od kanonicznej dla reżysera pozycji Sześciu mężczyzn, którym robi się niedobrze z 1967 roku aż do dzieł powstałych w ostatnich latach. Warto dodać, że projekcje są odtwarzane w zaaranżowanej salce kinowej, do której zgromadzeni po raz kolejny dostają się po odsłonięciu czerwonych kotar. W podobny sposób zorganizowane zostało też pomieszczenie przeznaczone dla słuchaczy albumów muzycznych reżysera Blue Velvet.

W przestrzeni wystawy odnajdujemy także serie fotografii przedstawiające wspomniane wcześniej industrialne krajobrazy. Niektóre z nich portretują znaną dobrze Lynchowi Łódź, którą w wywiadach porównuje do pamiętanej z czasów młodości Filadelfii. Miasta przemysłowe to nieustanne źródło inspiracji artysty, dające pole do ukazania społecznej atomizacji, samotności i wyobcowania. Powraca znów operowanie kolorem czarnym, a także poetyka marzenia sennego, fascynacja zniszczeniem, brudem, rozkładem, pustką opuszczonych fabryk dawnej Ziemi Obiecanej.

Być może jeszcze większe wrażenie na odbiorcy wywoła seria obrazów akwarelowych. Dzięki zastosowanej technice, a także niewielkiemu formatowi prac, udało się podkreślić efekt oniryczności, niedomówienia oraz rozpadu akcentowanego w cyklu litografii. Zauważyć można celową niedokładność prac, na których farba z wodą zupełnie swobodnie rozlewa się po kartce, redukując niekiedy sylwetki ludzi, zwierząt i rzeczy do serii ledwie zarysowanych kształtów i plam. Przybliżona w nich tematyka stanowi kontynuację wątków poruszanych w grafikach. Wszystkie pola aktywności twórczej artysty okazują się miejscem przepracowywania kilku dominujących i stale powracających kwestii. Akwarele szczególnie wyróżniają się na tle innych, gdyż stanowią w największym stopniu dzieła „niedoskonałe”, widać inspirację sztuką nieprofesjonalną, naiwną, a nawet dziecięcą.

Zgromadzone szkice, rysunki i obrazki wykonywane w okresie, kiedy Lynch był jeszcze nastolatkiem, dają światło na początkowy okres jego twórczości i zarazem zdają się potwierdzać zainteresowanie surrealną estetyką już w latach młodzieńczych. Wykonane ołówkiem lub długopisem, podobnie jak wcześniejsze prace, również i tutaj uwzględniają tylko zarys postaci (często fragmentarycznej lub zdeformowanej), przy pomocy jednego koloru akcentując ich niedookreśloność i tajemnicę.

Zupełnie wyjątkową częścią wystawy jest seria szkiców wykonanych na pudełkach od zapałek, przedstawiających drzewa, krajobrazy, geometryczne kształty. Do spółki z rysunkami pochodzącymi wprost z notatnika, zeszytu czy znalezionej kartki papieru, okazują się być niezwykle intymnym zapisem procesu twórczego artysty. Wykonane na własny użytek, często będące dopiero wprawką do przyszłych projektów, a nade wszystko po prostu spontanicznym, naturalnym wyrazem ekspresji twórcy, stają się w ten sposób graficznym dziennikiem, pierwotnie nieprzeznaczonym do oglądania przez innych.

Najbardziej charakterystycznymi (i jednocześnie medialnymi) pracami omawianej wystawy jest seria asamblaży zgromadzonych głównie w sali kolumnowej toruńskiego CSW. Przestrzeń ta różni się znacznie od poprzednich nie tylko ze względu na swoją wielkość, ale przede wszystkim dzięki wykreowaniu specyficznego pejzażu dźwiękowego oraz odpowiedniego oświetlenia. W miejscu panuje półmrok, a ciepłe światło pada tylko punktowo na poszczególne prace. Na jednej ze ścian wyświetlana jest animacja pt. Pożar, do której muzykę stworzył Marek Żebrowski, w ostatnich latach często współpracujący z Lynchem, czego owocem był choćby wspólny występ Polish Night Music w Nowym Jorku. Dużej wielkości prace (ważące nawet kilkaset kilogramów), oprawione w pozłacane ramy, wyłaniają się więc z ciemności, przy dźwiękach niepokojącej, sennej, oszczędnej muzyki.

W gablotach umieszczone zostały dzieła stworzone z najróżniejszych, uprzednio spreparowanych przedmiotów, takich jak ubrania, gałęzie, lampki, metalowe rurki. Podpalane, rwane czy zabrudzane oleistą farbą materiały, nadają kształt kolejnym historiom na tle pomalowanej tektury. Niejednokrotnie dają wrażenie rozkładu lub zanieczyszczenia chemikaliami. Trójwymiarowe elementy dodatkowo potęgują oddziaływanie prac na odbiorcę. Kolejny raz pojawiają się obrazy domu, broni, ognia i (także dzięki technicznej możliwości wprowadzenia prawdziwych, świecących elementów do tworzonych kolaży) elektryczności. Wiele razy pojawia się postać Boba, znanego fanom z serialu Twin Peaks. Prócz dzieł w gablotach obejrzeć możemy również znacznej wielkości prace wykonane węglem, bądź – nawiązujące do omówionych już asamblaży – prace na płótnie farbami olejnymi z doczepionymi, najczęściej przetworzonymi wcześniej elementami.

Wybierając się rok wcześniej do Centrum Sztuki Współczesnej na wystawę poświęconą Cronenbergowi, odwiedzający zobaczyli przede wszystkim przedmioty dokumentujące powstawanie dzieła filmowego oraz oryginalne elementy scenografii i kostiumów. W tym roku umożliwiono nam poznanie mniej popularnej, nieoczywistej partii dorobku innego kultowego reżysera, którą – tak naprawdę – można oglądać w oddzieleniu od jego filmowej twórczości. Ta ogromna, interdyscyplinarna ekspozycja broni się sama, bez trudu przystosowując swoje prace do przestrzeni muzeum sztuki. Oglądając dzieła praktycznie z każdego etapu życia, mamy okazję poznać Davida Lyncha jako artystę totalnego. Widać nieustającą potrzebę tworzenia oraz wyrażania swoich emocji w dowolnie wybranej formie. Obserwujemy szczere, autentyczne i bezkompromisowe zmaganie się z powracającymi lękami i problemami. Będąc w Toruniu, warto poświęcić swój czas na wejście do jego świata, odsłaniając czerwoną kotarę.


Łukasz Radoliński

Student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Reklamy